niedziela, 28 lutego 2021

Ach te skarpety

Pozorowany tydzień wiosny minął i ze sobotą zrobiło się znowu przedwiośnie z chłodem i deszczem. Nawet dobrze pomyślałam, bo zimowe skarpety, które miałam zamiar zrobić mamie jakieś 5 tygodni temu, doczekały się realizacji. Moja mama nie za bardzo gustuje w ciepłych skarpetach, bo jest jej ciepło, a że praktycznie stale w ruchu to jeszcze to ciepło potęguje. 





Ostatnio postanowiła zrobić wielkie porządki w piwnicach, a że tam nie jest tak ciepło jak w domu to ubiera wełniane skarpety. Tylko jedna para, którą ma to za mało, bo jak się suszą po praniu to nie ma co założyć. 
Dobrze, że mama te porządki sobie dawkuje z rozwagą bo przy moim tempie robót mogłaby jeszcze te porządki skończyć :) 
Skarpety są zrobione z pozostałego motka z moich skarpet i motka brązowej nitki skarpetowej z moich zapasów, nawet nie wiem jak starego bo nie pamiętam kiedy kupowałam motki na skarpety po 100 g. Zdjęcie skarpet z tym wzorem znalazłam w internecie, nie wiem czy jest do kupienia.  Wzorki narysowałam sama ze zdjęcia i rozpisałam dodawanie oczek na kliny w inny sposób niż zwykle, nie po bokach ale od spodu - oczywiście dalej robię skarpety od palców. 




Palce, pieta i ściągacz są bez wzorów z gładkiego brązu ale w pięcie użyłam dodatkowej nitki z bardzo cienko przędzionej alpaki suri - bardziej dla wrażeń dotykowych, że niby grubsza niż ze względu na wzmocnienie. Mam do zrobienia w dalszym ciągu kilka par skarpet i nie wiem czy te skarpety dotrą do tych, do których miały dotrzeć w tym sezonie zimowym ale pocieszam się tym, że w grudniu znowu będzie zima :)


Musiałam przerwać produkcję skarpet bo obiecałam zrobić następne mitenki w brązowo-czarnym kolorze. Drobniutkie ale nie mam już włóczki, której używałam w poprzednich, tą którą miałam w składzie była inna i farbowanie nie wyszło po mojej myśli. Kupiłam motek brązowo czarnego melanżu ale też mi się nie podobał więc musiałam uprząść coś co będzie wyglądało przyzwoicie. 


Wybrałam trzy gatunki runa: czarny Shetland, merynos 23 mic farbowany na czarno i bardzo ciemne brązowe Corriedale. Na pierwszej szpuli od góry merynos wymieszany z Shetland'em , w środku Shetland a na samym dole Corriedale. W nitce wygląda trochę jak tweed.



Nitkę powieliłam w tradycyjną 3-nitkę i po dłuższym zastanowieniu wybrałam jako dodatek ciemno brązową nitkę suri dla miłego meszku ale również dla "ocieplenia" wizerunku. Pewnie po weekendzie będą gotowe do oddania i chyba już nie będę Was uszczęśliwiać widokiem następnych całkiem prostych mitenek. Piszę o nich z czysto kronikarskiego obowiązku bo nie opisuję prostych projektów i aby później coś powtórzyć lub odtworzyć graniczy z cudem. 
Mitenki na bardzo małą dłoń (48 oczek) druty nr 2, nitka trochę cieńsza niż na skarpety, po 27 rzędach ściągacza na wnętrzu dłoni zmieniam ściągacz w dżersej przeplatając w każdym następnym okrążeniu po dwa oczka aż kończą się na wierzchu dłoni ładnym szpicem. Mam nadzieję, że to co tu napisałam i to co pozaznaczałam przy obrysie dłoni, na którą to robię pozwoli w przyszłości na odtworzenie w razie potrzeby. 


Nie wiem czy zdołam skończyć szalo-kołnierz ale pewnie tej zimy już nie zaistnieje w kurtce bo ja czekam już na wiosnę :) A jak pomyślę o ilości cebul tulipanów, które zasadziłam na jesieni to jeszcze bardziej czekam.

Pozdrawiam Was niedzielnie.  

niedziela, 21 lutego 2021

Mitologia i podania ludowe

 Tłem dzisiejszej opowieści jest czapka, którą zrobiłam bo musiałam. Taka jedna Babaruda z FB ciągle coś cudnego wynajdzie i w dodatku za darmo no i ja muszę :) W sumie to nawet dobrze bo czapkę zaczęłam innym wzorem, pomyliłam się i straciłam zainteresowanie więc jak zobaczyłam ten piękny wzór to "pomyleńca" sprułam i zrobiłam tą. Włóczka to jakiś singiel z etykietą "schurwolle" farbowany ręcznie w indygo do tego moher od Makunki, druty 3,5 i 4 w wersji Addi - drewno oliwne. Wzór "White Frost - Beanie" autorstwa Babette Ulmer, tyle o czapce a teraz właściwa opowieść.




Po wojnie brat mojej babci wrócił ze zsyłki z ZSRR, wylądował tam bo był Ślązakiem. Niemcy traktowali go jak Polaka a po wojnie Polacy jak Niemca - do dzisiaj szczególnie ci drudzy nie mogą pojąć, że można być Ślązakiem i być z tego zadowolonym ale to nie miejsce na ten temat tylko o babcinym bracie. Brat babci wracał pieszo lasami, z dala od ludzkich siedzib, żywiąc się tym co znalazł. Jak wrócił był tak chudy z głodu, że pierwsze co zrobił to zabrał się za jedzenie, a że prababcia miała piec chlebowy i piekła chleb na cały tydzień to wygłodniały Antek zabrał się  za ten chleb. I tutaj zaczyna się mitologia, jako dziecko słuchając tej opowieści pamiętam, że od "dużo chleba" skończyło się na trzech bochenkach. Wersja każdego z rodzeństwa babci stawała się z czasem bardziej niewiarygodna i przesadzona. Jak miałam jakieś 23 - 25 lat mieszkałam z babcią i wieczorami często z nią rozmawiałam o dziejach rodziny, pewnego dnia spytałam o te trzy chleby. Babcia stwierdziła, że jej przy tym nie było ale pokazała mi jakiej wielkości był ten prababciny bochen i stwierdziła, że nawet człowiek normalnie jedzący a nie ze skurczonym od głodu żołądkiem miałby problem z połową tego chleba. 


Pewnie się zastanawiacie po co ja tu stare rodzinne dyrdymały wyciągam i co mają wspólnego z blogiem o przędzeniu. Wspomniany już wcześniej FB jest dla mnie jednym ze źródeł inspiracji o czym świadczy prezentowana tu czapka, jest również miejscem dzielenia się różnym radami. Ostatnio przyglądam się ze szczególnym zainteresowaniem tematowi prania wełny (przędzy), jestem bardzo ciekawa w jaki sposób to wyewoluuje, bo powoli zaczyna przybierać coś na kształt z pogranicza "fantasy" ale jeszcze nie si-fi :)

 

Myślę, że tak jak w tej opowieści o chlebach, każdy coś od siebie dodaje, ujmuje, zasłyszy coś,  zrobi z tego własną mądrość i powstaje jakiś twór nie przypominający rzeczy najprostszej na świecie. Wg Fb są jakieś jedyne słuszne płyny do prania, odżywki do włosów, lanolina nanoszona po praniu oraz inne cudowności i nie dotyczy to tylko wełny ale również runa alpak, których włos jest całkowicie lanoliny pozbawiony. Właściwie nawet nie wiem czemu ma ta lanolina służyć na martwych włosach. Lanolina to sebum wytwarzane  przez gruczoły łojowe owcy, by ją chroniło przed zimnem i wilgocią więc co ma robić na naszej przędzy albo dzianinie. Włos owczy wygląda pod mikroskopem jak drut kolczasty, ma takie łuski, które podrażniają naszą skórę w większym lub mniejszym stopniu i przez to wełna grzeje a jak my skleimy te łuski to co ma nas grzać ten tłuszcz ?
To może lepiej zamiast swetra zainwestować w krem z lanoliną. 



 Sam proces prania wełny takiej prosto ze strzyży opisała na swoim blogu Rosamar i pod nim się podpisuję. Pranie przędzy po uprzednim uprzędzeniu z odtłuszczonej czesanki wygląda jak pranie, każdej wełnianej włóczki sklepowej czyli wszystkie etapy prania w wodzie o jednakowej temperaturze z użyciem środka piorącego ku temu przeznaczonego, bez tarcia i nadmiernego ugniatania *, uprane motki odgnieść w ręczniku frotowym lub odwirować w małej wirówce po babci :), suszyć w zależności od rodzaju przędzy bez lub z obciążeniem. Zasada jest taka im delikatniejsze runo tym delikatniej się z nim obchodzimy. Jest jeszcze sprawa octu dodawana przy płukaniu, kiedyś jak ludzie myli włosy mydłem to były matowe z tegoż mydła więc płukano wodą z octem by się tego mydła pozbyć. Ja używam octu w płukaniu przędzy farbowanej bo zapobiega to blaknięciu kolorów ale to jedyny powód. 


Podejrzewam skąd się wzięła ta lanolina na gotowej przędzy w "podaniach ludowych", często czesanka jest tak dobrze odtłuszczona i przesuszona, że przy przędzeniu nie sunie pięknie ale ciągle hamuje, dlatego prządki stosują wspomaganie, spryskując czesankę "emulsją".  Taką emulsję można przygotować samodzielnie, przypomina to trochę robienie winegretu tylko my łączymy wodę z olejem, olej może być jadalny ale też taki do ciała lub włosów. Z tym, że po tym zabiegu przędzę się pierze i już nie natłuszcza :) 



Takim to sposobem dzisiejszy wpis opatrzony zdjęciami czapki zupełnie nie jest jej poświęcony :) Jedyne zdjęcie zgodne z tematem to runo Corriedale, które ostatnio przędłam i poddałam działaniu emulsji bo było bardzo suche. Pod spodem motek Bfl w brązie, tradycyjna 3-nitka z resztek runa nie nadających się do sprzedaży bo w kawałkach wielu, za to w nitce wygląda godnie. 



Przeglądam ostatnio stany w sklepiku i mam dla klientów wiadomość taką, że jest to co jest i na razie nie będzie nic uzupełniane bo angielski dostawca wstrzymał wysyłkę do Unii, ponoć kurierzy nie mogą się dogadać z urzędem celnym. Czekam niecierpliwie bo w sklepiku zaczyna hulać wiatr po pustych półkach, mamy prawie koniec lutego a oni od początku stycznia się układają, kiedy skończą nie wiem - pewnie oni też nie wiedzą :( Jeśli macie jakąś zachciankę wełnianą i ona jeszcze figuruje to zachęcam do zastanowienia się nad kupnem teraz, bo po pierwsze nie wiem kiedy będzie nowa dostawa a jak już będzie, to będzie clona czyli siłą rzeczy droższa.

*chyba, że to wełna superwash z nylonem wtedy można sobie pozwolić na wiele 


Pozdrawiam Was niedzielnie z takim słońcem, że prawie myślę o wiośnie :) 


niedziela, 7 lutego 2021

Skarpety

 Zrobiłam sobie skarpety i właściwie powinnam na tym skończyć wpis, tylko zdjęcia umieścić i dane techniczne, bo cóż tu więcej pisać. 


Ale napiszę, że przędza moja z mieszanki, którą to sama poczyniłam na gręplarce do tego, czesance nadałam kolor własnoręcznie, na gręplu kolor uzupełniłam o czerwień głogu, czesanka dostała wzmocnienie w postaci błyszczącego nylonu - no i wydziergałam. 



Pierwotnie miała być tradycyjna 3 -nitka ale przy czesaniu pojawiła się myśl by czesać pasmami kolorów (myśl przyszła w połowie drugiej partii :) Mam więc jedną skarpetę z pięknym przejściem kolorów, drugą z miej udanym przejściem pomiędzy kolorami i motek całkowitego wymieszania. 



Motek zostanie wykorzystany w następnych skarpetach dla mojej mamy jako dodatek dla brązowego tła, powinien się sprawdzić z dodatkiem jakiegoś gładkiego pomarańczowego lub czerwieni. 


Skarpety są zrobione wg wzoru z książki "Sock Knitting - master class" - wzór był na skarpetę od góry ja zrobiłam od palców na drutach  nr 2. Wspomniana książka właściwie mnie rozczarowała bo nie wniosła nic oprócz kilku udziwnień, których i tak nie będę stosować. Zawsze się spodziewam, że w którejś z książek jest umieszczony tajny przepis na nieprzedzierające się skarpety, jakieś podwójne wzmocnienie, które nie jest przesadnie grube, jakiś tajny ścieg zabezpieczający a tu nic takiego - ale książkę posiadać i przeglądając "miziać" miło :) 


Dla nowo powstających skarpet uzasadnienie zawsze się znajdzie bo z trwałością u nich słabo, za to zupełnie nie potrafię wytłumaczyć pogoni za robieniem nowych swetrów. Nawet nie próbuję przed sobą wytłumaczyć tego co ostatnio robię, nic nie kończę tylko zaczynam, w jakiś obłęd chyba popadam. Bo jest celtycki pod pachy podciągnięty ale nie chce mi się rozrysować wzoru by w raglanie ładnie się schodził więc leży, mam rozgrzebaną czapkę ale do poprawki więc omijam, leży ponad połowa szalo-kołnierza ale na ciemnym tle to do robienia jak będzie lepsze światło, powinnam zrobić jeszcze jakieś 4 pary skarpet dla "ludzi" ale to za chwilę a ja zabieram się za nowy sweter - tak jakby mi tych swetrów brakowało !!





Pozdrawiam Was niedzielnie z prószącym śniegiem za oknem tak jakby nadal w lutym miała być zima :)

niedziela, 31 stycznia 2021

O swetrze, którego nie ma.

 Dzisiaj napiszę dlaczego nie zrobiłam dla siebie swetra pomimo wielkiej chęci zmierzenia się z tym wyzwaniem, a wyzwanie jest całkiem spore. Za przerywniki nudnego wpisu "robi" następna czapka dla PM. 

Dość dawno temu trafiłam w sieci na zdjęcie pochodzące z sklepu z odzieżą IVCO, był to cudnej urody wzorzysty, bardzo wzorzysty sweter :) Postanowiłam, że taki sobie uczynię, a że był to czas kiedy kończyłam drugi sweter z alpaki dla PM zostało mi sporo motków.  Takie dobro nie może się marnować, motki w kolorze antracytu i ciemnej szarości do tego dokupiłam, petrol, suszone pomidory i trochę jasnej szarości, zrobiłam próbę, narysowałam wzór i zaczęły się schody. 



Wzorzysty sweter najlepiej robić jak Fair Isle czyli na okrągło tylko on jest zapinany więc trzeba ciąć. Nigdy nie cięłam alpaki ale to włókno śliskie i zaczęła mnie nurtować myśl czy zdołam to cięcie odpowiednio zabezpieczyć - pewnie nie. Pogodziłam się z myślą, że sweter będzie powstawał w bólach robiony tradycyjnie - prawa i lewa strona z wzorem. W tym czasie skończyłam sweter dla PM z Flory, PM swetry z alpaki porzucił na rzecz nowego z Flory. Pomyślałam a może zrobię dla siebie z Flory bo wtedy solidny dodatek wełny pozwoli na bezpieczne cięcie - wszak wypróbowałam na swetrze dla PM. Niestety Flora ma kolorystykę taką jaką ma, która zupełnie mi nie pasowała. 




Powrót do myśli o alpace nie za bardzo mi się spodobał ale co zrobić na razie zostało po staremu, czas płynął ja zrobiłam drugi sweter dla PM z Karismy a on płynnie do niego przeszedł i uznał za jedyny słuszny. Dla siebie przerobiłam sukienkę na sweter domowy i powróciła myśl o  zrobieniu tego na wzór Ivco. Domowy sweter z Limy tak szybko jak ubrałam tak ściągnęłam wysoki półgolf okalający włosiem z alpaki mój nagi kark był nie do zniesienia. Jakież było moje rozczarowanie jak pomyślałam o swetrze, do którego tak długo się przymierzam a tam taki kołnierz a'la półgolf , wywinięty ale przylegający do szyi. Pomysł na wykorzystanie alpaki poległ, spróbuję z niej zrobić skarpety ale czy dam radę w tym chodzić.  Po dłuższym śledztwie wyciągnęłam od PM, że te swetry z alpaki są świetne ale go ciągle gryzą i to nie tak jak wełna, tylko gorzej. 


Okazuje się, że obecnie prezentowana czapka też jest dobra i da się nosić - te dwie poprzednie, których się nie dało też miały w sobie alpakę. Wygląda na to, że nie tylko ja jestem wełniana, PM też i pomimo mojej ciągłej chęci stosowania różnych materiałów wełna jest mi przypisana :) 





Bardzo mi się chciało zrobić ten sweter ale alpaki nie wykorzystam bo nie będę w nim chodzić, prząść nie mam ochoty bo to jednak będzie cięte i za dużo niewiadomych by spaprać ręcznie przędzioną wełnę, postanowiłam, że włóczkę kupię. Jest to włóczka z wełny szetlandzkiej z e-supelek (wiem o tym od Rene)w takiej cenie, że nawet jak coś pójdzie nie tak to bardzo mnie serce nie rozboli (no tylko troszeczkę :) 


Pod spodem zdjęcia tego co chcę zrobić, (oczywiście to moda z przed jakiś 4-5 lat ale ja za nią nie gonię) mój sweter nie będzie w tak żywych barwach ale będzie równie pełen wzorów. Jedynie co to spróbuję nadać jednemu motkowi bardziej musztardowy kolor bo taki wydawał się na zdjęciu w sklepiku ale zdjęcie na monitorze swoje a rzeczywistość swoje. Zdjęcia z internetu, źródła nie podam bo nie pamiętam ale znalezione przez Pinterest. 






Całe życie odkrywam coś tylko czemu to co już wiedziałam od początku, że jednak wolę wełnę :D

Dane techniczne z czapki to 168 oczek wzoru, druty 2 na wnętrze  i 2,75 na lico. Włóczka moja, resztki po czapce wg Eschera (na dwie czapki PM poszło mniej niż 100 g włóczki).  Wzór na podstawie książki o skarpetach Op-art, wykorzystuje grafiki  Agama Ja'cowa - u mnie w formie pozytyw i negatyw. 

Pozdrawiam Was niedzielnie. 

niedziela, 24 stycznia 2021

Czapka dla PM

PM jest ciężkim przypadkiem jeśli chodzi o dzianinę, owszem lubi, chodzi ale zanim się dopasuje, zanim dokładnie wyłuszczy czego chce lub nie chce to ja zdążę zrobić trzy rzeczy. Czapkę jedyną słuszną jak chodził do liceum zrobiła PT i chodził tak długo, że się rozpadła. Później był okres kupowania różnych mniej udanych wersji - bardzo długi okres. Kilka lat temu postanowiłam czapkę mu zrobić - nie żeby konkurować z jedyną słuszną ale rozpadłą - tylko te plastikowe mnie drażniły.


Czapkę zrobiłam i jakimś sposobem utrafiłam w gusta PM-skie, czapka noszona intensywnie zimową porą od prawie ośmiu lat. Pewnie, że były próby obdarowania PM następnymi nic to nie dało, pierwsza była dobra to po co następne. Mam jeszcze jedne podejrzenie co do odrzuconych następnych wersji czapek ale o tym napiszę następnym razem pisząc czemu nie zrobiłam dla siebie swetra :)
Kupując książkę o skarpetach PM zauważył grafiki Eschera  stwierdził, że skarpet nie chce ale czapkę w taki wzór to i owszem.


Przez osiem lat nawet jak dzianina jeszcze dobrze wygląda to ma prawo się znudzić więc przystałam na to, że czapkę uczynię. Przyjrzałam się dokładnie starej, policzyłam oczka, narysowałam wzór, uprzędłam wełnę i czapkę zrobiłam. Jest dokładną repliką kształtu pierwowzoru, jedynie wzór inny i zamiast brązowego Corriedale jest beżowy merynos, Bfl w brązie bez zmian. Czapka ma tak samo podwinięty brzeg, tak samo zbierane oczka na górze (7 części) takie same wymiary, jedynie jest nieco grubsza bo merynos ma swoje prawa i pęcznieje. 


Zdjęcia na sztucznej za małej głowie, jedyne które mam na głowie właściciela to to poniżej. PM nie dość, że wykazał zerowe zainteresowanie pozowaniem do zdjęć to jak zwykle w biegu. Udało mi się zrobić jedno przyzwoitej jasności zdjęcie ukazujące, że czapka okala głowę zgodnie z życzeniem właściciela.





Na manekinie przypomina trochę jurtę ale to moje subiektywne odczucie :) sam wzór aż się prosił by rozwijać się jeszcze trochę, zaistnieć większym nagromadzeniem gekonów ale czapka musiała być idealnie na wymiar. Pomimo mizernych rozmiarów ma w obwodzie 175 oczek, mogłam drobić z nitki typu lace  ale  taki lace to miałby chyba z 300. 



Z danych technicznych to:  włóczka moja 3-nitka tradycyjna w 50 g / 250 m (trochę cieniej niż włóczka na skarpety) oczka spodu 160 na drutach  nr 2, góra 175 oczek na drutach 2,5. 
Nie mogłam znaleźć rozpiski dotyczącej tej pierwszej czapki a w blogu zapisałam dość ogólnie, więc teraz spisuję bo a nuż za 10 lat PM zapragnie następnej jedynie słusznej czapki. 
Włóczki zostało, nie wiadomo co zrobić z takimi resztkami więc robię jeszcze jedną czapkę ale góra będzie inna i pewnie PM czapkę zignoruje, może jakieś dziecko sobie przysposobi lub będzie leżakować.


Dla siebie zaczęłam skarpety z ostatnio pokazywanych motków, miały być całkiem proste ale wkradł się drobny szlaczek, jednak całkiem proste jest nudne. 


Przędę siedząc na nowym stołku, jak uprzędę to opiszę, bo może coś z tych nitek trafi do sklepiku. 

Pozdrawiam Was niedzielnie, zimowo z sypiącym śniegiem. 

niedziela, 17 stycznia 2021

Siedzę sobie

Od czasu jak praktykuję jogę, a jest to kilka ładnych lat, wiem że źle siedzę przy przędzeniu. Siedziałam na starym kuchennym taborecie, który może był kiedyś dobry ale od dłuższego czasu przy dłuższym przędzeniu pokazywał mi gdzie mam nerw kulszowy. Od kilku sezonów rozglądałam się za czymś ciekawym na targu staroci,  chociaż krzeseł i stołków wszelakich tam nie brakuje, to niestety niczego nie było co zadałoby egzamin przy przędzeniu. Doszłam do wniosku, że jeśli przędzenie nadal ma być dla mnie przyjemnością to nie mam innego wyjścia i zaopatrzyć się w stosowne ku temu siedzisko, a że były moje urodziny to rodzina kupiła mi stołek do przędzenia od Kromskich :)
Teraz moje oba guzy kulszowe są odpowiednio podparte a nerw nie jest uciskany, ja jestem bardzo zadowolona - jedynie kot kręci nosem bo na starym taborecie przesiadywał przyglądając mi się jak gotuję a ten na razie jest mu "obcy" :) Stołek w jasnym wykończeniu bo po latach upodobania kolorystyczne też ulegają zmianie - kołowrotek  zostaje w tym kolorze bo się rozumiemy bez słów :) 



 Bardzo szybko stołek wypróbowałam bo uprzędłam nitki na skarpety, skarpety będą dla mnie, całkiem proste, możliwie jak najcieńsze by wchodziły do zimowych kozaków.  Motki w kolorach szarości, rdzy, pomarańczy, rudości i kilku nitek bieli. Od dawna nie wykańczałam przędzy sposobem navajo ale ta aż się prosiła, sama nie wiem ale namieszałam na drumku przejścia tonalne i tak to przędłam jedynie trzecia nitka jest pomieszana ale ona właściwie zbędna jest bo to co leży w motkach na skarpety starczy.





Skarpety będę zaczynać już na dniach ale najpierw skończę czapkę dla PM,  przyrasta jej powoli bo mam za krótkie żyłki w drutach 2,5 a nie chce mi się kombinować na 5 bo mam tylko13-sto  centymetrowe w rozmiarze 2,5 a w czapce 175 oczek. Pewnie za tydzień będzie gotowa wtedy opiszę dokładnie.
 


Skończyłam czarne "prawie" rękawiczki, pokazuję tylko jako udokumentowanie rzeczy skończonej bo są tak proste, że prościej się nie dało po prostu ściągacz i dżersej. Dzianina powstała z motka włóczki Flora oraz tej czarnej cienkiej nitki alpaki, którą w tym celu uprzędłam - druty na ściągaczu 1,75 reszta na 2. 




Mój syn powiedział : "takie świetne rękawiczki,  w jedynie słusznym kolorze tylko palce byś dokończyła"  :) 




Mam zaczętą również czapkę dla siebie ale muszę pruć, bo przez tą bolącą wątrobę, która jest bolącą nerką pomyliłam się, a ja nie cierpię pruć. Pewnie do końca zimy się z nią uporam ale teraz mnie złości.



Na temat obolałych nerek nic się nie dowiedziałam bo mój lekarz jest na kwarantannie a ten w zastępstwie posłał na inne badanie, które będzie dopiero pod koniec miesiąca, na wszelki wypadek nie szaleję z jedzeniem bo a nuż to jednak wątroba :))

Pozdrawiam Was niedzielnie z takim śniegiem i mrozem, że aż nie wiem jak to skomentować - odzwyczaiłam się od takiej zimy :)

niedziela, 10 stycznia 2021

"Życie wewnętrzne"

Aż tak nie pochłonęły mnie święta i świętowanie by nie pisać, przyczyna mojego niebytu na blogu jest zupełnie inna. Okazuje się, że jak już się ma "bogate życie wewnętrzne" to ono nie znika za pomocą diet, leków a nawet zabiegów chirurgicznych - ono trwa uśpione by dać o sobie znać wtedy gdy się tego najmniej spodziewamy. Przed świętami "życie wewnętrzne" dało o sobie znać w jedyny sposób jaki miało czyli bardzo bolesny. Trochę mnie przeraziło bo niby co mnie boli ten kamień, który chirurg prawie dwa lata temu wyciągnął, pomyślałam "rozwaliłam wątrobę" ta dieta, którą trzymam za mało restrykcyjna. Moja lekarka zleciła badania i okazuje się, że wyniki mam idealne jak nigdy dotąd -  czyli coś ze mną nie tak,  bóle fantomowe lub inne zmyślone rzeczy. Trzeba zrobić USG a najbliższy możliwy termin to na 4 stycznia, zalecenie lekarskie trzymać do tego czasu dietę, bo niby wątroba dobra ale może jakieś złogi w niej się odezwały  czyli dieta całą przerwę świąteczną. W miniony poniedziałek podczas badania USG lekarka i jej pomoc setnie się ubawiły jak opowiadałam o świętach spędzonych na owsiance na wodzie, kaszy mannej okraszonej musem z jabłka a to wszystko zagryzane sucharkiem, już na sam widok pierożków, barszczu czy ryby ból zginał mnie w pół - tylko to nie wątroba ale nerki. Lekarka od USG pocieszyła mnie, przynajmniej bez strachu może pani po świętach stanąć na wadze :) Teraz czeka mnie w poniedziałek wizyta u urologa i zobaczymy co on postanowi -  więc nie gniewajcie się, że nie składałam życzeń Wszystkim z osoba, nie odpowiedziałam na komentarze i nic nie napisałam bo nie było mi aż tak do świętowania dalej nie jest :(



Pomiędzy tęsknymi spojrzeniami w kierunku sernika i makówek a wyrzutami sumienia, że w ogóle myślę o takim jedzeniu powstały motki.  Merynos w wersji beżowej, pierwszy raz przędziony przeze mnie  od czasu jak jest w sklepiku - na czapkę dla PM. Przędło się bardzo dobrze pomimo, że znacie moje zdanie na temat merynosów, to przędzenie przerwał motek alpaki nagle potrzebnej.


Nie pamiętam kiedy z premedytacją przędłam czesankę z alpaki ale sama się zaskoczyłam bo na przełożeniu 1:20 udało mi się uprząść nitkę 69 WPI a nie jest to włókno "super fine" po prostu resztka z czesanki, która jest w sklepiku sprzedawana jako baby alpaka czyli jakieś 24-26 mic. 


Czarne potrzebowałam bo robię na szybko następne rękawiczki z uciętymi palcami - idzie opornie bo nie ma nic gorszego niż przerabiać czarne przy sztucznym świetle. 


Zrobiłam skarpety "wdzięcznościowe" na małą stopę więc zdjęcia na prawidłach :) Wzór gwiazdek już raz wykorzystałam w skarpetach (wzór do pobrania w pasku bocznym) ten jest znacznie przerobiony. 


Bo po pierwsze dalej robię skarpety od palców wiec wymaga to innego rozpisania początku, po drugie kliny boczne powstają z oczek dodawanych a nie odejmowanych co niby nie jest wielką różnicą a jednak i tak trzeba to na nowo przemyśleć ze względu na inną ilość oczek dodawanych. Tym razem poszłam na łatwiznę i pięta jest jednolita.


Górny wzór jest z jakiś skarpet z bogatej biblioteki Drops'a o pasującej liczbie oczek. Skarpety robione na drutach 2,25 a szare wstawki na nr 2. 


Czapka dla PM już też narysowana a do merynosa doprzędłam drugi motek bfl w brązie, bo czapka będzie we wzór na podstawie grafiki Escher'a ale to jak się uporam z czarnymi "prawie" rękawiczkami.


Z powodu czarnego poległam -  prawie w połowie mojego drugiego szalo-kołnierza do kurtki, bardzo źle się robi takie ciemne przy sztucznym świetle. 


 Pomimo "rozpasanego życia wewnętrznego" coś robiłam i mam nadzieję, że pomiędzy jednym a drugim celebrowaniem tegoż życia uda mi się dalej coś czynić do momentu aż jakiś lekarz tego bogactwa mi ujmie. 

Pozdrawiam Was niedzielnie i poświątecznie z zimą za oknem - taka pogoda jakby był styczeń :)