niedziela, 13 czerwca 2021

Top w jedwabiu

 Druty o rozmiarze 2,25* to jednak cienkie druty i praca na nich, jeśli nie ma się nieograniczonych ilości wolnego czasu posuwa się tak wolno, że prawie niezauważalnie. Następuje jednak taki moment, że to "drobienie" dobiega końca, i wtedy - ja sobie obiecuję, że już nigdy nie będę robić takiej połaci z tak cienkiej włóczki (do następnego czegoś co muszę :) i z ulgą mogę zaprezentować efekt. Ulga faktycznie na mnie spłynęła jak zakończyłam ten top bo pomimo, że lubię jedwab w formie burety to tym razem się zmęczyłam. Drobne oczka przy chropowatej i nierównej nitce wychodziły nierówne i musiałam się bardzo starać by tej równości pilnować. 


Pomimo tego pilnowania, starania się nie do końca ta równość mi się udała ale poprawiać nie będę :) Inną sprawą jest, że pomimo zrobienia próbki, uprania i wszelkich obliczeń nie za bardzo byłam w stanie zapanować nad nadmiernym wyciągnięciem się dzianiny. Miało być tak z 10 cm poniżej pasa, robiłam na wzór jedwabnego topu, który po praniu raczej się zbił i przypomina derkę niż rozwlekł a tu taka niespodzianka zjechało w dół i to sporo. 



Przez to, że bluzka się wydłużyła to musiałam skrócić trochę ramiączka ale i tak dekolt jeszcze wydaje się zbyt głęboki. Oczka zbierałam podczas zmiany ściągacza w dżersej co dało mi zupełnie gładką pozbawioną nierówności i zaburzenia wzoru dzianinę po bokach. 


Jak na taką prostotę to było całkiem sporo przemyśleń co do tego jak zakończyć zgrabnie ten boczny ściągacz i postanowiłam nie kończyć, płynnie ciągnie się po samą górę, z tyłu zamyka oczka ramion i  dekoltu na karku, z przodu łączy się w żeberka ramiączek. 


Ramiączka przodu doszyłam do górnej listwy, wykańczającej tył, widziałam takie rozwiązanie w jakiś dziewiarskich wzorach nie dość że, spodobało mi się to tak, że postanowiłam wykorzystać to rozwiązanie. Oczywiście takie robienie ze zdjęcia pozwala na samodzielne zmierzenie się z tym co się chce a tym co wychodzi :)


Podziwiam te wszystkie osoby, które potrafią zrobić sobie zdjęcie telefonem czy aparatem jedną ręką i to zdjęcie jest dobre. Do tego widać obiekt, który ma być widoczny, a w dodatku sama osoba wygląda jakby pozowała komuś nie musząc się martwić o ostrość, światło i jeszcze coś tam w tle - ja do tych ludzi nie należę i chociaż zrobiłam setki zdjęć, kilka nawet całkiem dobrych, to sobie nigdy nie zrobiłam zdjęcia na tyle dobrego by się chwalić. 
Z danych technicznych:  włóczka ITO  - 3 cewki po 50g (zostało pół jednej), druty 2,25 mm, wzór bez wzoru czyli z głowy ale z inspiracją z netu. 


Letni top gotowy i chociaż od mojego ostatniego wpisu aura znacznie jest łaskawsza to dla mnie jeszcze stanowczo za chłodno by paradować w tak skąpym odzieniu. Za to ta odrobina ciepła wyraźnie posłużyła mojemu warzywniakowi w podwyższonych grządkach jedynie co muszę zrobić to zakupić jakieś kruki czy sokoły bo wiatraczki tylko przez moment były straszakiem na gołębie. 


Ogród cieszy ale też martwi, bo dwa tygodnie temu budząc się rano dokonaliśmy zaskakującego odkrycia braku połowy frontowego ogrodzenia, za to mamy dość sporo plastiku z samochodowych części. Pijany kierowca uratował swe życie kasując całkowicie od lat pielęgnowaną ścianę zieleni, która nas odgradzała od ulicy, która z prawie wiejskich wertepów przekształciła się w jedną z bardziej ruchliwych ulic miasta.

Uderzenie było tak silne, że złamał ponad 20 letnią sosnę i wyrwał żywopłot na ponad 12 m z korzeniami, niestety niszcząc wszystkie rośliny. Ustawiliśmy prowizoryczne ogrodzenie i czekamy co powie ubezpieczalnia ale obojętnie co powie to rośliny cudownie nie odrosną. 


Wzięłam się za kończenie zaczętych projektów, ciekawe jak długo potrwa ten zapał, dalej przędę na kołowrotku bez przeznaczenia a dla czerpania samej przyjemności z tej czynności :)  Sezon na dżem właśnie się zaczyna więc kto wie może następny post będzie o truskawkach :)

Pozdrawiam Was niedzielnie.

* wygląda na to, że wszystko jest względne kiedyś nr 2 nie był dla mnie drobnym drutem a tu 2,25 już jest :D

niedziela, 23 maja 2021

Taki krótki maj

Bardzo mam mało czasu na ulubione zajęcia, a że jest go aż tak mało uświadomiłam sobie przygotowując się do napisania tego postu. Mam folder z katalogami zdjęć wg miesięcy i jakież było moje zdziwienie, że w tym roku majowy katalog jeszcze nie istnieje, a to już prawie koniec miesiąca. Stanowczo mam za mało czasu :( Dni wypełnione po brzegi zajęciami wszelakimi zostawiają tak nikłą ilość czasu na druty czy przędzenie, że to co teraz powstaje przez tydzień kiedyś powstało by w dwa dni.


Tak więc, tydzień temu powstał motek z runa nazwanego "czarna pantera" w mieszance z jedwabiem sari "Wild Cauldron". Bardzo mnie interesowało to runo, prawie czarne, miłe w dotyku o przyzwoitej długości włosa. Niestety mieszanie z jedwabiem prawie zupełnie zatarło jego prawdziwe oblicze ale te nieliczne odcinki gdzie występowało samo dało jakiś obraz. Jest to runo, które przedzie się dobrze, w dodatku można je uprząść bardzo cienko jak na kolorową rasę, a nitka odznacza się miękkością w dotyku.


Jedwab nadał nitce połyskliwości co widać na zdjęciu z lampą, a cętki koloru ożywiają dość mroczną całość. Jest to tradycyjna 3 nitka z myślą o następnych krótkich skarpetach. Motek podczas prania pachniał jak mokry  pies ale to raczej wina tego jedwabiu niż runa owczego. Jedwab przychodzący z Anglii ma zapach stęchlizny pewnie z powodu wszechpanującej tam wilgoci. Motek płukałam w wodzie zaprawionej octem bo puszczał trochę farbę, po dokładnym wysuszeniu zapach się ulotnił. 
Te krótkie chwile, w których mogę się poddać przyjemności przędzenia spędzam teraz w towarzystwie resztek zupełnie niehandlowych - mieszanki merynosa 18,5 mic, jedwabiu, wielbłąda i alpaki. 
Motek też będzie 3-nitką ale na razie bez przeznaczenia bo samo przędzenie tu jest ważne i jego kojące właściwości a nie cel :)


Kupiłam także książkę, która już od dłuższego czasu mnie pociągała, wszelkie plecionki, warkocze, formy przestrzenne w dzianinie bardzo mi się podobają ale naprawdę dobrze czuję się w dzianinie we wzory wrabiane. Dzianina, której nie zniekształca przekładanie oczek jest bardziej przewidywalna w doborze rozmiaru, zbieraniu oczek więc moje zainteresowanie pozycją opatrzoną nazwiskiem mistrzyni plecionek jest zrozumiałe. 


Książka już na wstępie oferuje drobny przegląd tego co w środku a jest tego dość sporo i tylko chroniczny brak czasu nie pozwolił mi na bardziej wnikliwą analizę jej zawartości.



Pewnie nie raz się na nią powołam bo już pierwsze pobieżne przeglądanie dało mi pewne pojęcie o treści myślę, że moja niechęć do stosowania warkoczy zmaleje. Książka jest zaopatrzona w diagramy co uważam za pozycję obowiązkową w książce o wzorach bo nie ma nic gorszego od samych opisów. Przez lata robienia wzorów wrabianych nabyłam nawyk pamiętania sekwencji kratek i trudno mi robić z opisu chyba, że wzór jest rewelacyjny to w przypływie desperacji rysuję ale jak na razie popełniłam to raz.


Letni jedwabny top czyni się w tempie odwrotnym do upływu czasu, tempie ślimaczym, żółwim lub jeszcze lepszym tempie leniwca :) Gdyby jeszcze pogoda skłaniała do przyspieszenia pracy by jedwab chronił mnie przed ostrym słońcem wiosny, nic z tego raczej moje myśli krążą wokół motka z początku wpisu by zrobić ciepłe skarpety. Dwa wełniane swetry w różnym stopniu napoczęte też zaczynają wyglądać atrakcyjnie, kto wie może pokończę te ciepłe okrycia dla samej przyjemności ogrzewania nimi kolan podczas tego mokrego chłodu listopada na wiosnę. 


 Słuchane książki wciągnęły mnie z taką mocą, że się nawet tego nie spodziewałam i muszę przyznać, że cieszy mnie to niezmiernie bo nie mam poczucia traconego czasu na zajęcia nudne lecz konieczne. Cieszy mnie to nawet podwójnie, bo ostatnio próby czytania kończyły się tym, że PM budząc się w nocy ściągał mi okulary z nosa a tablet z ręki i kazał dalej spać :) 

Pozdrawiam Was niedzielnie

niedziela, 2 maja 2021

Chciałabym

Tak bardzo chciałabym by moje "chciejstwo" robótkowe zgrało się z moimi możliwościami ale nijak nie daje rady, całkowity brak kompatybilności.  W przypływie tego chciejstwa zakupiłam całkiem sporo drobnowymiarowej wełenki ku czynieniu rękawiczek. Po nacieszeniu się i dopasowaniu kompletów kolorystycznych, wyrysowaniu prawie dwóch nowych projektów rękawiczek, przyszło opamiętanie. Nie dość, że wełenka porażającej cienkości typu lace to ja widzę coraz gorzej i mam coraz mniej czasu. Na razie z głębokim przekonaniem utwierdzam się, że dam radę ogarnąć to wszystko co już zaczęłam, co robię i co jeszcze zacznę. Chciało by się krzyknąć:  lekarza ci trzeba ...


W tempie wręcz wolnym ale inne być nie może bo druty nr 2  na ponad 300 oczek, powstaje top z pięknego jedwabiu ITO. Dłubię wieczorami, po kilka rzędów bo czas przez palce przecieka a praca zawsze się jakaś znajdzie, jak nie zawodowa to ogród lub atrakcje  np. z cłem i kurierami wożącymi paczki na raty. Top pewnie na ciepłe dni zdążę zrobić bo wiosna tego roku chłodna jak dla mnie nawet bardzo chłodna. Wzór z głowy, a zakończenie topu trochę podpatrzone w necie. Na razie dziarsko po ponad 2 tygodniach dotarłam w okolice pach :)



Ku mej wielkiej radości do czytelnictwa, które jest mi równie bliskie jak przędzenie doszło jeszcze słuchanie książek. Miałam już kilka prób w tym kierunku ale albo źle trafiłam z lektorem albo książki nie były aż tak ciekawe więc zarzuciłam słuchanie. Trochę z lekką zazdrością popatrywałam na PM, który wsłuchuje się w książki przy każdej pracy, a nudnej pracy u nas też nie brakuje. Kupiłam słuchawki  i przepadłam bo tym razem zaczęłam naprawdę mocno bo od "Mistrza i Małgorzaty" Bułhakowa, to moja ulubiona powieść i poczytuję od czasu do czasu, tym razem się wsłuchuję i nudne prace znikają :) Na tablecie mam Tokarczuk a już czeka "Pokora" Twardocha, tylko jeszcze trochę więcej czasu by się przydało. 
 

Z racji tego, że w najlepsze kupuję włóczki, czytam, słucham i robię inne rzeczy mniej lub więcej ciekawe to nie przędę bo czas skurczył się maksymalnie i po prostu już nie mam kiedy siąść do kołowrotka a po ostatnich dostawach bardzo już mnie nosi w tym kierunku bo przyszedł jedwab :)



Zrobiłam 2 zamówienia, jedno w Niemczech a w tym samym czasie dopinałam możliwość kupowania w Anglii. Dostawa z Niemiec przyszła jak zwykle szybko sprawnie ale bez Wensleydale bo nie ma i nie wiadomo kiedy będzie. Kupiłam runo nazwane "czarna pantera" co to za rasa nie mam pojęcia ale wg mnie przypomina Corriedale chociaż może jest troszeczkę milsze. 


Kursy walut są takie jak są i niestety to co przyszło z Niemiec jest droższe :( 




Po dopełnieniu wszelkich niezbędnych formalności mogłam zrobić też zamówienie w Anglii ale zrobiłam je z ostrożnością bo zupełnie nie miałam pojęcia jak to będzie wyglądało od strony celnej i cóż gdyby nie ten nieszczęsny kurs walut to prawdopodobnie tylko szary merynos i Bfl byłyby droższe bo są runa, które są tańsze niż były. Anglicy bardzo często zmieniają ceny na runo, przez długi okres czasu prowadziłam zeszyt i zapisywałam szczegółowo każde zamówienie z kursem waluty włącznie. Pewnie zależało to od dostępności i chwilowej mody bo niektóre runa tanieją a inne wręcz przeciwnie. 



Teraz już wiem czego się spodziewać i w miarę możliwości będę systematycznie uzupełniać braki w sklepiku, bo nie ma nic bardziej żałosnego niż puste półki w sklepie - ewentualnie ocet na nich .. :) 




Po zeszłorocznej próbie wskrzeszenia warzywniaka i pewnych nieoczekiwanych komplikacjach PM zaproponował, że zrobi mi podwyższone grządki. Ja propozycję chętnie przyjęłam, PM przyciął deski, poskręcał a ja zabezpieczyłam deski olejem do drewna i w tej chwili mam 2 grządki a będzie jeszcze trzecia tylko niech przestanie padać. Posadziłam już cebulki dymki i szalotki ale będzie jeszcze seler, pora, dynia Hokkaido, fasolka, buraki, koperek, rukola, ogórki no i pomidory w ilości sporej, mam już rozsadę na jakieś 15 cm wysokości. Rzodkiewka już od początku miesiąca siedzi w namiocie ale jakoś mizernie rośnie chyba jest nawet dla niej za zimno. 


 Pozdrawiam Was niedzielnie w bardzo deszczowy początek maja 

niedziela, 11 kwietnia 2021

Na chorobowym

W tygodniu poprzedzającym święta udzielałam się w ogrodzie i to moje udzielanie, skończyło się bólem ucha i gardła a do tego temperatura poszła w górę - a to wyjątkowo niewskazane w obecnych czasach, chwalić się wyższą temperaturą. Przez święta kurowałam się ale przecież i tak nic ciekawszego nie było do zrobienia, z tego podwójnego uziemienia: państwowego i własnego -powstały skarpety. 


Tym razem dla mnie, z mojej włóczki (jakieś resztki z jedwabiem), w wersji za kostkę, widziałam takie u Łucji na Fb i mnie ta długość ujęła i to bardzo. Nastała moda na wąskie nogawki, ja za modą nie podążam chociaż mam takie jedne dżinsy do botków ale te skarpety są z myślą o domu i spodniach dresowych. Moje dziecko kupiło sobie całkiem przyzwoite spodnie dresowe w sportowym sklepie, dziecko ma prawie dwa metry ale spodnie po kilku praniach są na mnie *. Nie wiem co to za bawełna ale nogawki sprały się dobre 12 cm - piorę w 30 stopniach. Spodnie dla dziecka stały się zupełnie bezużyteczne ale  postanowiłam je sobie przystosować jako spodnie do sprzątania i do ogrodu - tylko te bardzo wąskie nogawki zupełnie nie współgrały z moimi skarpetami, których górę zawsze wywijam i w okolicy kostki powstaje mankiet.


Takim to sposobem zrobiłam sobie, krótkie skarpetki :) i bardzo mi się ten pomysł spodobał, bo motek wystarczył na 2 pary i nie została żadna resztka - wyrobione do końca, w jednej skarpetce oczka zamykałam nitką bfl bo na to zamknięcie zabrakło. 



Obie pary powstały od palców, ze wzorami w oparciu o książki z japońskimi wzorami, nawet specjalnie nic nie rysowałam tylko wybrałam wzór z pasującą liczbą oczek. Skarpetki z takimi wzorami nie dość, że są bardzo proste w wykonaniu to nie wymagają jakiś specjalnych umiejętności po prostu robią się same. 



Bardzo mi się podoba sama włóczka, nawet się nie spodziewałam, że będzie tak miła, mięsista, połyskliwa i taka w sam raz na skarpety :) 

Z danych technicznych to: włóczka moja tradycyjna 3-nitka, druty 2,25 ChiaoGoo wersji metal i czerwona żyłka ze względu na plastyczność żyłki, oczek 63 w obwodzie. 


Jeszcze przed świętami udało mi się złożyć na nowych zasadach zamówienie uzupełniające w Anglii, ma być wysłane po 15 kwietnia, trafi na cło a potem do mnie więc będą uzupełnione braki :) nie mogę zagwarantować, że ceny się nie zmienią ale mam cichą nadzieję, że nie aż tak bardzo. Chociaż koszty paczkomatów poszły w górę - chyba za mało zarobili podczas tej zarazy :( Niestety nie było jedwabiu sari w kolorach, które lubicie wzięłam dwa nowe, może też się Wam spodobają. Przyjdzie jeszcze paczka z czesankami z Niemiec i może sklepik znowu będzie "bogaty".  Mam jeszcze ciche plany co do Indii ale to chyba pod koniec lata. 

Ja też trochę zaszalałam, i kupiłam sobie coś co kusiło mnie od bardzo dawana japońskie włóczki Ito. W pierwszej wersji miał być tylko jedwab w wersji bourette na letni top ale z tej samej firmy jest wełna o takich parametrach, że już oczami wyobraźni widziałam te rękawiczki z 150 oczkami w obwodzie :)

Włóczki kupiłam w Ovczarni, przyszły pięknie zapakowane z ręczną adnotacją :) Wełna jest tak obiecująca, że zakupiłam jeszcze - wytłumaczyłam to sobie tak, że to już ostatni dzwonek kiedy dam radę zrobić coś na drutach jedynkach potem będzie coraz gorzej z oczami więc kiedy jak nie teraz :)

Jedwab już trafił na druty wypierając po raz kolejny ufo-ka w postaci szalo-kołnierza do zimowej kurtki. Top będzie prościutki ale niewiele potrzebuje bo włóczka wygląda tak, że zbędna jest inna narracja. 



 Jak to dobrze, że pogoda zgrała się z moim marnym samopoczuciem, przynajmniej ogarnęłam zamówienia do sklepiku, zrobiłam sobie skarpety, napiekłam rodzinie ciasta na święta, skończyłam spis powszechny dla GUS-u i kilka innych rzeczy, które leżakowały od dawna. A teraz to niech już będzie ta wiosna :)

Pozdrawiam Was niedzielnie. 

*nogawki w spodniach po każdym praniu naciągam ale one i tak wydają mi się za każdym razem krótsze - a ja na pewno nie rosnę :)

niedziela, 28 marca 2021

Sweter

Jak mi się nie chciało, no tak bardzo, że trzy niedziele nie napisałam nic !! Zupełnie poddałam się marazmowi panującemu wszędzie, bo ten stan apatii i zobojętnienia dopada chyba obecnie większość z nas. Poprawy nie widać i pewnie długo jeszcze przyjdzie nam jej wyglądać. Na razie wypatruję wiosny i trochę więcej ciepła bo praca w ogrodzie skutecznie zajmie na jakiś czas myśli. 

W przypływie impulsu kupiłam włóczkę 50 % wełna i 50 % bawełna (u Makunki) wersja włóczki znana mi jest z oferty Dropsa ale w wersji dość grubej a tu taka nitka w stylu skarpetkowej, wiec na wiosenny cienki sweterek w sam raz. 


Pierwotna wersja zakładała zrobienie swetra z wzorkiem pociągniętym nitka moherową (to ten delikatny róż) niestety okazało się to zupełnie niewidoczne i po prostu nijakie. Nie było wyjścia tylko pruć, bo trzeciego rozgrzebanego swetra nie zniosę. Tym razem ucieszyłam się z resztek, które mam w nadmiarze oraz pojedynczych motków kupionych dla koloru. Wzór zrobiłam z połączenia nitki Holst (reszta po rękawiczkach, zostało tyle co widać na zdjęciu) oraz Kid Silk z Dropsa w kolorze niby bordo ale ja bym stawiała na podrasowany czerwienią brąz. 

Wzór swetra to odkrycie mistrzyni w odnajdywaniu darmowych wzorów :D a wzór nazywa się Ohdake sweater. Oczywiście zupełnie nie trzymałam się instrukcji, która jest dobra i nic do niej nie mam - wykorzystałam z niej rzędy skrócone i wzór - resztę zrobiłam po swojemu. 



Oprócz porażki i prucia jasnego moheru była jeszcze przeróbka wykończenia pod szyją bo to co zrobiłam nijak nie pasowało do raczej lekkiej formy całości a wręcz czułam się jak w chomącie. Wyprułam to niby wykończenie i zrobiłam coś zupełnie prostego nawiązującego do ściągaczy rękawów i dołu.


Z połączenia dwóch nitek wyszedł całkiem ciekawy efekt, wzór niby idealnie widoczny to w niektórych miejscach z sprawą moheru robi się lekko rozmyty i mnie się to podoba :)




 Sweter został już przetestowany w ostatnią niedzielę byłam u ojca na urodzinach, sprawdził się doskonale bo pomimo, że to wełna to jednak dodatek bawełny wyraźnie studzi wełniany zapał do ogrzewania mnie w nadmiarze.  Rękawy trochę krótsze niż zwykle, do kostek nadgarstka ale też sam sweter też jest krótszy od oryginału. To taki bardziej elegancki T-shirt z długim rękawem :)



W tym roku postanowiłam zabawić się w eksperyment z podwyższonymi grządkami, PM przycina deski i jak tylko powstanie coś sensownego to pokażę. Zabawa w ogrodnika skutecznie zajmuje czas na prace dziewiarskie więc mało było i będzie w najbliższym czasie możliwości chwalenia się takowymi. 

Pozdrawiam niedzielnie z nadzieją, że przetrwamy to w dobrym zdrowiu. 

niedziela, 28 lutego 2021

Ach te skarpety

Pozorowany tydzień wiosny minął i ze sobotą zrobiło się znowu przedwiośnie z chłodem i deszczem. Nawet dobrze pomyślałam, bo zimowe skarpety, które miałam zamiar zrobić mamie jakieś 5 tygodni temu, doczekały się realizacji. Moja mama nie za bardzo gustuje w ciepłych skarpetach, bo jest jej ciepło, a że praktycznie stale w ruchu to jeszcze to ciepło potęguje. 





Ostatnio postanowiła zrobić wielkie porządki w piwnicach, a że tam nie jest tak ciepło jak w domu to ubiera wełniane skarpety. Tylko jedna para, którą ma to za mało, bo jak się suszą po praniu to nie ma co założyć. 
Dobrze, że mama te porządki sobie dawkuje z rozwagą bo przy moim tempie robót mogłaby jeszcze te porządki skończyć :) 
Skarpety są zrobione z pozostałego motka z moich skarpet i motka brązowej nitki skarpetowej z moich zapasów, nawet nie wiem jak starego bo nie pamiętam kiedy kupowałam motki na skarpety po 100 g. Zdjęcie skarpet z tym wzorem znalazłam w internecie, nie wiem czy jest do kupienia.  Wzorki narysowałam sama ze zdjęcia i rozpisałam dodawanie oczek na kliny w inny sposób niż zwykle, nie po bokach ale od spodu - oczywiście dalej robię skarpety od palców. 




Palce, pieta i ściągacz są bez wzorów z gładkiego brązu ale w pięcie użyłam dodatkowej nitki z bardzo cienko przędzionej alpaki suri - bardziej dla wrażeń dotykowych, że niby grubsza niż ze względu na wzmocnienie. Mam do zrobienia w dalszym ciągu kilka par skarpet i nie wiem czy te skarpety dotrą do tych, do których miały dotrzeć w tym sezonie zimowym ale pocieszam się tym, że w grudniu znowu będzie zima :)


Musiałam przerwać produkcję skarpet bo obiecałam zrobić następne mitenki w brązowo-czarnym kolorze. Drobniutkie ale nie mam już włóczki, której używałam w poprzednich, tą którą miałam w składzie była inna i farbowanie nie wyszło po mojej myśli. Kupiłam motek brązowo czarnego melanżu ale też mi się nie podobał więc musiałam uprząść coś co będzie wyglądało przyzwoicie. 


Wybrałam trzy gatunki runa: czarny Shetland, merynos 23 mic farbowany na czarno i bardzo ciemne brązowe Corriedale. Na pierwszej szpuli od góry merynos wymieszany z Shetland'em , w środku Shetland a na samym dole Corriedale. W nitce wygląda trochę jak tweed.



Nitkę powieliłam w tradycyjną 3-nitkę i po dłuższym zastanowieniu wybrałam jako dodatek ciemno brązową nitkę suri dla miłego meszku ale również dla "ocieplenia" wizerunku. Pewnie po weekendzie będą gotowe do oddania i chyba już nie będę Was uszczęśliwiać widokiem następnych całkiem prostych mitenek. Piszę o nich z czysto kronikarskiego obowiązku bo nie opisuję prostych projektów i aby później coś powtórzyć lub odtworzyć graniczy z cudem. 
Mitenki na bardzo małą dłoń (48 oczek) druty nr 2, nitka trochę cieńsza niż na skarpety, po 27 rzędach ściągacza na wnętrzu dłoni zmieniam ściągacz w dżersej przeplatając w każdym następnym okrążeniu po dwa oczka aż kończą się na wierzchu dłoni ładnym szpicem. Mam nadzieję, że to co tu napisałam i to co pozaznaczałam przy obrysie dłoni, na którą to robię pozwoli w przyszłości na odtworzenie w razie potrzeby. 


Nie wiem czy zdołam skończyć szalo-kołnierz ale pewnie tej zimy już nie zaistnieje w kurtce bo ja czekam już na wiosnę :) A jak pomyślę o ilości cebul tulipanów, które zasadziłam na jesieni to jeszcze bardziej czekam.

Pozdrawiam Was niedzielnie.