niedziela, 26 września 2021

Torba

Ostatni weekend przeznaczyłam na pierwsze jesienne przeziębienie, nie tylko mnie dopadło lecz było udziałem wszystkich domowników, z czego ja jak zwykle chorowałam najdłużej - choć był to tylko uciążliwy katar i ból głowy. Nic nie pisałam bo też nie było o czym a z tym bólem głowy i cieknącym nosem to i tak nie dałabym rady. 


Za to ostatni  tydzień obfitował w kilka całkiem udanych przedsięwzięć, do jednych z nich należało uszycie torby. Za wzór posłużył mi pierwowzór z tego blaga, jest to torba plażowa. Pora dość późna na takie ekstrawagancje ale torba jest mi potrzebna bo udaję się na krótkie wakacje.


                                                                                                                                                                                                                                      
Torba jest z bawełnianej surówki, która mi została z szycia innych toreb, do tego kawałek czarnego materiału podobnego fakturowo. Moją torbę różni od pierwowzoru poszewka we wnętrzu (lubię tak wykończone rzeczy) oraz haft na zewnętrznej kieszeni.



Haft przedstawia różę wiatrów, narysowałam go sama, maszyna hafciarska dokonała reszty. Torba wakacyjna kojarzy się z podróżami a haft nie pozostawia wątpliwości, całość zamykana na zamek - czerwony jak jedyny zaznaczony kierunek  świata w hafcie - chociaż ja udaję się w kierunku przeciwnym:)

W dalszym ciągu jak mam czas to walczę z wielkim haftem krzyżykowym i dłubię drobne oczka w rękawiczce. 


Dostałam również coś pięknego od dziewczyny, którą świat prządek i dziewiarek zna jako wielce kreatywną farbiarkę. Jesień nadeszła w tym roku tak szybko, że pewnie niejedna z nas zastanawia się nadal nad zakupem jakiejś włóczki na nową czapkę, szalik lub sweter a jeśli chcecie coś niepowtarzalnego do zajrzyjcie do Zapachu Trzcin   kto wie jak wiele inspiracji tam znajdziecie a może zachwyt nad motkami lub czesanką natchnie Was do stworzenia czegoś pięknego.


Ja stałam się posiadaczką dwóch motków merynosa z kaszmirem w pięknym jesiennym wybarwieniu z nutą moich ulubionych petroli. Na razie motki jak to bywa w przypadku tych pięknie barwionych cieszą me oko kolorystyką - czy znajdą zastosowanie praktyczne - nie wiem, na razie głaszczę jak kota i napawam oczy :) 




 Tak jak wcześniej wspomniałam wyjeżdżam na kilka dni, a dokładnie między 3 a 10 października, więc zamówienia złożone w tym czasie w sklepiku zrealizuję dopiero po powrocie.


Pozdrawiam Was niedzielnie. 

niedziela, 12 września 2021

Te wielkie projekty

Niby z wiekiem nabiera się jakiejś mądrości życiowej, zna się swoje słabości, nie ulega się zachcianką i nie rzuca z motyką na najbliższą gwiazdę. Mnie jakoś udaje się pomimo wieku w dalszym ciągu porywać na projekty, które w najlepszym razie lekko mnie przerastają a w tym gorszym razie wręcz przytłaczają. W ostatnim wpisie wspomniałam o jednym z nich, jest to sporych rozmiarów (100 x 70 cm) haft krzyżykowy. Jak zobaczyłam go na znanym zakupowym chińskim portalu to nie mogłam o nim przestać myśleć, bo oczami wyobraźni widziałam go na jednej z moich ścian wielkiej klatki schodowej.
I pewnie nic by nie było w tym dziwnego gdybym dysponowała ogromem wolnego czasu do tego sokolim wzrokiem i cierpliwością buddyjskiego mnicha.


Jak tylko dostałam ten kawałek tkaniny to okazało się, że to haftowanie jest zajęciem tak beznadziejnie nudnym, wręcz ogłupiającym, bezmyślnym wypełnianiem kratek w danym kolorze, że długo tego nie wytrzymywałam. Do kompletu okazało się, że okulary, które przy dzierganiu drutami 1 mm zupełnie zdają egzamin to tu niestety nie, no i jeszcze wybrałam sobie mulinę o satynowym wykończeniu więc nie dość, że śliska to jeszcze plącze się częściej niż ta matowa. Na szczęście słuchanie książek jakoś łagodzi stan bezmyślności tego zajęcia, nowe okulary też pomagają no i letnie światło, tylko na brak czasu nie znalazłam lekarstwa ale nie zmienia to postaci rzeczy, że projekt jest w moim przypadku na lata. Może kiedyś nabiorę rozumu i poprzestanę na małych formach takich jak rękawiczki i skarpety, które można skończyć bez planów 5-letnich. 
W tej chwili mam zamiar wypełnić haftem największe połacie z danego koloru, tych przeważających kolorów jest 5 i oby przed zimowymi ciemnościami się udało. Później pozostanie tylko wypełnianie mieszaniną barwnych nitek tych już niewielkich luk.

Na drutach mam rękawiczkę, już drugą bo pierwszą zaczęłam na początku lipca i już jest gotowa. Wzór narysowałam w oparciu o jakiś wzór haftu krzyżykowego, które bardzo dobrze się sprawdzają w przypadku wzorów wrabianych. Dość głęboki podwójny mankiet robi z tej rękawiczki bardziej rękawicę na srogą zimę ale kto wie może pojadą gdzieś gdzie jest aż tak zimo. 



Przy całkowicie niewymagającym używania mózgu hafcie to zajęcie wydaje się wręcz żądać skupienia bo wierzch rękawiczki zdobi rysunek ostów, a każda linijka wzoru jest inna więc trzeba się pilnować bo pomyłki bywają bolesne. Samo rysowanie wzorów jest jak układanka bo główny motyw zawsze mi narzuca jakiś rygor spójności wzoru. Każda rękawiczka powinna być tak skonstruowana by nie dość, że wzory się jakoś zgadzały tematycznie to jeszcze płynnie przechodziły w palce a przy zbieraniu oczek nie mąciły rytmu tegoż wzoru - przynajmniej dążę do takiej perfekcji :) 


Trochę to potrwa zanim rękawiczki będą gotowe ale pora roku narzuca też inne zajęcia, jednym z nich jest robienie przetworów. Nie pamiętam czy był taki rok bym nie zrobiła jakiś dżemów, galaretek, ogórków, burków czy passaty, po prostu robię przetwory. Nie wiem czy to tylko przyzwyczajenie ale są rzeczy, które przetworzone samemu smakują lepiej. Nie robię jedynie korniszonów bo nie przepadam za nimi woląc kiszone ogórki i kapustę.


Niby ciepło i słonecznie ale w powietrzu już czuć powiew jesieni, w głowie kilka nowych pomysłów na skarpety i nieśmiało myślę o nowym swetrze ale najpierw muszę skończyć celtycki. 

Pozdrawiam Was niedzielnie. 

niedziela, 5 września 2021

Bardzo trudny powrót

 Nie jest tak, że przędzenie, dzierganie, farbowanie i wszystko "okołowełniane" przestało mnie cieszyć  co to, to nie ale jakoś tak zrobiłam sobie wakacje :) Wakacje nie objęły drutów i kołowrotka ale tylko opisywanie tych czynności na blogu. Bardzo często bywa, że po tak długim czasie opisywanie z pozoru innych rzeczy, one zlewają się w potok powielanych wiadomości, oblekanych w inne słowa i już nie da się tego ciągnąć trzeba na jakiś czas przestać. Pomimo tego że, przestałam opisywać to co robię to jednak coś tam robiłam, mniej niż zwykle ale też nie miałam tej presji, że trzeba coś opisać na blogu więc leniwie to wszystko robiłam. Słuchanie książek też się przyczyniło do zaniechania pisania, to nawet zaszkodziło wszystkim sferom mego życia - wg mojej rodziny jestem całkowicie oderwana od rzeczywistości i nic do mnie nie dociera chyba, że przez słuchawki :)



Tyle książek ile ostatnio mi się udało przesłuchać czytałabym może ze dwa lata ale to jedna z najfajniejszych rzeczy jaką ostatnio zrobiłam dla siebie - zatopienie się w tych wymyślonych światach a powrót do realu stawał się niemiłą koniecznością.  Postanowiłam jednak po tych wakacjach z początkiem września, chociaż mnie od bardzo dawna ten rygor nie obowiązuje, wziąć się w karby i wrócić do opisywania na blogu motków, rękawiczek, swetrów i tego co zrobię z równą starannością jak wcześniej. Przędłam praktycznie przez cały czas ale wrócił pewien Ufok, który od dłuższego czasu gryzie moje sumienie dość spory haft więc jemu poświęcam dużo czasu. Pewnie go tego lata nie skończę ale przynajmniej wypełnię największe połacie jakie zdołam. 

Na górnym zdjęciu bardzo cienkie nitki, które ostatnio powstały, wszystkie to tradycyjnie 3-nitki. Pierwszy motek to lama, jedwab i bfl, drugi Polwarth, jedwab i kaszmir, trzeci to merynos 18,5 mic zafarbowany jakieś 3 lata temu w łupinach orzecha włoskiego, przędzione jak poprzednie motki bez przeznaczenia. 




Z niejakim ociąganiem skończyłam szalo-kołnierz bo może się okazać, że kurtki użyję równie sporadycznie jak minionej zimy ale jak już było ponad połowę zrobione to szkoda sprawę porzucić. 


Może zrobię sobie czapkę do kompletu jak do poprzedniego kołnierza tylko czy ta kurtka pożyje na tyle długo by mieć aż tyle różnych, jej dedykowanych dodatków. Kołnierz zrobiłam na okrągło a później tylko zabezpieczenie brzegów i cięcie. Dokładnie tę procedurę opisałam przy pierwszym kołnierzu i te zapiski tak łatwo dostępne trochę mnie opamiętały z tym całkowitym zaniechaniem pisania na blogu. Jak nie będę  utrwalać ważnych dla siebie danych to będę odkrywać Amerykę za każdym razem gdy postanowię coś ponownie zrobić :)
Zaczęłam też rękawiczki wg dawno narysowanego projektu - trochę duże wychodzą ale samo dzianie na drobnych drutach (1,25 mm) mnie cieszy. Rozrysowałam też w miarę sensownie raglan w moim "odwiecznym projekcje" celtyckiego swetra, pewnie już niedługo jak tylko uporam się z rękawiczkami przyjdzie na niego czas.



Jeszcze pod koniec lipca zrobiłam zamówienie uzupełniające stany w sklepiku ale teraz procedury celne wydłużyły się tak niemiłosiernie, że zamówienie przyszło dopiero w zeszłym tygodniu pomimo naszych maili z delikatnym dopytywaniem o naszą paczkę. 
Nie kupiłam wiele ale prawie same jedwabie sari oczywiście te co były kiedyś uzupełniłam ale to tylko udało się w przypadku  Lagoon  i Palash reszty nie było ale za to są nowe kolory. Mieszanka z kobaltowym niebieskim, coś o nazwie dzikie kwiaty w kolorze bardzo ciepłej żółci przetykanej innymi kolorami. 





Do tego mieszanka o wszelkich odcieniach czerwieni i brązów o nazwie "Samba"  oraz prawie magenta powleczona wielobarwnymi pasmami.




 Całość wieńczy spora ilość jedwabiu Eri oraz dwie mieszanki wełniane jedna to merynos 18,5 mic z jedwabiem 50/50 % równomiernie wymieszana. Druga to ta na poniższym zdjęciu jest to merynos 23mic + jedwab + len, kiedyś bardzo dawno kupiłam trochę na próbę ale nadal leży w worku a ja się jej przyglądam więc może jakaś prządka też zechce się poprzyglądać :)
 


Przez te książki czytane i słuchane dni mijały tak szybko, że z niejakim oszołomieniem zdałam sobie sprawę, że to już prawie jesień . Te kilka zimnych i deszczowych dni jeszcze bardziej mi uświadomiło, że właściwie czas zacząć robić skarpety :)

Pozdrawiam Was niedzielnie. 

niedziela, 27 czerwca 2021

Przędzenie

Już nie pamiętam kiedy przędłam w ten sposób w jaki robię to ostatnio, czyli całkowicie bez planu co z tych nitek powstanie. O ile mnie pamięć nie myli to doświadczałam czegoś podobnego na samym początku mej przygody z przędzeniem. Wtedy gnała mnie chęć doskonalenia nowej umiejętności, napawanie się nią i uprzedzenie wszystkiego co się dało, nie było tego zbyt wiele bo w tamtych czasach nie było jeszcze wszystkiego za wiele. Później był etap przędzenia rzeczy nowych, wszelkich niedostępnych dla mnie rodzajów runa owczego i nie tylko owczego, i to też było takie przędzenie dla samego przędzenia bo nie chęć dalszego wykorzystania a chęć poznania materiału mnie napędzała. Konkretne przędzenie pod konkretne rzeczy trwało później długo a tu nagle po tylu latach siadam do kołowrotka i przędę tak bez zamysłu na co przeznaczę te nitki. Jedno jest pewne przynosi mi to taką radość albo raczej radosny spokój, że nie zamierzam rezygnować z tych kilku chwil dziennego odpoczynku i odprężenia. Na szczęście moim zapędom ulegają na razie tylko resztki, które nie nadają się do sprzedaży.  


Pierwszy motek powstał z resztki mojej autorskiej mieszanki, którą na moje życzenie przygotowano z : 37,5% - merynosa z Falklandów, 25% - włókna perłowego, 25% - bambusa, 12,5 % - lamy (wersja uszlachetniona). Resztka jest pięknie biała i taka inna w dotyku od wełnianych mieszanek, bo roślinno-wiskozowy dodatek daje się odczuć. O dziwo jak przędłam tą czesankę by się z nią zapoznać jak ją dostałam  to mi się nie podobała, przez różnorodne materiały przędło mi się źle - teraz przędło się cudownie jakoś tak zupełnie inaczej po prostu sama się skręcała. Czyżby stan ducha miał znaczenie :) 


Drugi motek tak jak zresztą wszystkie to tradycyjna 3- nitka, która powstała z resztki alpaki, bfl superwash oraz merynosa 23 mic. Każda z nitek składowych to jeden z materiałów i o dziwo trzeba bardzo dokładnie się przyglądać by zauważyć, że to trzy różne nitki składowe tworzą ten miły w dotyku motek.


Motek trzeci powstał z mieszanki, która jest w sklepiku a raczej z resztek z tejże. Jest to merynos 18,5 mic, alpaka, wielbłąd i jedwab. W tym przypadku również moim zachwytom nad łatwością z jaką mi się to przędzie nie było końca. Nitka powstała z tych trzech bardzo cienkich singli jest miła, puszysta i w dodatku błyszczy jedwabiem no jest taką nitką, która miło będzie sunąć po drutach jak zdecyduję by ją użyć. 


Ostatni z powstałych motków to bfl w wersji humbug, czyli mieszanka trzech naturalnych kolorów run bfl czyli białego, brązu i owsianki. Tutaj efekt końcowy podoba mi się najmniej, chociaż to moje ulubione runo. Bardzo mi się podoba to runo we wzorach wrabianych na jasnym tle, wzór z tej nitki daje efekt zanikania, zrobiłam kiedyś skarpety z takiej nitki i kto wie może to jest jakaś myśl na te powstające w niekontrolowany sposób motki. Motek w skarpetach to też 3 nitka ale navajo więc może ten nowy nie do końca będzie spełniał się w tych zanikających wzorach bo wydaje się bardzo jednolity kolorystycznie. 
Następny motek już powstaje i pewnie będzie tu niedługo prezentowany a jak mi się nie odmieni to pewnie w towarzystwie nowo powstałych. 



Przez ostatnie dni upał dawał się tak we znaki, że jedyną rzecz, którą próbowałam skończyć i właściwie mi się udało to szalo-kołnierz teraz tylko zabezpieczenie brzegów i cięcie. Po burzach trochę się ostudziło i właściwie to czas wrócić do porzuconych swetrów ale w tej chwili jedyną przyjemność czerpię z przędzenia bez zobowiązań :)


 Pozdrawiam Was niedzielnie. 

niedziela, 13 czerwca 2021

Top w jedwabiu

 Druty o rozmiarze 2,25* to jednak cienkie druty i praca na nich, jeśli nie ma się nieograniczonych ilości wolnego czasu posuwa się tak wolno, że prawie niezauważalnie. Następuje jednak taki moment, że to "drobienie" dobiega końca, i wtedy - ja sobie obiecuję, że już nigdy nie będę robić takiej połaci z tak cienkiej włóczki (do następnego czegoś co muszę :) i z ulgą mogę zaprezentować efekt. Ulga faktycznie na mnie spłynęła jak zakończyłam ten top bo pomimo, że lubię jedwab w formie burety to tym razem się zmęczyłam. Drobne oczka przy chropowatej i nierównej nitce wychodziły nierówne i musiałam się bardzo starać by tej równości pilnować. 


Pomimo tego pilnowania, starania się nie do końca ta równość mi się udała ale poprawiać nie będę :) Inną sprawą jest, że pomimo zrobienia próbki, uprania i wszelkich obliczeń nie za bardzo byłam w stanie zapanować nad nadmiernym wyciągnięciem się dzianiny. Miało być tak z 10 cm poniżej pasa, robiłam na wzór jedwabnego topu, który po praniu raczej się zbił i przypomina derkę niż rozwlekł a tu taka niespodzianka zjechało w dół i to sporo. 



Przez to, że bluzka się wydłużyła to musiałam skrócić trochę ramiączka ale i tak dekolt jeszcze wydaje się zbyt głęboki. Oczka zbierałam podczas zmiany ściągacza w dżersej co dało mi zupełnie gładką pozbawioną nierówności i zaburzenia wzoru dzianinę po bokach. 


Jak na taką prostotę to było całkiem sporo przemyśleń co do tego jak zakończyć zgrabnie ten boczny ściągacz i postanowiłam nie kończyć, płynnie ciągnie się po samą górę, z tyłu zamyka oczka ramion i  dekoltu na karku, z przodu łączy się w żeberka ramiączek. 


Ramiączka przodu doszyłam do górnej listwy, wykańczającej tył, widziałam takie rozwiązanie w jakiś dziewiarskich wzorach nie dość że, spodobało mi się to tak, że postanowiłam wykorzystać to rozwiązanie. Oczywiście takie robienie ze zdjęcia pozwala na samodzielne zmierzenie się z tym co się chce a tym co wychodzi :)


Podziwiam te wszystkie osoby, które potrafią zrobić sobie zdjęcie telefonem czy aparatem jedną ręką i to zdjęcie jest dobre. Do tego widać obiekt, który ma być widoczny, a w dodatku sama osoba wygląda jakby pozowała komuś nie musząc się martwić o ostrość, światło i jeszcze coś tam w tle - ja do tych ludzi nie należę i chociaż zrobiłam setki zdjęć, kilka nawet całkiem dobrych, to sobie nigdy nie zrobiłam zdjęcia na tyle dobrego by się chwalić. 
Z danych technicznych:  włóczka ITO  - 3 cewki po 50g (zostało pół jednej), druty 2,25 mm, wzór bez wzoru czyli z głowy ale z inspiracją z netu. 


Letni top gotowy i chociaż od mojego ostatniego wpisu aura znacznie jest łaskawsza to dla mnie jeszcze stanowczo za chłodno by paradować w tak skąpym odzieniu. Za to ta odrobina ciepła wyraźnie posłużyła mojemu warzywniakowi w podwyższonych grządkach jedynie co muszę zrobić to zakupić jakieś kruki czy sokoły bo wiatraczki tylko przez moment były straszakiem na gołębie. 


Ogród cieszy ale też martwi, bo dwa tygodnie temu budząc się rano dokonaliśmy zaskakującego odkrycia braku połowy frontowego ogrodzenia, za to mamy dość sporo plastiku z samochodowych części. Pijany kierowca uratował swe życie kasując całkowicie od lat pielęgnowaną ścianę zieleni, która nas odgradzała od ulicy, która z prawie wiejskich wertepów przekształciła się w jedną z bardziej ruchliwych ulic miasta.

Uderzenie było tak silne, że złamał ponad 20 letnią sosnę i wyrwał żywopłot na ponad 12 m z korzeniami, niestety niszcząc wszystkie rośliny. Ustawiliśmy prowizoryczne ogrodzenie i czekamy co powie ubezpieczalnia ale obojętnie co powie to rośliny cudownie nie odrosną. 


Wzięłam się za kończenie zaczętych projektów, ciekawe jak długo potrwa ten zapał, dalej przędę na kołowrotku bez przeznaczenia a dla czerpania samej przyjemności z tej czynności :)  Sezon na dżem właśnie się zaczyna więc kto wie może następny post będzie o truskawkach :)

Pozdrawiam Was niedzielnie.

* wygląda na to, że wszystko jest względne kiedyś nr 2 nie był dla mnie drobnym drutem a tu 2,25 już jest :D

niedziela, 23 maja 2021

Taki krótki maj

Bardzo mam mało czasu na ulubione zajęcia, a że jest go aż tak mało uświadomiłam sobie przygotowując się do napisania tego postu. Mam folder z katalogami zdjęć wg miesięcy i jakież było moje zdziwienie, że w tym roku majowy katalog jeszcze nie istnieje, a to już prawie koniec miesiąca. Stanowczo mam za mało czasu :( Dni wypełnione po brzegi zajęciami wszelakimi zostawiają tak nikłą ilość czasu na druty czy przędzenie, że to co teraz powstaje przez tydzień kiedyś powstało by w dwa dni.


Tak więc, tydzień temu powstał motek z runa nazwanego "czarna pantera" w mieszance z jedwabiem sari "Wild Cauldron". Bardzo mnie interesowało to runo, prawie czarne, miłe w dotyku o przyzwoitej długości włosa. Niestety mieszanie z jedwabiem prawie zupełnie zatarło jego prawdziwe oblicze ale te nieliczne odcinki gdzie występowało samo dało jakiś obraz. Jest to runo, które przedzie się dobrze, w dodatku można je uprząść bardzo cienko jak na kolorową rasę, a nitka odznacza się miękkością w dotyku.


Jedwab nadał nitce połyskliwości co widać na zdjęciu z lampą, a cętki koloru ożywiają dość mroczną całość. Jest to tradycyjna 3 nitka z myślą o następnych krótkich skarpetach. Motek podczas prania pachniał jak mokry  pies ale to raczej wina tego jedwabiu niż runa owczego. Jedwab przychodzący z Anglii ma zapach stęchlizny pewnie z powodu wszechpanującej tam wilgoci. Motek płukałam w wodzie zaprawionej octem bo puszczał trochę farbę, po dokładnym wysuszeniu zapach się ulotnił. 
Te krótkie chwile, w których mogę się poddać przyjemności przędzenia spędzam teraz w towarzystwie resztek zupełnie niehandlowych - mieszanki merynosa 18,5 mic, jedwabiu, wielbłąda i alpaki. 
Motek też będzie 3-nitką ale na razie bez przeznaczenia bo samo przędzenie tu jest ważne i jego kojące właściwości a nie cel :)


Kupiłam także książkę, która już od dłuższego czasu mnie pociągała, wszelkie plecionki, warkocze, formy przestrzenne w dzianinie bardzo mi się podobają ale naprawdę dobrze czuję się w dzianinie we wzory wrabiane. Dzianina, której nie zniekształca przekładanie oczek jest bardziej przewidywalna w doborze rozmiaru, zbieraniu oczek więc moje zainteresowanie pozycją opatrzoną nazwiskiem mistrzyni plecionek jest zrozumiałe. 


Książka już na wstępie oferuje drobny przegląd tego co w środku a jest tego dość sporo i tylko chroniczny brak czasu nie pozwolił mi na bardziej wnikliwą analizę jej zawartości.



Pewnie nie raz się na nią powołam bo już pierwsze pobieżne przeglądanie dało mi pewne pojęcie o treści myślę, że moja niechęć do stosowania warkoczy zmaleje. Książka jest zaopatrzona w diagramy co uważam za pozycję obowiązkową w książce o wzorach bo nie ma nic gorszego od samych opisów. Przez lata robienia wzorów wrabianych nabyłam nawyk pamiętania sekwencji kratek i trudno mi robić z opisu chyba, że wzór jest rewelacyjny to w przypływie desperacji rysuję ale jak na razie popełniłam to raz.


Letni jedwabny top czyni się w tempie odwrotnym do upływu czasu, tempie ślimaczym, żółwim lub jeszcze lepszym tempie leniwca :) Gdyby jeszcze pogoda skłaniała do przyspieszenia pracy by jedwab chronił mnie przed ostrym słońcem wiosny, nic z tego raczej moje myśli krążą wokół motka z początku wpisu by zrobić ciepłe skarpety. Dwa wełniane swetry w różnym stopniu napoczęte też zaczynają wyglądać atrakcyjnie, kto wie może pokończę te ciepłe okrycia dla samej przyjemności ogrzewania nimi kolan podczas tego mokrego chłodu listopada na wiosnę. 


 Słuchane książki wciągnęły mnie z taką mocą, że się nawet tego nie spodziewałam i muszę przyznać, że cieszy mnie to niezmiernie bo nie mam poczucia traconego czasu na zajęcia nudne lecz konieczne. Cieszy mnie to nawet podwójnie, bo ostatnio próby czytania kończyły się tym, że PM budząc się w nocy ściągał mi okulary z nosa a tablet z ręki i kazał dalej spać :) 

Pozdrawiam Was niedzielnie

niedziela, 2 maja 2021

Chciałabym

Tak bardzo chciałabym by moje "chciejstwo" robótkowe zgrało się z moimi możliwościami ale nijak nie daje rady, całkowity brak kompatybilności.  W przypływie tego chciejstwa zakupiłam całkiem sporo drobnowymiarowej wełenki ku czynieniu rękawiczek. Po nacieszeniu się i dopasowaniu kompletów kolorystycznych, wyrysowaniu prawie dwóch nowych projektów rękawiczek, przyszło opamiętanie. Nie dość, że wełenka porażającej cienkości typu lace to ja widzę coraz gorzej i mam coraz mniej czasu. Na razie z głębokim przekonaniem utwierdzam się, że dam radę ogarnąć to wszystko co już zaczęłam, co robię i co jeszcze zacznę. Chciało by się krzyknąć:  lekarza ci trzeba ...


W tempie wręcz wolnym ale inne być nie może bo druty nr 2  na ponad 300 oczek, powstaje top z pięknego jedwabiu ITO. Dłubię wieczorami, po kilka rzędów bo czas przez palce przecieka a praca zawsze się jakaś znajdzie, jak nie zawodowa to ogród lub atrakcje  np. z cłem i kurierami wożącymi paczki na raty. Top pewnie na ciepłe dni zdążę zrobić bo wiosna tego roku chłodna jak dla mnie nawet bardzo chłodna. Wzór z głowy, a zakończenie topu trochę podpatrzone w necie. Na razie dziarsko po ponad 2 tygodniach dotarłam w okolice pach :)



Ku mej wielkiej radości do czytelnictwa, które jest mi równie bliskie jak przędzenie doszło jeszcze słuchanie książek. Miałam już kilka prób w tym kierunku ale albo źle trafiłam z lektorem albo książki nie były aż tak ciekawe więc zarzuciłam słuchanie. Trochę z lekką zazdrością popatrywałam na PM, który wsłuchuje się w książki przy każdej pracy, a nudnej pracy u nas też nie brakuje. Kupiłam słuchawki  i przepadłam bo tym razem zaczęłam naprawdę mocno bo od "Mistrza i Małgorzaty" Bułhakowa, to moja ulubiona powieść i poczytuję od czasu do czasu, tym razem się wsłuchuję i nudne prace znikają :) Na tablecie mam Tokarczuk a już czeka "Pokora" Twardocha, tylko jeszcze trochę więcej czasu by się przydało. 
 

Z racji tego, że w najlepsze kupuję włóczki, czytam, słucham i robię inne rzeczy mniej lub więcej ciekawe to nie przędę bo czas skurczył się maksymalnie i po prostu już nie mam kiedy siąść do kołowrotka a po ostatnich dostawach bardzo już mnie nosi w tym kierunku bo przyszedł jedwab :)



Zrobiłam 2 zamówienia, jedno w Niemczech a w tym samym czasie dopinałam możliwość kupowania w Anglii. Dostawa z Niemiec przyszła jak zwykle szybko sprawnie ale bez Wensleydale bo nie ma i nie wiadomo kiedy będzie. Kupiłam runo nazwane "czarna pantera" co to za rasa nie mam pojęcia ale wg mnie przypomina Corriedale chociaż może jest troszeczkę milsze. 


Kursy walut są takie jak są i niestety to co przyszło z Niemiec jest droższe :( 




Po dopełnieniu wszelkich niezbędnych formalności mogłam zrobić też zamówienie w Anglii ale zrobiłam je z ostrożnością bo zupełnie nie miałam pojęcia jak to będzie wyglądało od strony celnej i cóż gdyby nie ten nieszczęsny kurs walut to prawdopodobnie tylko szary merynos i Bfl byłyby droższe bo są runa, które są tańsze niż były. Anglicy bardzo często zmieniają ceny na runo, przez długi okres czasu prowadziłam zeszyt i zapisywałam szczegółowo każde zamówienie z kursem waluty włącznie. Pewnie zależało to od dostępności i chwilowej mody bo niektóre runa tanieją a inne wręcz przeciwnie. 



Teraz już wiem czego się spodziewać i w miarę możliwości będę systematycznie uzupełniać braki w sklepiku, bo nie ma nic bardziej żałosnego niż puste półki w sklepie - ewentualnie ocet na nich .. :) 




Po zeszłorocznej próbie wskrzeszenia warzywniaka i pewnych nieoczekiwanych komplikacjach PM zaproponował, że zrobi mi podwyższone grządki. Ja propozycję chętnie przyjęłam, PM przyciął deski, poskręcał a ja zabezpieczyłam deski olejem do drewna i w tej chwili mam 2 grządki a będzie jeszcze trzecia tylko niech przestanie padać. Posadziłam już cebulki dymki i szalotki ale będzie jeszcze seler, pora, dynia Hokkaido, fasolka, buraki, koperek, rukola, ogórki no i pomidory w ilości sporej, mam już rozsadę na jakieś 15 cm wysokości. Rzodkiewka już od początku miesiąca siedzi w namiocie ale jakoś mizernie rośnie chyba jest nawet dla niej za zimno. 


 Pozdrawiam Was niedzielnie w bardzo deszczowy początek maja