Barwienie naturalne zawsze mnie pociągało ale też nie będę ukrywać, a pisałam o tym często to co mi wychodziło z tych prób, rzadko można nazwać satysfakcjonującym. Do farbowania łupinami orzecha włoskiego przymierzałam się kilka lat, a to przegapiłam, a to mi orzechów szkoda było a najczęściej barak czasu powodował, że była tylko obietnica "w przyszłym roku".
![]() |
| mokre w pełnym słońcu |
W tym roku orzechy nie wymarzły i obrodziły solidnie, więc tort orzechowy będzie a ja przy tych zbiorach nazbierałam zielonych łupin. Wełna, którą zafarbowałam to runo rasy Eider, runa nie będę opisywać tylko odsyłam do Finextry - opisała idealnie to co będę powtarzać :) Został mi taki kawałek niehandlowy ze sklepiku ok 70 g, na dodatek jest to runo średnio szorstkie więc pomyślałam, jak nie wyjdzie to będzie na jakieś skarpety.
Do garnka włożyłam sporo łupin na spód, później runo ale zabezpieczone gazą (widać na zdjęciu) na górę poszły znowu łupiny i zalałam deszczówką. Garnek stał w ogrodzie tydzień, patrzyło na niego słońce, padał deszcz a ja od czasu do czasu ugniatałam.
![]() |
| aż żal tego pięknego przejścia tonalnego dla takiej nitki |
Nie jest najpiękniejszego koloru ale na skarpety będzie ok za to resztę ze szpuli zwinęłam w skręcie navajo i to utwierdza mnie w przekonaniu, że powinnam zafarbować więcej runa. Podczas prania nitek kolor lekko puszczał właściwie nie był w żaden sposób utrwalony ciekawe czy będzie oddawał barwę za każdym praniem.
Sweter nie posiada jeszcze rękawów ale został poddany cięciu, przygotowanie do cięcia wymaga solidnego zabezpieczenia brzegów i pochowania wszystkich nitek ze wzoru wrabianego. Zaczynam się trochę martwić bo chyba braknie szarości i trzeba będzie doprząść a miało być bez resztek i braków.
O mglistym poranku pozdrawiam Was serdecznie :)







