niedziela, 11 kwietnia 2021

Na chorobowym

W tygodniu poprzedzającym święta udzielałam się w ogrodzie i to moje udzielanie, skończyło się bólem ucha i gardła a do tego temperatura poszła w górę - a to wyjątkowo niewskazane w obecnych czasach, chwalić się wyższą temperaturą. Przez święta kurowałam się ale przecież i tak nic ciekawszego nie było do zrobienia, z tego podwójnego uziemienia: państwowego i własnego -powstały skarpety. 


Tym razem dla mnie, z mojej włóczki (jakieś resztki z jedwabiem), w wersji za kostkę, widziałam takie u Łucji na Fb i mnie ta długość ujęła i to bardzo. Nastała moda na wąskie nogawki, ja za modą nie podążam chociaż mam takie jedne dżinsy do botków ale te skarpety są z myślą o domu i spodniach dresowych. Moje dziecko kupiło sobie całkiem przyzwoite spodnie dresowe w sportowym sklepie, dziecko ma prawie dwa metry ale spodnie po kilku praniach są na mnie *. Nie wiem co to za bawełna ale nogawki sprały się dobre 12 cm - piorę w 30 stopniach. Spodnie dla dziecka stały się zupełnie bezużyteczne ale  postanowiłam je sobie przystosować jako spodnie do sprzątania i do ogrodu - tylko te bardzo wąskie nogawki zupełnie nie współgrały z moimi skarpetami, których górę zawsze wywijam i w okolicy kostki powstaje mankiet.


Takim to sposobem zrobiłam sobie, krótkie skarpetki :) i bardzo mi się ten pomysł spodobał, bo motek wystarczył na 2 pary i nie została żadna resztka - wyrobione do końca, w jednej skarpetce oczka zamykałam nitką bfl bo na to zamknięcie zabrakło. 



Obie pary powstały od palców, ze wzorami w oparciu o książki z japońskimi wzorami, nawet specjalnie nic nie rysowałam tylko wybrałam wzór z pasującą liczbą oczek. Skarpetki z takimi wzorami nie dość, że są bardzo proste w wykonaniu to nie wymagają jakiś specjalnych umiejętności po prostu robią się same. 



Bardzo mi się podoba sama włóczka, nawet się nie spodziewałam, że będzie tak miła, mięsista, połyskliwa i taka w sam raz na skarpety :) 

Z danych technicznych to: włóczka moja tradycyjna 3-nitka, druty 2,25 ChiaoGoo wersji metal i czerwona żyłka ze względu na plastyczność żyłki, oczek 63 w obwodzie. 


Jeszcze przed świętami udało mi się złożyć na nowych zasadach zamówienie uzupełniające w Anglii, ma być wysłane po 15 kwietnia, trafi na cło a potem do mnie więc będą uzupełnione braki :) nie mogę zagwarantować, że ceny się nie zmienią ale mam cichą nadzieję, że nie aż tak bardzo. Chociaż koszty paczkomatów poszły w górę - chyba za mało zarobili podczas tej zarazy :( Niestety nie było jedwabiu sari w kolorach, które lubicie wzięłam dwa nowe, może też się Wam spodobają. Przyjdzie jeszcze paczka z czesankami z Niemiec i może sklepik znowu będzie "bogaty".  Mam jeszcze ciche plany co do Indii ale to chyba pod koniec lata. 

Ja też trochę zaszalałam, i kupiłam sobie coś co kusiło mnie od bardzo dawana japońskie włóczki Ito. W pierwszej wersji miał być tylko jedwab w wersji bourette na letni top ale z tej samej firmy jest wełna o takich parametrach, że już oczami wyobraźni widziałam te rękawiczki z 150 oczkami w obwodzie :)

Włóczki kupiłam w Ovczarni, przyszły pięknie zapakowane z ręczną adnotacją :) Wełna jest tak obiecująca, że zakupiłam jeszcze - wytłumaczyłam to sobie tak, że to już ostatni dzwonek kiedy dam radę zrobić coś na drutach jedynkach potem będzie coraz gorzej z oczami więc kiedy jak nie teraz :)

Jedwab już trafił na druty wypierając po raz kolejny ufo-ka w postaci szalo-kołnierza do zimowej kurtki. Top będzie prościutki ale niewiele potrzebuje bo włóczka wygląda tak, że zbędna jest inna narracja. 



 Jak to dobrze, że pogoda zgrała się z moim marnym samopoczuciem, przynajmniej ogarnęłam zamówienia do sklepiku, zrobiłam sobie skarpety, napiekłam rodzinie ciasta na święta, skończyłam spis powszechny dla GUS-u i kilka innych rzeczy, które leżakowały od dawna. A teraz to niech już będzie ta wiosna :)

Pozdrawiam Was niedzielnie. 

*nogawki w spodniach po każdym praniu naciągam ale one i tak wydają mi się za każdym razem krótsze - a ja na pewno nie rosnę :)

niedziela, 28 marca 2021

Sweter

Jak mi się nie chciało, no tak bardzo, że trzy niedziele nie napisałam nic !! Zupełnie poddałam się marazmowi panującemu wszędzie, bo ten stan apatii i zobojętnienia dopada chyba obecnie większość z nas. Poprawy nie widać i pewnie długo jeszcze przyjdzie nam jej wyglądać. Na razie wypatruję wiosny i trochę więcej ciepła bo praca w ogrodzie skutecznie zajmie na jakiś czas myśli. 

W przypływie impulsu kupiłam włóczkę 50 % wełna i 50 % bawełna (u Makunki) wersja włóczki znana mi jest z oferty Dropsa ale w wersji dość grubej a tu taka nitka w stylu skarpetkowej, wiec na wiosenny cienki sweterek w sam raz. 


Pierwotna wersja zakładała zrobienie swetra z wzorkiem pociągniętym nitka moherową (to ten delikatny róż) niestety okazało się to zupełnie niewidoczne i po prostu nijakie. Nie było wyjścia tylko pruć, bo trzeciego rozgrzebanego swetra nie zniosę. Tym razem ucieszyłam się z resztek, które mam w nadmiarze oraz pojedynczych motków kupionych dla koloru. Wzór zrobiłam z połączenia nitki Holst (reszta po rękawiczkach, zostało tyle co widać na zdjęciu) oraz Kid Silk z Dropsa w kolorze niby bordo ale ja bym stawiała na podrasowany czerwienią brąz. 

Wzór swetra to odkrycie mistrzyni w odnajdywaniu darmowych wzorów :D a wzór nazywa się Ohdake sweater. Oczywiście zupełnie nie trzymałam się instrukcji, która jest dobra i nic do niej nie mam - wykorzystałam z niej rzędy skrócone i wzór - resztę zrobiłam po swojemu. 



Oprócz porażki i prucia jasnego moheru była jeszcze przeróbka wykończenia pod szyją bo to co zrobiłam nijak nie pasowało do raczej lekkiej formy całości a wręcz czułam się jak w chomącie. Wyprułam to niby wykończenie i zrobiłam coś zupełnie prostego nawiązującego do ściągaczy rękawów i dołu.


Z połączenia dwóch nitek wyszedł całkiem ciekawy efekt, wzór niby idealnie widoczny to w niektórych miejscach z sprawą moheru robi się lekko rozmyty i mnie się to podoba :)




 Sweter został już przetestowany w ostatnią niedzielę byłam u ojca na urodzinach, sprawdził się doskonale bo pomimo, że to wełna to jednak dodatek bawełny wyraźnie studzi wełniany zapał do ogrzewania mnie w nadmiarze.  Rękawy trochę krótsze niż zwykle, do kostek nadgarstka ale też sam sweter też jest krótszy od oryginału. To taki bardziej elegancki T-shirt z długim rękawem :)



W tym roku postanowiłam zabawić się w eksperyment z podwyższonymi grządkami, PM przycina deski i jak tylko powstanie coś sensownego to pokażę. Zabawa w ogrodnika skutecznie zajmuje czas na prace dziewiarskie więc mało było i będzie w najbliższym czasie możliwości chwalenia się takowymi. 

Pozdrawiam niedzielnie z nadzieją, że przetrwamy to w dobrym zdrowiu. 

niedziela, 28 lutego 2021

Ach te skarpety

Pozorowany tydzień wiosny minął i ze sobotą zrobiło się znowu przedwiośnie z chłodem i deszczem. Nawet dobrze pomyślałam, bo zimowe skarpety, które miałam zamiar zrobić mamie jakieś 5 tygodni temu, doczekały się realizacji. Moja mama nie za bardzo gustuje w ciepłych skarpetach, bo jest jej ciepło, a że praktycznie stale w ruchu to jeszcze to ciepło potęguje. 





Ostatnio postanowiła zrobić wielkie porządki w piwnicach, a że tam nie jest tak ciepło jak w domu to ubiera wełniane skarpety. Tylko jedna para, którą ma to za mało, bo jak się suszą po praniu to nie ma co założyć. 
Dobrze, że mama te porządki sobie dawkuje z rozwagą bo przy moim tempie robót mogłaby jeszcze te porządki skończyć :) 
Skarpety są zrobione z pozostałego motka z moich skarpet i motka brązowej nitki skarpetowej z moich zapasów, nawet nie wiem jak starego bo nie pamiętam kiedy kupowałam motki na skarpety po 100 g. Zdjęcie skarpet z tym wzorem znalazłam w internecie, nie wiem czy jest do kupienia.  Wzorki narysowałam sama ze zdjęcia i rozpisałam dodawanie oczek na kliny w inny sposób niż zwykle, nie po bokach ale od spodu - oczywiście dalej robię skarpety od palców. 




Palce, pieta i ściągacz są bez wzorów z gładkiego brązu ale w pięcie użyłam dodatkowej nitki z bardzo cienko przędzionej alpaki suri - bardziej dla wrażeń dotykowych, że niby grubsza niż ze względu na wzmocnienie. Mam do zrobienia w dalszym ciągu kilka par skarpet i nie wiem czy te skarpety dotrą do tych, do których miały dotrzeć w tym sezonie zimowym ale pocieszam się tym, że w grudniu znowu będzie zima :)


Musiałam przerwać produkcję skarpet bo obiecałam zrobić następne mitenki w brązowo-czarnym kolorze. Drobniutkie ale nie mam już włóczki, której używałam w poprzednich, tą którą miałam w składzie była inna i farbowanie nie wyszło po mojej myśli. Kupiłam motek brązowo czarnego melanżu ale też mi się nie podobał więc musiałam uprząść coś co będzie wyglądało przyzwoicie. 


Wybrałam trzy gatunki runa: czarny Shetland, merynos 23 mic farbowany na czarno i bardzo ciemne brązowe Corriedale. Na pierwszej szpuli od góry merynos wymieszany z Shetland'em , w środku Shetland a na samym dole Corriedale. W nitce wygląda trochę jak tweed.



Nitkę powieliłam w tradycyjną 3-nitkę i po dłuższym zastanowieniu wybrałam jako dodatek ciemno brązową nitkę suri dla miłego meszku ale również dla "ocieplenia" wizerunku. Pewnie po weekendzie będą gotowe do oddania i chyba już nie będę Was uszczęśliwiać widokiem następnych całkiem prostych mitenek. Piszę o nich z czysto kronikarskiego obowiązku bo nie opisuję prostych projektów i aby później coś powtórzyć lub odtworzyć graniczy z cudem. 
Mitenki na bardzo małą dłoń (48 oczek) druty nr 2, nitka trochę cieńsza niż na skarpety, po 27 rzędach ściągacza na wnętrzu dłoni zmieniam ściągacz w dżersej przeplatając w każdym następnym okrążeniu po dwa oczka aż kończą się na wierzchu dłoni ładnym szpicem. Mam nadzieję, że to co tu napisałam i to co pozaznaczałam przy obrysie dłoni, na którą to robię pozwoli w przyszłości na odtworzenie w razie potrzeby. 


Nie wiem czy zdołam skończyć szalo-kołnierz ale pewnie tej zimy już nie zaistnieje w kurtce bo ja czekam już na wiosnę :) A jak pomyślę o ilości cebul tulipanów, które zasadziłam na jesieni to jeszcze bardziej czekam.

Pozdrawiam Was niedzielnie.  

niedziela, 21 lutego 2021

Mitologia i podania ludowe

 Tłem dzisiejszej opowieści jest czapka, którą zrobiłam bo musiałam. Taka jedna Babaruda z FB ciągle coś cudnego wynajdzie i w dodatku za darmo no i ja muszę :) W sumie to nawet dobrze bo czapkę zaczęłam innym wzorem, pomyliłam się i straciłam zainteresowanie więc jak zobaczyłam ten piękny wzór to "pomyleńca" sprułam i zrobiłam tą. Włóczka to jakiś singiel z etykietą "schurwolle" farbowany ręcznie w indygo do tego moher od Makunki, druty 3,5 i 4 w wersji Addi - drewno oliwne. Wzór "White Frost - Beanie" autorstwa Babette Ulmer, tyle o czapce a teraz właściwa opowieść.




Po wojnie brat mojej babci wrócił ze zsyłki z ZSRR, wylądował tam bo był Ślązakiem. Niemcy traktowali go jak Polaka a po wojnie Polacy jak Niemca - do dzisiaj szczególnie ci drudzy nie mogą pojąć, że można być Ślązakiem i być z tego zadowolonym ale to nie miejsce na ten temat tylko o babcinym bracie. Brat babci wracał pieszo lasami, z dala od ludzkich siedzib, żywiąc się tym co znalazł. Jak wrócił był tak chudy z głodu, że pierwsze co zrobił to zabrał się za jedzenie, a że prababcia miała piec chlebowy i piekła chleb na cały tydzień to wygłodniały Antek zabrał się  za ten chleb. I tutaj zaczyna się mitologia, jako dziecko słuchając tej opowieści pamiętam, że od "dużo chleba" skończyło się na trzech bochenkach. Wersja każdego z rodzeństwa babci stawała się z czasem bardziej niewiarygodna i przesadzona. Jak miałam jakieś 23 - 25 lat mieszkałam z babcią i wieczorami często z nią rozmawiałam o dziejach rodziny, pewnego dnia spytałam o te trzy chleby. Babcia stwierdziła, że jej przy tym nie było ale pokazała mi jakiej wielkości był ten prababciny bochen i stwierdziła, że nawet człowiek normalnie jedzący a nie ze skurczonym od głodu żołądkiem miałby problem z połową tego chleba. 


Pewnie się zastanawiacie po co ja tu stare rodzinne dyrdymały wyciągam i co mają wspólnego z blogiem o przędzeniu. Wspomniany już wcześniej FB jest dla mnie jednym ze źródeł inspiracji o czym świadczy prezentowana tu czapka, jest również miejscem dzielenia się różnym radami. Ostatnio przyglądam się ze szczególnym zainteresowaniem tematowi prania wełny (przędzy), jestem bardzo ciekawa w jaki sposób to wyewoluuje, bo powoli zaczyna przybierać coś na kształt z pogranicza "fantasy" ale jeszcze nie si-fi :)

 

Myślę, że tak jak w tej opowieści o chlebach, każdy coś od siebie dodaje, ujmuje, zasłyszy coś,  zrobi z tego własną mądrość i powstaje jakiś twór nie przypominający rzeczy najprostszej na świecie. Wg Fb są jakieś jedyne słuszne płyny do prania, odżywki do włosów, lanolina nanoszona po praniu oraz inne cudowności i nie dotyczy to tylko wełny ale również runa alpak, których włos jest całkowicie lanoliny pozbawiony. Właściwie nawet nie wiem czemu ma ta lanolina służyć na martwych włosach. Lanolina to sebum wytwarzane  przez gruczoły łojowe owcy, by ją chroniło przed zimnem i wilgocią więc co ma robić na naszej przędzy albo dzianinie. Włos owczy wygląda pod mikroskopem jak drut kolczasty, ma takie łuski, które podrażniają naszą skórę w większym lub mniejszym stopniu i przez to wełna grzeje a jak my skleimy te łuski to co ma nas grzać ten tłuszcz ?
To może lepiej zamiast swetra zainwestować w krem z lanoliną. 



 Sam proces prania wełny takiej prosto ze strzyży opisała na swoim blogu Rosamar i pod nim się podpisuję. Pranie przędzy po uprzednim uprzędzeniu z odtłuszczonej czesanki wygląda jak pranie, każdej wełnianej włóczki sklepowej czyli wszystkie etapy prania w wodzie o jednakowej temperaturze z użyciem środka piorącego ku temu przeznaczonego, bez tarcia i nadmiernego ugniatania *, uprane motki odgnieść w ręczniku frotowym lub odwirować w małej wirówce po babci :), suszyć w zależności od rodzaju przędzy bez lub z obciążeniem. Zasada jest taka im delikatniejsze runo tym delikatniej się z nim obchodzimy. Jest jeszcze sprawa octu dodawana przy płukaniu, kiedyś jak ludzie myli włosy mydłem to były matowe z tegoż mydła więc płukano wodą z octem by się tego mydła pozbyć. Ja używam octu w płukaniu przędzy farbowanej bo zapobiega to blaknięciu kolorów ale to jedyny powód. 


Podejrzewam skąd się wzięła ta lanolina na gotowej przędzy w "podaniach ludowych", często czesanka jest tak dobrze odtłuszczona i przesuszona, że przy przędzeniu nie sunie pięknie ale ciągle hamuje, dlatego prządki stosują wspomaganie, spryskując czesankę "emulsją".  Taką emulsję można przygotować samodzielnie, przypomina to trochę robienie winegretu tylko my łączymy wodę z olejem, olej może być jadalny ale też taki do ciała lub włosów. Z tym, że po tym zabiegu przędzę się pierze i już nie natłuszcza :) 



Takim to sposobem dzisiejszy wpis opatrzony zdjęciami czapki zupełnie nie jest jej poświęcony :) Jedyne zdjęcie zgodne z tematem to runo Corriedale, które ostatnio przędłam i poddałam działaniu emulsji bo było bardzo suche. Pod spodem motek Bfl w brązie, tradycyjna 3-nitka z resztek runa nie nadających się do sprzedaży bo w kawałkach wielu, za to w nitce wygląda godnie. 



Przeglądam ostatnio stany w sklepiku i mam dla klientów wiadomość taką, że jest to co jest i na razie nie będzie nic uzupełniane bo angielski dostawca wstrzymał wysyłkę do Unii, ponoć kurierzy nie mogą się dogadać z urzędem celnym. Czekam niecierpliwie bo w sklepiku zaczyna hulać wiatr po pustych półkach, mamy prawie koniec lutego a oni od początku stycznia się układają, kiedy skończą nie wiem - pewnie oni też nie wiedzą :( Jeśli macie jakąś zachciankę wełnianą i ona jeszcze figuruje to zachęcam do zastanowienia się nad kupnem teraz, bo po pierwsze nie wiem kiedy będzie nowa dostawa a jak już będzie, to będzie clona czyli siłą rzeczy droższa.

*chyba, że to wełna superwash z nylonem wtedy można sobie pozwolić na wiele 


Pozdrawiam Was niedzielnie z takim słońcem, że prawie myślę o wiośnie :) 


niedziela, 7 lutego 2021

Skarpety

 Zrobiłam sobie skarpety i właściwie powinnam na tym skończyć wpis, tylko zdjęcia umieścić i dane techniczne, bo cóż tu więcej pisać. 


Ale napiszę, że przędza moja z mieszanki, którą to sama poczyniłam na gręplarce do tego, czesance nadałam kolor własnoręcznie, na gręplu kolor uzupełniłam o czerwień głogu, czesanka dostała wzmocnienie w postaci błyszczącego nylonu - no i wydziergałam. 



Pierwotnie miała być tradycyjna 3 -nitka ale przy czesaniu pojawiła się myśl by czesać pasmami kolorów (myśl przyszła w połowie drugiej partii :) Mam więc jedną skarpetę z pięknym przejściem kolorów, drugą z miej udanym przejściem pomiędzy kolorami i motek całkowitego wymieszania. 



Motek zostanie wykorzystany w następnych skarpetach dla mojej mamy jako dodatek dla brązowego tła, powinien się sprawdzić z dodatkiem jakiegoś gładkiego pomarańczowego lub czerwieni. 


Skarpety są zrobione wg wzoru z książki "Sock Knitting - master class" - wzór był na skarpetę od góry ja zrobiłam od palców na drutach  nr 2. Wspomniana książka właściwie mnie rozczarowała bo nie wniosła nic oprócz kilku udziwnień, których i tak nie będę stosować. Zawsze się spodziewam, że w którejś z książek jest umieszczony tajny przepis na nieprzedzierające się skarpety, jakieś podwójne wzmocnienie, które nie jest przesadnie grube, jakiś tajny ścieg zabezpieczający a tu nic takiego - ale książkę posiadać i przeglądając "miziać" miło :) 


Dla nowo powstających skarpet uzasadnienie zawsze się znajdzie bo z trwałością u nich słabo, za to zupełnie nie potrafię wytłumaczyć pogoni za robieniem nowych swetrów. Nawet nie próbuję przed sobą wytłumaczyć tego co ostatnio robię, nic nie kończę tylko zaczynam, w jakiś obłęd chyba popadam. Bo jest celtycki pod pachy podciągnięty ale nie chce mi się rozrysować wzoru by w raglanie ładnie się schodził więc leży, mam rozgrzebaną czapkę ale do poprawki więc omijam, leży ponad połowa szalo-kołnierza ale na ciemnym tle to do robienia jak będzie lepsze światło, powinnam zrobić jeszcze jakieś 4 pary skarpet dla "ludzi" ale to za chwilę a ja zabieram się za nowy sweter - tak jakby mi tych swetrów brakowało !!





Pozdrawiam Was niedzielnie z prószącym śniegiem za oknem tak jakby nadal w lutym miała być zima :)

niedziela, 31 stycznia 2021

O swetrze, którego nie ma.

 Dzisiaj napiszę dlaczego nie zrobiłam dla siebie swetra pomimo wielkiej chęci zmierzenia się z tym wyzwaniem, a wyzwanie jest całkiem spore. Za przerywniki nudnego wpisu "robi" następna czapka dla PM. 

Dość dawno temu trafiłam w sieci na zdjęcie pochodzące z sklepu z odzieżą IVCO, był to cudnej urody wzorzysty, bardzo wzorzysty sweter :) Postanowiłam, że taki sobie uczynię, a że był to czas kiedy kończyłam drugi sweter z alpaki dla PM zostało mi sporo motków.  Takie dobro nie może się marnować, motki w kolorze antracytu i ciemnej szarości do tego dokupiłam, petrol, suszone pomidory i trochę jasnej szarości, zrobiłam próbę, narysowałam wzór i zaczęły się schody. 



Wzorzysty sweter najlepiej robić jak Fair Isle czyli na okrągło tylko on jest zapinany więc trzeba ciąć. Nigdy nie cięłam alpaki ale to włókno śliskie i zaczęła mnie nurtować myśl czy zdołam to cięcie odpowiednio zabezpieczyć - pewnie nie. Pogodziłam się z myślą, że sweter będzie powstawał w bólach robiony tradycyjnie - prawa i lewa strona z wzorem. W tym czasie skończyłam sweter dla PM z Flory, PM swetry z alpaki porzucił na rzecz nowego z Flory. Pomyślałam a może zrobię dla siebie z Flory bo wtedy solidny dodatek wełny pozwoli na bezpieczne cięcie - wszak wypróbowałam na swetrze dla PM. Niestety Flora ma kolorystykę taką jaką ma, która zupełnie mi nie pasowała. 




Powrót do myśli o alpace nie za bardzo mi się spodobał ale co zrobić na razie zostało po staremu, czas płynął ja zrobiłam drugi sweter dla PM z Karismy a on płynnie do niego przeszedł i uznał za jedyny słuszny. Dla siebie przerobiłam sukienkę na sweter domowy i powróciła myśl o  zrobieniu tego na wzór Ivco. Domowy sweter z Limy tak szybko jak ubrałam tak ściągnęłam wysoki półgolf okalający włosiem z alpaki mój nagi kark był nie do zniesienia. Jakież było moje rozczarowanie jak pomyślałam o swetrze, do którego tak długo się przymierzam a tam taki kołnierz a'la półgolf , wywinięty ale przylegający do szyi. Pomysł na wykorzystanie alpaki poległ, spróbuję z niej zrobić skarpety ale czy dam radę w tym chodzić.  Po dłuższym śledztwie wyciągnęłam od PM, że te swetry z alpaki są świetne ale go ciągle gryzą i to nie tak jak wełna, tylko gorzej. 


Okazuje się, że obecnie prezentowana czapka też jest dobra i da się nosić - te dwie poprzednie, których się nie dało też miały w sobie alpakę. Wygląda na to, że nie tylko ja jestem wełniana, PM też i pomimo mojej ciągłej chęci stosowania różnych materiałów wełna jest mi przypisana :) 





Bardzo mi się chciało zrobić ten sweter ale alpaki nie wykorzystam bo nie będę w nim chodzić, prząść nie mam ochoty bo to jednak będzie cięte i za dużo niewiadomych by spaprać ręcznie przędzioną wełnę, postanowiłam, że włóczkę kupię. Jest to włóczka z wełny szetlandzkiej z e-supelek (wiem o tym od Rene)w takiej cenie, że nawet jak coś pójdzie nie tak to bardzo mnie serce nie rozboli (no tylko troszeczkę :) 


Pod spodem zdjęcia tego co chcę zrobić, (oczywiście to moda z przed jakiś 4-5 lat ale ja za nią nie gonię) mój sweter nie będzie w tak żywych barwach ale będzie równie pełen wzorów. Jedynie co to spróbuję nadać jednemu motkowi bardziej musztardowy kolor bo taki wydawał się na zdjęciu w sklepiku ale zdjęcie na monitorze swoje a rzeczywistość swoje. Zdjęcia z internetu, źródła nie podam bo nie pamiętam ale znalezione przez Pinterest. 






Całe życie odkrywam coś tylko czemu to co już wiedziałam od początku, że jednak wolę wełnę :D

Dane techniczne z czapki to 168 oczek wzoru, druty 2 na wnętrze  i 2,75 na lico. Włóczka moja, resztki po czapce wg Eschera (na dwie czapki PM poszło mniej niż 100 g włóczki).  Wzór na podstawie książki o skarpetach Op-art, wykorzystuje grafiki  Agama Ja'cowa - u mnie w formie pozytyw i negatyw. 

Pozdrawiam Was niedzielnie. 

niedziela, 24 stycznia 2021

Czapka dla PM

PM jest ciężkim przypadkiem jeśli chodzi o dzianinę, owszem lubi, chodzi ale zanim się dopasuje, zanim dokładnie wyłuszczy czego chce lub nie chce to ja zdążę zrobić trzy rzeczy. Czapkę jedyną słuszną jak chodził do liceum zrobiła PT i chodził tak długo, że się rozpadła. Później był okres kupowania różnych mniej udanych wersji - bardzo długi okres. Kilka lat temu postanowiłam czapkę mu zrobić - nie żeby konkurować z jedyną słuszną ale rozpadłą - tylko te plastikowe mnie drażniły.


Czapkę zrobiłam i jakimś sposobem utrafiłam w gusta PM-skie, czapka noszona intensywnie zimową porą od prawie ośmiu lat. Pewnie, że były próby obdarowania PM następnymi nic to nie dało, pierwsza była dobra to po co następne. Mam jeszcze jedne podejrzenie co do odrzuconych następnych wersji czapek ale o tym napiszę następnym razem pisząc czemu nie zrobiłam dla siebie swetra :)
Kupując książkę o skarpetach PM zauważył grafiki Eschera  stwierdził, że skarpet nie chce ale czapkę w taki wzór to i owszem.


Przez osiem lat nawet jak dzianina jeszcze dobrze wygląda to ma prawo się znudzić więc przystałam na to, że czapkę uczynię. Przyjrzałam się dokładnie starej, policzyłam oczka, narysowałam wzór, uprzędłam wełnę i czapkę zrobiłam. Jest dokładną repliką kształtu pierwowzoru, jedynie wzór inny i zamiast brązowego Corriedale jest beżowy merynos, Bfl w brązie bez zmian. Czapka ma tak samo podwinięty brzeg, tak samo zbierane oczka na górze (7 części) takie same wymiary, jedynie jest nieco grubsza bo merynos ma swoje prawa i pęcznieje. 


Zdjęcia na sztucznej za małej głowie, jedyne które mam na głowie właściciela to to poniżej. PM nie dość, że wykazał zerowe zainteresowanie pozowaniem do zdjęć to jak zwykle w biegu. Udało mi się zrobić jedno przyzwoitej jasności zdjęcie ukazujące, że czapka okala głowę zgodnie z życzeniem właściciela.





Na manekinie przypomina trochę jurtę ale to moje subiektywne odczucie :) sam wzór aż się prosił by rozwijać się jeszcze trochę, zaistnieć większym nagromadzeniem gekonów ale czapka musiała być idealnie na wymiar. Pomimo mizernych rozmiarów ma w obwodzie 175 oczek, mogłam drobić z nitki typu lace  ale  taki lace to miałby chyba z 300. 



Z danych technicznych to:  włóczka moja 3-nitka tradycyjna w 50 g / 250 m (trochę cieniej niż włóczka na skarpety) oczka spodu 160 na drutach  nr 2, góra 175 oczek na drutach 2,5. 
Nie mogłam znaleźć rozpiski dotyczącej tej pierwszej czapki a w blogu zapisałam dość ogólnie, więc teraz spisuję bo a nuż za 10 lat PM zapragnie następnej jedynie słusznej czapki. 
Włóczki zostało, nie wiadomo co zrobić z takimi resztkami więc robię jeszcze jedną czapkę ale góra będzie inna i pewnie PM czapkę zignoruje, może jakieś dziecko sobie przysposobi lub będzie leżakować.


Dla siebie zaczęłam skarpety z ostatnio pokazywanych motków, miały być całkiem proste ale wkradł się drobny szlaczek, jednak całkiem proste jest nudne. 


Przędę siedząc na nowym stołku, jak uprzędę to opiszę, bo może coś z tych nitek trafi do sklepiku. 

Pozdrawiam Was niedzielnie, zimowo z sypiącym śniegiem. 

niedziela, 17 stycznia 2021

Siedzę sobie

Od czasu jak praktykuję jogę, a jest to kilka ładnych lat, wiem że źle siedzę przy przędzeniu. Siedziałam na starym kuchennym taborecie, który może był kiedyś dobry ale od dłuższego czasu przy dłuższym przędzeniu pokazywał mi gdzie mam nerw kulszowy. Od kilku sezonów rozglądałam się za czymś ciekawym na targu staroci,  chociaż krzeseł i stołków wszelakich tam nie brakuje, to niestety niczego nie było co zadałoby egzamin przy przędzeniu. Doszłam do wniosku, że jeśli przędzenie nadal ma być dla mnie przyjemnością to nie mam innego wyjścia i zaopatrzyć się w stosowne ku temu siedzisko, a że były moje urodziny to rodzina kupiła mi stołek do przędzenia od Kromskich :)
Teraz moje oba guzy kulszowe są odpowiednio podparte a nerw nie jest uciskany, ja jestem bardzo zadowolona - jedynie kot kręci nosem bo na starym taborecie przesiadywał przyglądając mi się jak gotuję a ten na razie jest mu "obcy" :) Stołek w jasnym wykończeniu bo po latach upodobania kolorystyczne też ulegają zmianie - kołowrotek  zostaje w tym kolorze bo się rozumiemy bez słów :) 



 Bardzo szybko stołek wypróbowałam bo uprzędłam nitki na skarpety, skarpety będą dla mnie, całkiem proste, możliwie jak najcieńsze by wchodziły do zimowych kozaków.  Motki w kolorach szarości, rdzy, pomarańczy, rudości i kilku nitek bieli. Od dawna nie wykańczałam przędzy sposobem navajo ale ta aż się prosiła, sama nie wiem ale namieszałam na drumku przejścia tonalne i tak to przędłam jedynie trzecia nitka jest pomieszana ale ona właściwie zbędna jest bo to co leży w motkach na skarpety starczy.





Skarpety będę zaczynać już na dniach ale najpierw skończę czapkę dla PM,  przyrasta jej powoli bo mam za krótkie żyłki w drutach 2,5 a nie chce mi się kombinować na 5 bo mam tylko13-sto  centymetrowe w rozmiarze 2,5 a w czapce 175 oczek. Pewnie za tydzień będzie gotowa wtedy opiszę dokładnie.
 


Skończyłam czarne "prawie" rękawiczki, pokazuję tylko jako udokumentowanie rzeczy skończonej bo są tak proste, że prościej się nie dało po prostu ściągacz i dżersej. Dzianina powstała z motka włóczki Flora oraz tej czarnej cienkiej nitki alpaki, którą w tym celu uprzędłam - druty na ściągaczu 1,75 reszta na 2. 




Mój syn powiedział : "takie świetne rękawiczki,  w jedynie słusznym kolorze tylko palce byś dokończyła"  :) 




Mam zaczętą również czapkę dla siebie ale muszę pruć, bo przez tą bolącą wątrobę, która jest bolącą nerką pomyliłam się, a ja nie cierpię pruć. Pewnie do końca zimy się z nią uporam ale teraz mnie złości.



Na temat obolałych nerek nic się nie dowiedziałam bo mój lekarz jest na kwarantannie a ten w zastępstwie posłał na inne badanie, które będzie dopiero pod koniec miesiąca, na wszelki wypadek nie szaleję z jedzeniem bo a nuż to jednak wątroba :))

Pozdrawiam Was niedzielnie z takim śniegiem i mrozem, że aż nie wiem jak to skomentować - odzwyczaiłam się od takiej zimy :)