Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bfl. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bfl. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 marca 2024

Poślizg

Miałam zamiar skończyć sweter w zeszłym tygodniu, ale jak to zwykle bywa jak sobie coś zaplanuję to nie wyjdzie. Naiwnie myślałam że, umyję wszystkie okna (jest ich 20) ogarnę poważniej porządki i jeszcze dam radę dokończyć sweter - jak widać nie zadziałało :) 

Bardzo mi się spodobał jak go zobaczyłam, a szukałam czegoś pod frazą "biały sweter z warkoczami". Pewnie, że był na drobnej brunetce, ale co tam takie nagromadzenie warkoczyków zupełnie nie doda mi 10 kg :) Wzór nazywa się "Wishbone" jest dostępny na Ravelry w dwóch wersjach, krótszej tą zrobiłam i dłuższej, to chyba ta, którą powinnam zrobić.

 


Jak się za niego zabierałam to pisałam, że nie jest w moim stylu, przez sposób w jaki robi się rękawy. Dla mnie to mało eleganckie, takie proste dołożenie rękawów, ale potraktowałam sprawę jak takie niby ponczo. 



Co właściwie jest bardzo słusznym traktowaniem, sweter jest wściekle ciężki, ciepły i niestety gryzący. Po pierwsze wszystkie prawe to oczka przekręcone co ma swój urok, ale z nagromadzeniem plecionek żre wełnę na potęgę. Pomimo drutów nr 5 i dość kusej formy sweter waży 770g ! 



Ta niezgrabna forma nie jest jakoś specjalnie na człowieku widoczna, za to sam jest raczej smutnym bezkształtem. Ma drobne smaczki takie jak, ukształtowanie półgolfu za pomocą rzędów skróconych. Wygląda to ładnie, ale jest też praktyczne, bo nie zasłania pół twarzy, a kołnierzyk z koszuli też będzie wyglądał dobrze. 


Ściągacze zamykane na sposób włoski, co nadaje im bardziej elegancki wygląd. 


Płynne przejście z listwy oczek na ramieniu w rząd warkocza w rękawie, i to właściwie wszystko reszta zwykła. Samą plecionkę zlokalizowałam w książce z japońskimi wzorami i nawet miałam myśl, by zrobić coś podobnego na podstawie zdjęcia, nie kupując wzoru. 


Wzór jednak zakupiłam z lenistwa :) Wzór jest po angielsku i chyba po niemiecku, trochę mnie przeraża, że robiło mi się lepiej sweter z obcym opisem niż polskim. To nie pierwszy raz, kiedy opis w obcym języku wydał mi się jaśniejszy i prostszy, a moja znajomość języka jest raczej podstawowa. Dużo też wniósł filmik na FB, gdzie autorka dokładnie pokazuje co ma na myśli, pewnie z samym filmikiem ktoś mniej leniwy niż ja zrobiłby sweter. 


Wełna to moje ulubione Bfl w wersji DK, plus moher z jedwabiem, kolor marcepan, producent Drops - no i to był błąd, ten moner :( 

Mam zrobiony sweter z Kid Silk'iem,  i jest to jedna z milszych dzianin, zrobiłam może z 5 czapek i też było ok. Aż do poprzedniego swetra w wersji z morską zielenią gdzie moher był wściekle gryzący, zaczynam podejrzewać, że sukces komercyjny zaszkodził jakości, ten moher też gryzie a w dodatku sypie się jak wściekły. Sweter nie nadaje się do noszenia na cienkiej koszulce, lub  koszulce z krótkim rękawem, jest ciepły, ale dość krótki, w dodatku dobrze, że nie jeżdżę autobusem, bo świeciłaby boczkami, to te rękawy robione na skróty.   
                                                                                                                         

Pozdrawiam Was niedzielnie.

niedziela, 16 października 2022

Czapka


Jest taka rzecz, którą robię namiętnie ale w niej nie chodzę, no może sporadycznie jak PM z wyrzutem patrzy jak na ziąb z gołą głową chcę się wybrać. Mam czapek naprawdę sporo, robię je z prawdziwą przyjemnością wręcz z namiętnością ... i układam w sosik na półce w szafie tuż obok rękawiczek :) Nie trafiłam jeszcze na czapkę idealną ale trwam w tych poszukiwaniach konsekwentnie.




Ufarbowane resztki Bfl z moherem zmieniłam w motek dość grubej tradycyjnej 3-nitki. Czesanka miała kilka wyraźnych kolorów ale już podczas przędzenia zadbałam o to by kolory jak najbardziej się wymieszały i powstał motek kolorystycznie jednolity niejednolicie. Trochę podobny do fraktalowego wykończenia przędzy lecz tylko trochę. 



 
Ta jego ostrość została stłumiłam jeszcze, poprzez dodanie nitki moheru z jedwabiem w kolorze curry. Trochę mnie martwiło to, że czapka będzie sztywno-śliska bo moher ma zerową sprężystość a runo Bfl porównywane jest właśnie do moheru więc też tej sprężystości nie ma za wiele.



Czapka jest we wzór bez wzoru no chyba, że pasek oczek ryżowych można uznać za jakiś wzór ale nie chciałam tracić subtelnych maźnięć koloru w jakiejś plątaninie warkoczyków. W oczkach ryżowych pięknie połyskuje blask moheru a prawe oczka mienią się barwami otulone meszkiem z Kid Silk'a.


Czapka pomimo braku ściągacza trzyma się głowy i jest wyjątkowo miła i ciepła, z daleka wpada w rudości i dopiero z bliska widać, że ma tysiące drobinek koloru. 


Wzór gdzieś kiedyś mi mignął w internecie a do czegoś takiego nie trzeba wzoru po prostu robi się na okrągło i na końcu zbiera :) Takie nic a mnie sprawiło sporo radości bo tygodnie upływają mi na zaopatrywaniu rodziny w skarpety. 

Zwykłe bez udziwnień, we wszelkich rozmiarach, bez kolorystycznych fanaberii, para za parą produkuję skarpety. Jedyne co je łączy to sposób robienia - od palców, powoli zaczynam popadać w odrętwienie tą jednostajnością wyrobów ale zimne dni nieuchronnie nadciągają a lista chętnych nie wiele się skróciła. 




Dla mojego ojca robię skarpety w rozmiarze 45 a gdybym mu pozwoliła na wymysły to robiłabym kolanówki, nie cierpi zbyt krótkich skarpet i zawsze pyta czy nie miałam już więcej włóczki bo mogły być trochę dłuższe. 


Jeszcze pewnie nie raz wyląduje tu zdjęcie zwyklaków ale takie życie dziewiarki - nie zawsze robi się cuda :)
Kupując motek moheru do czapki kupiłam kilka motków Flory bo promocyjna cena mnie skusiła, bo po ostatnim szaliku wymyśliłam, że mogłabym powtórzyć ale z mniejszą ilością kolorów, bo włóczki mam  za mało... pewnie popatrzę na kolory i schowam do szafy na później bo będę robić skarpety. 


Teraz pomiędzy skarpetami staram się skończyć bawełniany top co go latem zaczęłam ale dopadła mnie zaraza i nie dałam rady doprowadzić do finału. Powoli też patrzę co należałoby uzupełnić w wełnianym sklepiku przed zimą i czy są jakieś nowe runa, które chętnie bym poznała. Nic tak mnie nie ekscytuje ja nowy gatunek runa lub włókna - no jeszcze książki mają taką moc. 

Pozdrawiam Was niedzielnie. 

niedziela, 11 września 2022

Drobiazgi

Drobnymi krokami przybywa jesień, chłodne noce, zroszone poranki i słońce już nie takie ostre, od dłuższego czasu zakładam wełniane skarpety. Na razie wszystko mizernie mi wychodzi przez to osłabienie po zarazie ale udało mi się zafarbować trochę czesanki.



Miałam takie trzy resztki Bfl z moherem, trochę ponad 100 g, cóż począć z takimi resztkami jak nie przerobić w coś bardziej sensownego.  Na początek postanowiłam te trzy kawałki ufarbować, postawiłam na ciepłe kolory ochry i dyni ale dodatek czystej magenty wprowadził trochę ostrości. Kawałki są ufarbowane tak samo ale uprzędę każdy inaczej.


To znaczy jeden tak jak leci, drugi podzielę w połowie i uprzędę końcami do środka, a trzeci podzielę w trzy wzdłuż i uprzędę kolejno. Później wszystko połączę w 3-nitkę i powinna wyjść mieniąca się kolorami dość jednolita nitka. Do tego dorzucę motek Kid -Silk w kolorze curry i zrobię zupełnie prostą czapkę, a przynajmniej taki jest plan :) Tak mi czasami chce się czegoś innego na drutach a nie tylko skarpet ale co zrobić nawet w połowie nie wykonałam tych najnudniejszych czyli zupełnie prostych więc jakiś przerywnik musi być. Czesankę przygotowuję do przędzenia przez delikatne rozciąganie, kolory bardziej się zlewają a takie poluzowane włókna przędzie się o wile prościej. 


Z skarpet wartych uwagi to zrobiłam następne we wzorki z japońskiej książki, zero wysiłku, do ilości oczek w skarpecie dopasowuję któryś z wzorów o odpowiednim rozmiarze i robię. 


W tej chwili już nawet nie pamiętam ile zrobiłam skarpet z japońskich książek ale dalej znajduję nowe wzory, które mi pasują.  Jakieś wielkie połacie tych wzorków w swetrze wydają mi się na dłuższą metę męczące ale w tak drobnej formie jak skarpeta sprawdzają się idealnie. 


Przy kupowaniu motka curry, kupiłam jeszcze kilka motków włóczki Fabel na następne skarpety, tylko uprzędę trochę nitki wzmacniającej pięty, bo Fabel to połączenie weny i alpaki co daje mięsistą, miękką i ciepłą skarpetkę ale brak nylonu szybko ukazuje słabość tej nitki w skarpecie. Tegoroczna zima może być wyjątkowo skarpeto-chłonna, przy cenach opału wełna jest coraz bardziej atrakcyjna, ja pewnie już w najbliższych tygodniach zacznę ubierać wełniany sweter do chadzania po domu.


Udało mi się uprząść drugi motek mojego własnego Noro - patrzę na nie i tak sobie myślę na cóż mi one - pewnie na nic tylko do patrzenia i tyle. Sama zabawa w zrobienie czegoś podobnego do Noro bardzo mi się podobała ale w tym przypadku to taka "sztuka dla sztuki" bo nawet oryginalny motek tej włóczki od kilku lat u mnie leży w pudle i czeka nie widomo na co. 


 Pozdrawiam Was niedzielnie niestety z drobnym deszczem za oknami. 

niedziela, 6 lutego 2022

Nowości w sklepiku

Myślałam, że będę ten post pisać w drugiej połowie lutego ale okazuje się, że trzeba mieć wiarę :) W połowie stycznia zrobiłam zamówienie uzupełniające do sklepiku i po ostatnich doświadczeniach spodziewałam się jej prawie pod koniec lutego. Okazało się, że powoli wszyscy ogarniamy nową rzeczywistość. Tym razem pomimo obostrzeń z powodu zarazy paczka była w Polsce już 27 stycznia a u mnie po ocleniu 1 lutego. 
Nauczyłam się, żeby nie robić autorskich mieszanek bo to trwa o 2 tygodnie dłużej i chociaż niekiedy kusi mnie by coś namieszać to odpuszczam. Tym razem uzupełniłam jak zwykle to co się dało uzupełnić ale kupiłam też trzy zupełne nowości. Na samym początku pochwalę się, że dla siebie kupiłam dwie cewki Bfl (po 1 kg każda,  3- nitka, jakieś 165 m w 100 g, aran). Cewki były w promocji i gdyby nie to, że to Bfl to bym nawet nie popatrzyła ale czegóż ja nie zrobię dla Bfl:) Na razie chodzi mi po głowie jakiś  oversize gładki sweter, z bogato wykończonym karczkiem ale to się zobaczy za jakiś czas. Wełna pomimo, że w promocji wygląda tak jak powinien wyglądać Bfl. Jak nic nie wymyślę to albo poddam leżakowaniu w szafie albo trafi do sklepiku.



 
Z nowości tym razem pokusiłam się o włókno z lotosu, o lekko kremowym wykończeniu, z połyskiem, lekko skrzypi pod palcami i jest w pełni biodegradowalne. Będzie równie dobrym dodatkiem do czesanek jak tencel czy inne wiskozy. Czesanka jest miła w dotyku, jeszcze nie wiem jak się przędzie ale kiedyś się dowiem. 




Piszę, że kiedyś się dowiem bo jako zupełna nowość zaistniał Bfl w szarości, wzięłam 2 kg ale do sklepiku trafi trochę mniej. Jak tylko się dotknie tej czesanki to od razu wiadomo, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym, ta miękkość, delikatna śliskość jak przy moherze i połysk, no czesanka ideał tylko kolor tej szarości taki mało cudny. Nie jest to srebrzysta szarość a raczej taka stalowa z nutą niebieskiego - no nie tak sobie to wyobrażałam a na zdjęciach wyglądało cudnie. 



Za to druga czesanka wełniana, która zaistnieje w sklepiku to merynos ciemno - szary, i tu po prostu oniemiałam z zachwytu nad kolorem, to taki grafit z pojedynczymi jaśniejszymi włosami, żadnych poblasków w kierunku brązu. Czysty, piękny grafit i mogę na to patrzeć godzinami tylko nie dotykać - po prostu merynos, "budyń" i tyle :( Jakby tak zamienić kolor tego Bfl na ten z merynosa to byłby ideał, który pewnie w pierwszej partii nawet nie trafiłby do sklepiku a tak muszę się pogodzić z stanem rzeczy. 
Merynos pomimo, że jest merynosem też nie trafił cały do sklepiku bo tak jakby sweter mam z tego koloru w głowie i na razie nie chce mnie ta zachcianka opuścić. 
Przeczytałam ostatnio na temat szafy kapsułowej - świetna sprawa bardzo mi się podoba tylko ja mam taką szafę prawie w każdym pomieszczeniu :P Bardzo by mi było trudno ograniczyć się do kilkunastu rzeczy, ciągle mnie gna do posiadania następnego wełnianego swetra, rękawiczek, czapek i skarpet. 


Z jedwabi sari uzupełniłam tylko jeden, który jest w sklepiku, to czego bym chciała nie było, to kupiłam nowe kolory. Czerwień żywą, głęboką, prawie pozbawioną dodatku innych kolorów, takie maki albo czerwony krzyż co kto woli :)



Drugi z jedwabi jest w kolorze różu, wpada trochę w lila ale to róż, też raczej jednolity kolor bez większych dodatków w innych barwach - z tym grafitem wyglądałby obłędnie, ta czerwień też pasuje do niego, właściwie wszystko pasuje do tego grafitu :D


Uprałam nitki merynosa na skarpety, to moje mieszanie wyszło tak smętnie przy tych żywych kolorach jedwabiu ale w zamyśle są skarpety do spania więc powinno być dobrze. 



Kolorowy motek jest tradycyjną 3 - nitką i praktycznie się nie zdarza by, któraś z szpul nie była o kilka metrów dłuższa, kiedyś takie resztki skręcałam navajo by nie gromadzić resztek singli. Tu zostawiłam z premedytacją jako nitkę wzmacniającą piętę w skarpecie, nic nie będzie pasowało lepiej. 



Pozdrawiam Was niedzielnie :)

niedziela, 27 czerwca 2021

Przędzenie

Już nie pamiętam kiedy przędłam w ten sposób w jaki robię to ostatnio, czyli całkowicie bez planu co z tych nitek powstanie. O ile mnie pamięć nie myli to doświadczałam czegoś podobnego na samym początku mej przygody z przędzeniem. Wtedy gnała mnie chęć doskonalenia nowej umiejętności, napawanie się nią i uprzedzenie wszystkiego co się dało, nie było tego zbyt wiele bo w tamtych czasach nie było jeszcze wszystkiego za wiele. Później był etap przędzenia rzeczy nowych, wszelkich niedostępnych dla mnie rodzajów runa owczego i nie tylko owczego, i to też było takie przędzenie dla samego przędzenia bo nie chęć dalszego wykorzystania a chęć poznania materiału mnie napędzała. Konkretne przędzenie pod konkretne rzeczy trwało później długo a tu nagle po tylu latach siadam do kołowrotka i przędę tak bez zamysłu na co przeznaczę te nitki. Jedno jest pewne przynosi mi to taką radość albo raczej radosny spokój, że nie zamierzam rezygnować z tych kilku chwil dziennego odpoczynku i odprężenia. Na szczęście moim zapędom ulegają na razie tylko resztki, które nie nadają się do sprzedaży.  


Pierwszy motek powstał z resztki mojej autorskiej mieszanki, którą na moje życzenie przygotowano z : 37,5% - merynosa z Falklandów, 25% - włókna perłowego, 25% - bambusa, 12,5 % - lamy (wersja uszlachetniona). Resztka jest pięknie biała i taka inna w dotyku od wełnianych mieszanek, bo roślinno-wiskozowy dodatek daje się odczuć. O dziwo jak przędłam tą czesankę by się z nią zapoznać jak ją dostałam  to mi się nie podobała, przez różnorodne materiały przędło mi się źle - teraz przędło się cudownie jakoś tak zupełnie inaczej po prostu sama się skręcała. Czyżby stan ducha miał znaczenie :) 


Drugi motek tak jak zresztą wszystkie to tradycyjna 3- nitka, która powstała z resztki alpaki, bfl superwash oraz merynosa 23 mic. Każda z nitek składowych to jeden z materiałów i o dziwo trzeba bardzo dokładnie się przyglądać by zauważyć, że to trzy różne nitki składowe tworzą ten miły w dotyku motek.


Motek trzeci powstał z mieszanki, która jest w sklepiku a raczej z resztek z tejże. Jest to merynos 18,5 mic, alpaka, wielbłąd i jedwab. W tym przypadku również moim zachwytom nad łatwością z jaką mi się to przędzie nie było końca. Nitka powstała z tych trzech bardzo cienkich singli jest miła, puszysta i w dodatku błyszczy jedwabiem no jest taką nitką, która miło będzie sunąć po drutach jak zdecyduję by ją użyć. 


Ostatni z powstałych motków to bfl w wersji humbug, czyli mieszanka trzech naturalnych kolorów run bfl czyli białego, brązu i owsianki. Tutaj efekt końcowy podoba mi się najmniej, chociaż to moje ulubione runo. Bardzo mi się podoba to runo we wzorach wrabianych na jasnym tle, wzór z tej nitki daje efekt zanikania, zrobiłam kiedyś skarpety z takiej nitki i kto wie może to jest jakaś myśl na te powstające w niekontrolowany sposób motki. Motek w skarpetach to też 3 nitka ale navajo więc może ten nowy nie do końca będzie spełniał się w tych zanikających wzorach bo wydaje się bardzo jednolity kolorystycznie. 
Następny motek już powstaje i pewnie będzie tu niedługo prezentowany a jak mi się nie odmieni to pewnie w towarzystwie nowo powstałych. 



Przez ostatnie dni upał dawał się tak we znaki, że jedyną rzecz, którą próbowałam skończyć i właściwie mi się udało to szalo-kołnierz teraz tylko zabezpieczenie brzegów i cięcie. Po burzach trochę się ostudziło i właściwie to czas wrócić do porzuconych swetrów ale w tej chwili jedyną przyjemność czerpię z przędzenia bez zobowiązań :)


 Pozdrawiam Was niedzielnie. 

niedziela, 21 lutego 2021

Mitologia i podania ludowe

 Tłem dzisiejszej opowieści jest czapka, którą zrobiłam bo musiałam. Taka jedna Babaruda z FB ciągle coś cudnego wynajdzie i w dodatku za darmo no i ja muszę :) W sumie to nawet dobrze bo czapkę zaczęłam innym wzorem, pomyliłam się i straciłam zainteresowanie więc jak zobaczyłam ten piękny wzór to "pomyleńca" sprułam i zrobiłam tą. Włóczka to jakiś singiel z etykietą "schurwolle" farbowany ręcznie w indygo do tego moher od Makunki, druty 3,5 i 4 w wersji Addi - drewno oliwne. Wzór "White Frost - Beanie" autorstwa Babette Ulmer, tyle o czapce a teraz właściwa opowieść.




Po wojnie brat mojej babci wrócił ze zsyłki z ZSRR, wylądował tam bo był Ślązakiem. Niemcy traktowali go jak Polaka a po wojnie Polacy jak Niemca - do dzisiaj szczególnie ci drudzy nie mogą pojąć, że można być Ślązakiem i być z tego zadowolonym ale to nie miejsce na ten temat tylko o babcinym bracie. Brat babci wracał pieszo lasami, z dala od ludzkich siedzib, żywiąc się tym co znalazł. Jak wrócił był tak chudy z głodu, że pierwsze co zrobił to zabrał się za jedzenie, a że prababcia miała piec chlebowy i piekła chleb na cały tydzień to wygłodniały Antek zabrał się  za ten chleb. I tutaj zaczyna się mitologia, jako dziecko słuchając tej opowieści pamiętam, że od "dużo chleba" skończyło się na trzech bochenkach. Wersja każdego z rodzeństwa babci stawała się z czasem bardziej niewiarygodna i przesadzona. Jak miałam jakieś 23 - 25 lat mieszkałam z babcią i wieczorami często z nią rozmawiałam o dziejach rodziny, pewnego dnia spytałam o te trzy chleby. Babcia stwierdziła, że jej przy tym nie było ale pokazała mi jakiej wielkości był ten prababciny bochen i stwierdziła, że nawet człowiek normalnie jedzący a nie ze skurczonym od głodu żołądkiem miałby problem z połową tego chleba. 


Pewnie się zastanawiacie po co ja tu stare rodzinne dyrdymały wyciągam i co mają wspólnego z blogiem o przędzeniu. Wspomniany już wcześniej FB jest dla mnie jednym ze źródeł inspiracji o czym świadczy prezentowana tu czapka, jest również miejscem dzielenia się różnym radami. Ostatnio przyglądam się ze szczególnym zainteresowaniem tematowi prania wełny (przędzy), jestem bardzo ciekawa w jaki sposób to wyewoluuje, bo powoli zaczyna przybierać coś na kształt z pogranicza "fantasy" ale jeszcze nie si-fi :)

 

Myślę, że tak jak w tej opowieści o chlebach, każdy coś od siebie dodaje, ujmuje, zasłyszy coś,  zrobi z tego własną mądrość i powstaje jakiś twór nie przypominający rzeczy najprostszej na świecie. Wg Fb są jakieś jedyne słuszne płyny do prania, odżywki do włosów, lanolina nanoszona po praniu oraz inne cudowności i nie dotyczy to tylko wełny ale również runa alpak, których włos jest całkowicie lanoliny pozbawiony. Właściwie nawet nie wiem czemu ma ta lanolina służyć na martwych włosach. Lanolina to sebum wytwarzane  przez gruczoły łojowe owcy, by ją chroniło przed zimnem i wilgocią więc co ma robić na naszej przędzy albo dzianinie. Włos owczy wygląda pod mikroskopem jak drut kolczasty, ma takie łuski, które podrażniają naszą skórę w większym lub mniejszym stopniu i przez to wełna grzeje a jak my skleimy te łuski to co ma nas grzać ten tłuszcz ?
To może lepiej zamiast swetra zainwestować w krem z lanoliną. 



 Sam proces prania wełny takiej prosto ze strzyży opisała na swoim blogu Rosamar i pod nim się podpisuję. Pranie przędzy po uprzednim uprzędzeniu z odtłuszczonej czesanki wygląda jak pranie, każdej wełnianej włóczki sklepowej czyli wszystkie etapy prania w wodzie o jednakowej temperaturze z użyciem środka piorącego ku temu przeznaczonego, bez tarcia i nadmiernego ugniatania *, uprane motki odgnieść w ręczniku frotowym lub odwirować w małej wirówce po babci :), suszyć w zależności od rodzaju przędzy bez lub z obciążeniem. Zasada jest taka im delikatniejsze runo tym delikatniej się z nim obchodzimy. Jest jeszcze sprawa octu dodawana przy płukaniu, kiedyś jak ludzie myli włosy mydłem to były matowe z tegoż mydła więc płukano wodą z octem by się tego mydła pozbyć. Ja używam octu w płukaniu przędzy farbowanej bo zapobiega to blaknięciu kolorów ale to jedyny powód. 


Podejrzewam skąd się wzięła ta lanolina na gotowej przędzy w "podaniach ludowych", często czesanka jest tak dobrze odtłuszczona i przesuszona, że przy przędzeniu nie sunie pięknie ale ciągle hamuje, dlatego prządki stosują wspomaganie, spryskując czesankę "emulsją".  Taką emulsję można przygotować samodzielnie, przypomina to trochę robienie winegretu tylko my łączymy wodę z olejem, olej może być jadalny ale też taki do ciała lub włosów. Z tym, że po tym zabiegu przędzę się pierze i już nie natłuszcza :) 



Takim to sposobem dzisiejszy wpis opatrzony zdjęciami czapki zupełnie nie jest jej poświęcony :) Jedyne zdjęcie zgodne z tematem to runo Corriedale, które ostatnio przędłam i poddałam działaniu emulsji bo było bardzo suche. Pod spodem motek Bfl w brązie, tradycyjna 3-nitka z resztek runa nie nadających się do sprzedaży bo w kawałkach wielu, za to w nitce wygląda godnie. 



Przeglądam ostatnio stany w sklepiku i mam dla klientów wiadomość taką, że jest to co jest i na razie nie będzie nic uzupełniane bo angielski dostawca wstrzymał wysyłkę do Unii, ponoć kurierzy nie mogą się dogadać z urzędem celnym. Czekam niecierpliwie bo w sklepiku zaczyna hulać wiatr po pustych półkach, mamy prawie koniec lutego a oni od początku stycznia się układają, kiedy skończą nie wiem - pewnie oni też nie wiedzą :( Jeśli macie jakąś zachciankę wełnianą i ona jeszcze figuruje to zachęcam do zastanowienia się nad kupnem teraz, bo po pierwsze nie wiem kiedy będzie nowa dostawa a jak już będzie, to będzie clona czyli siłą rzeczy droższa.

*chyba, że to wełna superwash z nylonem wtedy można sobie pozwolić na wiele 


Pozdrawiam Was niedzielnie z takim słońcem, że prawie myślę o wiośnie :) 


niedziela, 24 stycznia 2021

Czapka dla PM

PM jest ciężkim przypadkiem jeśli chodzi o dzianinę, owszem lubi, chodzi ale zanim się dopasuje, zanim dokładnie wyłuszczy czego chce lub nie chce to ja zdążę zrobić trzy rzeczy. Czapkę jedyną słuszną jak chodził do liceum zrobiła PT i chodził tak długo, że się rozpadła. Później był okres kupowania różnych mniej udanych wersji - bardzo długi okres. Kilka lat temu postanowiłam czapkę mu zrobić - nie żeby konkurować z jedyną słuszną ale rozpadłą - tylko te plastikowe mnie drażniły.


Czapkę zrobiłam i jakimś sposobem utrafiłam w gusta PM-skie, czapka noszona intensywnie zimową porą od prawie ośmiu lat. Pewnie, że były próby obdarowania PM następnymi nic to nie dało, pierwsza była dobra to po co następne. Mam jeszcze jedne podejrzenie co do odrzuconych następnych wersji czapek ale o tym napiszę następnym razem pisząc czemu nie zrobiłam dla siebie swetra :)
Kupując książkę o skarpetach PM zauważył grafiki Eschera  stwierdził, że skarpet nie chce ale czapkę w taki wzór to i owszem.


Przez osiem lat nawet jak dzianina jeszcze dobrze wygląda to ma prawo się znudzić więc przystałam na to, że czapkę uczynię. Przyjrzałam się dokładnie starej, policzyłam oczka, narysowałam wzór, uprzędłam wełnę i czapkę zrobiłam. Jest dokładną repliką kształtu pierwowzoru, jedynie wzór inny i zamiast brązowego Corriedale jest beżowy merynos, Bfl w brązie bez zmian. Czapka ma tak samo podwinięty brzeg, tak samo zbierane oczka na górze (7 części) takie same wymiary, jedynie jest nieco grubsza bo merynos ma swoje prawa i pęcznieje. 


Zdjęcia na sztucznej za małej głowie, jedyne które mam na głowie właściciela to to poniżej. PM nie dość, że wykazał zerowe zainteresowanie pozowaniem do zdjęć to jak zwykle w biegu. Udało mi się zrobić jedno przyzwoitej jasności zdjęcie ukazujące, że czapka okala głowę zgodnie z życzeniem właściciela.





Na manekinie przypomina trochę jurtę ale to moje subiektywne odczucie :) sam wzór aż się prosił by rozwijać się jeszcze trochę, zaistnieć większym nagromadzeniem gekonów ale czapka musiała być idealnie na wymiar. Pomimo mizernych rozmiarów ma w obwodzie 175 oczek, mogłam drobić z nitki typu lace  ale  taki lace to miałby chyba z 300. 



Z danych technicznych to:  włóczka moja 3-nitka tradycyjna w 50 g / 250 m (trochę cieniej niż włóczka na skarpety) oczka spodu 160 na drutach  nr 2, góra 175 oczek na drutach 2,5. 
Nie mogłam znaleźć rozpiski dotyczącej tej pierwszej czapki a w blogu zapisałam dość ogólnie, więc teraz spisuję bo a nuż za 10 lat PM zapragnie następnej jedynie słusznej czapki. 
Włóczki zostało, nie wiadomo co zrobić z takimi resztkami więc robię jeszcze jedną czapkę ale góra będzie inna i pewnie PM czapkę zignoruje, może jakieś dziecko sobie przysposobi lub będzie leżakować.


Dla siebie zaczęłam skarpety z ostatnio pokazywanych motków, miały być całkiem proste ale wkradł się drobny szlaczek, jednak całkiem proste jest nudne. 


Przędę siedząc na nowym stołku, jak uprzędę to opiszę, bo może coś z tych nitek trafi do sklepiku. 

Pozdrawiam Was niedzielnie, zimowo z sypiącym śniegiem.