niedziela, 14 listopada 2021

Skarpety

Jedyne co ostatnio mi wychodzi to skarpety, to znaczy zawsze je robiłam ale powstawało jeszcze coś teraz powstają tylko skarpety. Nawet się już nie wysilam na znajdowanie usprawiedliwień zaniechania rzeczy zaczętych, porzucenia niektórych projektów, po prostu stwierdzam, że walka z wewnętrznym chaosem jest zupełnie bezcelowa należy to przetrwać aż nastanie jedna spójna idea łącząca siły, chęci i możliwości w jedno:)


Na razie na kupce zaczętych projektów ja radośnie produkuję skarpety a w słuchawkach Wiedźmin rozstrzyga swe dylematy natury filozoficznej i egzystencjonalnej (w dalszym ciągu mnie zastanawia jak mając tak doskonałą opowieść można z niej nie zrobić dobrego serialu - moje zdanie tyczy się obu prób :(


Skarpety zrobiłam z jednego motka bardzo ciemno brązowej "Arwetty" i resztki Jawoll Magic Degrade, która to została z mojego szalo-kołnierza. 


Cieniowanie się nie zgrało ale mnie to nie przeszkadza, bo już od dawna wiem - długo te skarpety nie pożyją, wprawdzie pieta jest wzmocniona specjalną nitką ku temu. Niestety Jawoll to singiel a to nienajlepszy wybór włóczki na skarpety ale jednak mimo wszystko przyjemnie wyglądają takie cieniowane skarpety. 



Zdjęcia na stopach musiałam zrobić w ogrodzie bo wszędzie ciemno (listopad) a to nie uszło uwadze kota, który ławkę okupuje jako swój punkt obserwacyjny. 


Skończyłam białe z wełny przywiezionej z Krety, miłe po praniu będą do spania. Miałam jeszcze jedną parę, którą teraz skończyłam szybko to skarpety z połączenia runa "Czarna Pantera" oraz jedwabiu sari - trochę zgrzebne i obawiam się, że pomimo uroku jaki dają migotliwe cząstki jedwabnego koloru skarpety będą wyjątkowo słabe (to już czwarta para z takiego połączenia materiałów - dwie już trafiły do śmieci bo dziury robią się same - słabe to łączenie)



Sprzedałam mój stary tablet i to jakoś tak szybko usprawiedliwiło zakup kolejnych książek tym razem dwóch, pierwsza właśnie przyszła. Zaczynam trochę się bać bo im więcej mam książek tym mniej robię na drutach, a jeśli już robię to skarpety a do takich jak robię ostatnio żadna książka nie jest mi potrzebna. 
Ale kto wie może coś się zmieni i jakieś natchnienie mnie dopadnie na formy większe i do tego je skończę a nie porzucę. 



Książka ma to co powinna, czyli schematy co dla mnie jest najważniejszą rzeczą ale porównując z książką o japońskich wzorkach to stawiam na tą japońską - tam autor postarał się o dokładne wytłumaczenie niektórych karkołomnych i nietypowych form dziewiarskich. W tej książce wprawdzie są opisy wszystkich wzorów ale niekiedy opis i diagram to za mało - trzeba zobaczyć jak coś poprzekładać by osiągnąć zamierzony efekt - a tego tu nie ma.



Druga książka, którą kupiłam ale jeszcze na nią czekam, to z tej samej serii ale na temat konstrukcji dzianin mam nadzieję, że tam opisy i schematy będą na tyle wyczerpujące by nawet osoba zaczynająca dopiero swą przygodę z dziewiarstwem mogła bez wątpliwości zdobytą wiedzę wykorzystać. Słowo "ultimate" oprócz znaczenia : ostateczny, końcowy ma również znaczenie podstawowy, więc dla mnie ma być zakresem wiedzy wszelkiej od podstaw do wiedzy "tajemnej" :)


Postanowiłam też trochę namieszać nowych battów bo chłody już nastały i najwyższy czas by zrobić sobie nową czapkę, rękawiczki lub szalik albo nawet sweter z ciekawą wstawką lub wzorem z nietypowej nitki. W skład battów wchodzi różnobarwne runo merynosa 23 mic, wszystkie kolory rozbielone tym samym merynosem w wersji superwash do tego jedwab morwowy, jedwab eri, wiskoza perłowa, angelina, nylon, len. Skład jest dość losowy ale baza to merynos z jedwabiem :) 









Tym razem barwy pastelowe, oszronione, mgliste ale po uprzędzeniu intensywność kolorów się spotęguje tylko ta biel o nazwie "Płatek śniegu" bielą pozostanie :) 
Wszystkie te mieszanki trafią do sklepiku a ja mam zamiar jeszcze coś namieszać bo jeszcze się nie namieszałam :)


Pierwsze przymrozki spowodowały, że moje ogrodowe jarzyny a szczególnie seler musiały trafić do domu, zrobiłam z nich porcje do rosołu lub innej zupy i pomroziłam - zimą będę miała jarzyny z własnego ogrodu. 



 Po intensywnym odpoczynku na wakacjach zmagałam się z parszywą rwą kulszową. Przez ostatnie dwa tygodnie zastanawiałam się  - może ja nie nadaję się do odpoczywania gdziekolwiek.


Pozdrawiam Was niedzielnie. 

niedziela, 24 października 2021

Wakacje


Problemy z kręgosłupem dość skutecznie uniemożliwiają mi poruszanie się na dłuższe dystanse samochodem, więc raczej nie podróżuję. Przez dłuższy czas nawet podróż do Warszawy na Rema Days była poza moim zasięgiem a co dopiero jakaś podróż na przykład nad morze. Ale już w zeszłym roku wpadłam na pomysł, że podróż samolotem nie trwa tak długo i nie powinna być aż tak uciążliwa, niestety plany pokrzyżowała mi wszystkim znana zaraza. Za to w tym roku z nastawieniem na okres naszej późnej jesieni postanowiliśmy się udać na urlop, udało się tak skutecznie, że po intensywnym tygodniu wypoczywania na Krecie potrzebowałam 6 dni odpoczynku po urlopie :)


 Na wyspie zrobiliśmy prawie 700 km samochodem na dość krótkich odcinakach z miasta do miasta, bo to jedyny rozsądny sposób na poruszanie się po wyspie ale pieszo prawie po 10 km dziennie. 
Kultura antyczna zawsze mnie fascynowała i jeszcze w czasach szkoły podstawowej i średniej przeczytałam wszystko co wpadło mi w ręce a nosiło znamię mitologii i opracowań z tego okresu. Teraz słuchając audiobooków by wczuć się w nastrój antyku słucham beletrystki pod tytułem "Ja, Klaudiusz". Tym razem moją uwagę w książce nie przykuwają  jak kiedyś spiski i knowania a opisy czesania wełny, przędzenia i tkania, wprawdzie jest tego jak na lekarstwo ale motyw się powtarza. Każda kobieta nawet te z wysokich rodów, dziewczynki i staruszki wszystkie miały porcję wełny do uczesania i  uprzędzenia każdego dnia, z czego musiały się skrupulatnie wywiązać i efekty zaprezentować najczęściej przed antenatką. 


Na Krecie owce są, nawet bardzo wiele, z opracowań znacznie starszych wiadomo, że to runo również Grecy przetwarzali, przerabiali i używali z powodzeniem. Moja chęć rozmowy z pasterzami owiec lub kóz wypasających się w gajach oliwnych gdzie mieszkaliśmy niestety się nie powiodła bo te stadka chodziły samopas, nikt ich nie pilnował, nie zaganiał, same sobie spacerowały dzwoniąc dzwonkami.


Pasmanterii znalazłam kilka ale pytania o wełnę z owiec chodzących po okolicy kwitowano uśmiechem godnym politowania dla pytającego. Zdjęć z wnętrza nie mam bo raczej mało wełniane to wnętrze a przewaga bawełny, wiskozy i wszelakiej sztuczności jakoś nie zachęcała do prezentacji. 



Jedyne co ma znamię produktu miejscowego to włóczka "Crocus" 100 % wełna w wydaniu 8-nitkowym, lekko szorstka tak między Shetlandem a Kentem. Powiedziałam Pani sprzedawczyni, że mam zamiar zrobić sobie skarpety a ona na to, że ma rewelacyjną włóczkę do tego celu hiszpańską :) 
Byłam w trzech pasmanteriach, wszystkie miały podobny asortyment, próby zakupienia włóczki typowo lokalnej spełzły na niczym, nie mówiąc już o totalnym szoku wywołanym opowieściami o tym, że ludzie jeszcze przędą - to była dla miejscowych mitologia :)


Z włóczki przywiezionej robię skarpety do spania, bo pewnie ta biel tylko do tego się nadaje, następna rzecz, o którą pytałam w pasmanteriach to o druty z drewna oliwnego, mam takie z Addi i są to druty lepsze niż bambus, który bardzo lubię. Wybór drutów był szczątkowy jakieś takie a'la teflony z Aldi lub zestawy z wyższej półki firmy Prym nic więcej, w jednej zamkniętej pasmanterii widziałam metalowe Addi'ki i tyle.


Podczas spacerów po miejskich starówkach natrafiłam na dwa sklepy jeden miał na szyldzie napis "Silk" i wzdłuż drzwi wejściowych dugi opis opatrzony historią obrazkową jak powstaje jedwab, w środku ubrania butikowe z jedwabiem nie mające wiele wspólnego. Drugi sklep miał przed oknem wystawowym kosz kokonów jedwabnika w środku jakieś rękodzieło, haftowane obrusy na płótnie z koronką szydełkową, pełno tkanych poduszek i dywaników z motywem wszędobylskich kotów ale jak usłyszałam, że to ręczna robota za 15 euro to jakoś moje myśli poszybowały w okolice Bangladeszu i Chin. 



Jedyne co na Krecie jest w obfitości to oliwki i oliwa, i to spełniło moje oczekiwania,  tak jak feta, chałwa, baklawa, owoce i morze do pływania bo woda ciepła. 



Myślałam, że przywiozę jakąś niszową włóczkę odpowiednią dla regionu i godny pozazdroszczenia zestaw drutów z drewna oliwnego a tak mam zestaw oliwy, octu, oliwek, miodu, chałwy i ziół.


Gojnik to zioło, które wszyscy na Krecie zachwalają jako czyniące cuda więc też zakupiłam a że lubię smak ziół wszelakich to piję. Mnie smakuje PM odmówił kategorycznie uczestnictwa w degustacji :)


Ostatnia rzecz, o której chcę napisać to gelato, w wyjątkowy sposób się przyjęły i sprzedawane na równi z greckim mrożonym jogurtem były mi rozkosznym utrapieniem :) Tyle jadał PM ja swoich porcji nie pokażę bo aż strach się bać :D 



Pozdrawiam Was niedzielnie.

PS. W jednym ze sklepów oferujących praktycznie wszystko z drewna oliwnego obiecano mi, że jak wrócę za rok to będą szpatułki kuchenne dla leworęcznych i druty :)

niedziela, 26 września 2021

Torba

Ostatni weekend przeznaczyłam na pierwsze jesienne przeziębienie, nie tylko mnie dopadło lecz było udziałem wszystkich domowników, z czego ja jak zwykle chorowałam najdłużej - choć był to tylko uciążliwy katar i ból głowy. Nic nie pisałam bo też nie było o czym a z tym bólem głowy i cieknącym nosem to i tak nie dałabym rady. 


Za to ostatni  tydzień obfitował w kilka całkiem udanych przedsięwzięć, do jednych z nich należało uszycie torby. Za wzór posłużył mi pierwowzór z tego blaga, jest to torba plażowa. Pora dość późna na takie ekstrawagancje ale torba jest mi potrzebna bo udaję się na krótkie wakacje.


                                                                                                                                                                                                                                      
Torba jest z bawełnianej surówki, która mi została z szycia innych toreb, do tego kawałek czarnego materiału podobnego fakturowo. Moją torbę różni od pierwowzoru poszewka we wnętrzu (lubię tak wykończone rzeczy) oraz haft na zewnętrznej kieszeni.



Haft przedstawia różę wiatrów, narysowałam go sama, maszyna hafciarska dokonała reszty. Torba wakacyjna kojarzy się z podróżami a haft nie pozostawia wątpliwości, całość zamykana na zamek - czerwony jak jedyny zaznaczony kierunek  świata w hafcie - chociaż ja udaję się w kierunku przeciwnym:)

W dalszym ciągu jak mam czas to walczę z wielkim haftem krzyżykowym i dłubię drobne oczka w rękawiczce. 


Dostałam również coś pięknego od dziewczyny, którą świat prządek i dziewiarek zna jako wielce kreatywną farbiarkę. Jesień nadeszła w tym roku tak szybko, że pewnie niejedna z nas zastanawia się nadal nad zakupem jakiejś włóczki na nową czapkę, szalik lub sweter a jeśli chcecie coś niepowtarzalnego do zajrzyjcie do Zapachu Trzcin   kto wie jak wiele inspiracji tam znajdziecie a może zachwyt nad motkami lub czesanką natchnie Was do stworzenia czegoś pięknego.


Ja stałam się posiadaczką dwóch motków merynosa z kaszmirem w pięknym jesiennym wybarwieniu z nutą moich ulubionych petroli. Na razie motki jak to bywa w przypadku tych pięknie barwionych cieszą me oko kolorystyką - czy znajdą zastosowanie praktyczne - nie wiem, na razie głaszczę jak kota i napawam oczy :) 




 Tak jak wcześniej wspomniałam wyjeżdżam na kilka dni, a dokładnie między 3 a 10 października, więc zamówienia złożone w tym czasie w sklepiku zrealizuję dopiero po powrocie.


Pozdrawiam Was niedzielnie. 

niedziela, 12 września 2021

Te wielkie projekty

Niby z wiekiem nabiera się jakiejś mądrości życiowej, zna się swoje słabości, nie ulega się zachcianką i nie rzuca z motyką na najbliższą gwiazdę. Mnie jakoś udaje się pomimo wieku w dalszym ciągu porywać na projekty, które w najlepszym razie lekko mnie przerastają a w tym gorszym razie wręcz przytłaczają. W ostatnim wpisie wspomniałam o jednym z nich, jest to sporych rozmiarów (100 x 70 cm) haft krzyżykowy. Jak zobaczyłam go na znanym zakupowym chińskim portalu to nie mogłam o nim przestać myśleć, bo oczami wyobraźni widziałam go na jednej z moich ścian wielkiej klatki schodowej.
I pewnie nic by nie było w tym dziwnego gdybym dysponowała ogromem wolnego czasu do tego sokolim wzrokiem i cierpliwością buddyjskiego mnicha.


Jak tylko dostałam ten kawałek tkaniny to okazało się, że to haftowanie jest zajęciem tak beznadziejnie nudnym, wręcz ogłupiającym, bezmyślnym wypełnianiem kratek w danym kolorze, że długo tego nie wytrzymywałam. Do kompletu okazało się, że okulary, które przy dzierganiu drutami 1 mm zupełnie zdają egzamin to tu niestety nie, no i jeszcze wybrałam sobie mulinę o satynowym wykończeniu więc nie dość, że śliska to jeszcze plącze się częściej niż ta matowa. Na szczęście słuchanie książek jakoś łagodzi stan bezmyślności tego zajęcia, nowe okulary też pomagają no i letnie światło, tylko na brak czasu nie znalazłam lekarstwa ale nie zmienia to postaci rzeczy, że projekt jest w moim przypadku na lata. Może kiedyś nabiorę rozumu i poprzestanę na małych formach takich jak rękawiczki i skarpety, które można skończyć bez planów 5-letnich. 
W tej chwili mam zamiar wypełnić haftem największe połacie z danego koloru, tych przeważających kolorów jest 5 i oby przed zimowymi ciemnościami się udało. Później pozostanie tylko wypełnianie mieszaniną barwnych nitek tych już niewielkich luk.

Na drutach mam rękawiczkę, już drugą bo pierwszą zaczęłam na początku lipca i już jest gotowa. Wzór narysowałam w oparciu o jakiś wzór haftu krzyżykowego, które bardzo dobrze się sprawdzają w przypadku wzorów wrabianych. Dość głęboki podwójny mankiet robi z tej rękawiczki bardziej rękawicę na srogą zimę ale kto wie może pojadą gdzieś gdzie jest aż tak zimo. 



Przy całkowicie niewymagającym używania mózgu hafcie to zajęcie wydaje się wręcz żądać skupienia bo wierzch rękawiczki zdobi rysunek ostów, a każda linijka wzoru jest inna więc trzeba się pilnować bo pomyłki bywają bolesne. Samo rysowanie wzorów jest jak układanka bo główny motyw zawsze mi narzuca jakiś rygor spójności wzoru. Każda rękawiczka powinna być tak skonstruowana by nie dość, że wzory się jakoś zgadzały tematycznie to jeszcze płynnie przechodziły w palce a przy zbieraniu oczek nie mąciły rytmu tegoż wzoru - przynajmniej dążę do takiej perfekcji :) 


Trochę to potrwa zanim rękawiczki będą gotowe ale pora roku narzuca też inne zajęcia, jednym z nich jest robienie przetworów. Nie pamiętam czy był taki rok bym nie zrobiła jakiś dżemów, galaretek, ogórków, burków czy passaty, po prostu robię przetwory. Nie wiem czy to tylko przyzwyczajenie ale są rzeczy, które przetworzone samemu smakują lepiej. Nie robię jedynie korniszonów bo nie przepadam za nimi woląc kiszone ogórki i kapustę.


Niby ciepło i słonecznie ale w powietrzu już czuć powiew jesieni, w głowie kilka nowych pomysłów na skarpety i nieśmiało myślę o nowym swetrze ale najpierw muszę skończyć celtycki. 

Pozdrawiam Was niedzielnie. 

niedziela, 5 września 2021

Bardzo trudny powrót

 Nie jest tak, że przędzenie, dzierganie, farbowanie i wszystko "okołowełniane" przestało mnie cieszyć  co to, to nie ale jakoś tak zrobiłam sobie wakacje :) Wakacje nie objęły drutów i kołowrotka ale tylko opisywanie tych czynności na blogu. Bardzo często bywa, że po tak długim czasie opisywanie z pozoru innych rzeczy, one zlewają się w potok powielanych wiadomości, oblekanych w inne słowa i już nie da się tego ciągnąć trzeba na jakiś czas przestać. Pomimo tego że, przestałam opisywać to co robię to jednak coś tam robiłam, mniej niż zwykle ale też nie miałam tej presji, że trzeba coś opisać na blogu więc leniwie to wszystko robiłam. Słuchanie książek też się przyczyniło do zaniechania pisania, to nawet zaszkodziło wszystkim sferom mego życia - wg mojej rodziny jestem całkowicie oderwana od rzeczywistości i nic do mnie nie dociera chyba, że przez słuchawki :)



Tyle książek ile ostatnio mi się udało przesłuchać czytałabym może ze dwa lata ale to jedna z najfajniejszych rzeczy jaką ostatnio zrobiłam dla siebie - zatopienie się w tych wymyślonych światach a powrót do realu stawał się niemiłą koniecznością.  Postanowiłam jednak po tych wakacjach z początkiem września, chociaż mnie od bardzo dawna ten rygor nie obowiązuje, wziąć się w karby i wrócić do opisywania na blogu motków, rękawiczek, swetrów i tego co zrobię z równą starannością jak wcześniej. Przędłam praktycznie przez cały czas ale wrócił pewien Ufok, który od dłuższego czasu gryzie moje sumienie dość spory haft więc jemu poświęcam dużo czasu. Pewnie go tego lata nie skończę ale przynajmniej wypełnię największe połacie jakie zdołam. 

Na górnym zdjęciu bardzo cienkie nitki, które ostatnio powstały, wszystkie to tradycyjnie 3-nitki. Pierwszy motek to lama, jedwab i bfl, drugi Polwarth, jedwab i kaszmir, trzeci to merynos 18,5 mic zafarbowany jakieś 3 lata temu w łupinach orzecha włoskiego, przędzione jak poprzednie motki bez przeznaczenia. 




Z niejakim ociąganiem skończyłam szalo-kołnierz bo może się okazać, że kurtki użyję równie sporadycznie jak minionej zimy ale jak już było ponad połowę zrobione to szkoda sprawę porzucić. 


Może zrobię sobie czapkę do kompletu jak do poprzedniego kołnierza tylko czy ta kurtka pożyje na tyle długo by mieć aż tyle różnych, jej dedykowanych dodatków. Kołnierz zrobiłam na okrągło a później tylko zabezpieczenie brzegów i cięcie. Dokładnie tę procedurę opisałam przy pierwszym kołnierzu i te zapiski tak łatwo dostępne trochę mnie opamiętały z tym całkowitym zaniechaniem pisania na blogu. Jak nie będę  utrwalać ważnych dla siebie danych to będę odkrywać Amerykę za każdym razem gdy postanowię coś ponownie zrobić :)
Zaczęłam też rękawiczki wg dawno narysowanego projektu - trochę duże wychodzą ale samo dzianie na drobnych drutach (1,25 mm) mnie cieszy. Rozrysowałam też w miarę sensownie raglan w moim "odwiecznym projekcje" celtyckiego swetra, pewnie już niedługo jak tylko uporam się z rękawiczkami przyjdzie na niego czas.



Jeszcze pod koniec lipca zrobiłam zamówienie uzupełniające stany w sklepiku ale teraz procedury celne wydłużyły się tak niemiłosiernie, że zamówienie przyszło dopiero w zeszłym tygodniu pomimo naszych maili z delikatnym dopytywaniem o naszą paczkę. 
Nie kupiłam wiele ale prawie same jedwabie sari oczywiście te co były kiedyś uzupełniłam ale to tylko udało się w przypadku  Lagoon  i Palash reszty nie było ale za to są nowe kolory. Mieszanka z kobaltowym niebieskim, coś o nazwie dzikie kwiaty w kolorze bardzo ciepłej żółci przetykanej innymi kolorami. 





Do tego mieszanka o wszelkich odcieniach czerwieni i brązów o nazwie "Samba"  oraz prawie magenta powleczona wielobarwnymi pasmami.




 Całość wieńczy spora ilość jedwabiu Eri oraz dwie mieszanki wełniane jedna to merynos 18,5 mic z jedwabiem 50/50 % równomiernie wymieszana. Druga to ta na poniższym zdjęciu jest to merynos 23mic + jedwab + len, kiedyś bardzo dawno kupiłam trochę na próbę ale nadal leży w worku a ja się jej przyglądam więc może jakaś prządka też zechce się poprzyglądać :)
 


Przez te książki czytane i słuchane dni mijały tak szybko, że z niejakim oszołomieniem zdałam sobie sprawę, że to już prawie jesień . Te kilka zimnych i deszczowych dni jeszcze bardziej mi uświadomiło, że właściwie czas zacząć robić skarpety :)

Pozdrawiam Was niedzielnie. 

niedziela, 27 czerwca 2021

Przędzenie

Już nie pamiętam kiedy przędłam w ten sposób w jaki robię to ostatnio, czyli całkowicie bez planu co z tych nitek powstanie. O ile mnie pamięć nie myli to doświadczałam czegoś podobnego na samym początku mej przygody z przędzeniem. Wtedy gnała mnie chęć doskonalenia nowej umiejętności, napawanie się nią i uprzedzenie wszystkiego co się dało, nie było tego zbyt wiele bo w tamtych czasach nie było jeszcze wszystkiego za wiele. Później był etap przędzenia rzeczy nowych, wszelkich niedostępnych dla mnie rodzajów runa owczego i nie tylko owczego, i to też było takie przędzenie dla samego przędzenia bo nie chęć dalszego wykorzystania a chęć poznania materiału mnie napędzała. Konkretne przędzenie pod konkretne rzeczy trwało później długo a tu nagle po tylu latach siadam do kołowrotka i przędę tak bez zamysłu na co przeznaczę te nitki. Jedno jest pewne przynosi mi to taką radość albo raczej radosny spokój, że nie zamierzam rezygnować z tych kilku chwil dziennego odpoczynku i odprężenia. Na szczęście moim zapędom ulegają na razie tylko resztki, które nie nadają się do sprzedaży.  


Pierwszy motek powstał z resztki mojej autorskiej mieszanki, którą na moje życzenie przygotowano z : 37,5% - merynosa z Falklandów, 25% - włókna perłowego, 25% - bambusa, 12,5 % - lamy (wersja uszlachetniona). Resztka jest pięknie biała i taka inna w dotyku od wełnianych mieszanek, bo roślinno-wiskozowy dodatek daje się odczuć. O dziwo jak przędłam tą czesankę by się z nią zapoznać jak ją dostałam  to mi się nie podobała, przez różnorodne materiały przędło mi się źle - teraz przędło się cudownie jakoś tak zupełnie inaczej po prostu sama się skręcała. Czyżby stan ducha miał znaczenie :) 


Drugi motek tak jak zresztą wszystkie to tradycyjna 3- nitka, która powstała z resztki alpaki, bfl superwash oraz merynosa 23 mic. Każda z nitek składowych to jeden z materiałów i o dziwo trzeba bardzo dokładnie się przyglądać by zauważyć, że to trzy różne nitki składowe tworzą ten miły w dotyku motek.


Motek trzeci powstał z mieszanki, która jest w sklepiku a raczej z resztek z tejże. Jest to merynos 18,5 mic, alpaka, wielbłąd i jedwab. W tym przypadku również moim zachwytom nad łatwością z jaką mi się to przędzie nie było końca. Nitka powstała z tych trzech bardzo cienkich singli jest miła, puszysta i w dodatku błyszczy jedwabiem no jest taką nitką, która miło będzie sunąć po drutach jak zdecyduję by ją użyć. 


Ostatni z powstałych motków to bfl w wersji humbug, czyli mieszanka trzech naturalnych kolorów run bfl czyli białego, brązu i owsianki. Tutaj efekt końcowy podoba mi się najmniej, chociaż to moje ulubione runo. Bardzo mi się podoba to runo we wzorach wrabianych na jasnym tle, wzór z tej nitki daje efekt zanikania, zrobiłam kiedyś skarpety z takiej nitki i kto wie może to jest jakaś myśl na te powstające w niekontrolowany sposób motki. Motek w skarpetach to też 3 nitka ale navajo więc może ten nowy nie do końca będzie spełniał się w tych zanikających wzorach bo wydaje się bardzo jednolity kolorystycznie. 
Następny motek już powstaje i pewnie będzie tu niedługo prezentowany a jak mi się nie odmieni to pewnie w towarzystwie nowo powstałych. 



Przez ostatnie dni upał dawał się tak we znaki, że jedyną rzecz, którą próbowałam skończyć i właściwie mi się udało to szalo-kołnierz teraz tylko zabezpieczenie brzegów i cięcie. Po burzach trochę się ostudziło i właściwie to czas wrócić do porzuconych swetrów ale w tej chwili jedyną przyjemność czerpię z przędzenia bez zobowiązań :)


 Pozdrawiam Was niedzielnie. 

niedziela, 13 czerwca 2021

Top w jedwabiu

 Druty o rozmiarze 2,25* to jednak cienkie druty i praca na nich, jeśli nie ma się nieograniczonych ilości wolnego czasu posuwa się tak wolno, że prawie niezauważalnie. Następuje jednak taki moment, że to "drobienie" dobiega końca, i wtedy - ja sobie obiecuję, że już nigdy nie będę robić takiej połaci z tak cienkiej włóczki (do następnego czegoś co muszę :) i z ulgą mogę zaprezentować efekt. Ulga faktycznie na mnie spłynęła jak zakończyłam ten top bo pomimo, że lubię jedwab w formie burety to tym razem się zmęczyłam. Drobne oczka przy chropowatej i nierównej nitce wychodziły nierówne i musiałam się bardzo starać by tej równości pilnować. 


Pomimo tego pilnowania, starania się nie do końca ta równość mi się udała ale poprawiać nie będę :) Inną sprawą jest, że pomimo zrobienia próbki, uprania i wszelkich obliczeń nie za bardzo byłam w stanie zapanować nad nadmiernym wyciągnięciem się dzianiny. Miało być tak z 10 cm poniżej pasa, robiłam na wzór jedwabnego topu, który po praniu raczej się zbił i przypomina derkę niż rozwlekł a tu taka niespodzianka zjechało w dół i to sporo. 



Przez to, że bluzka się wydłużyła to musiałam skrócić trochę ramiączka ale i tak dekolt jeszcze wydaje się zbyt głęboki. Oczka zbierałam podczas zmiany ściągacza w dżersej co dało mi zupełnie gładką pozbawioną nierówności i zaburzenia wzoru dzianinę po bokach. 


Jak na taką prostotę to było całkiem sporo przemyśleń co do tego jak zakończyć zgrabnie ten boczny ściągacz i postanowiłam nie kończyć, płynnie ciągnie się po samą górę, z tyłu zamyka oczka ramion i  dekoltu na karku, z przodu łączy się w żeberka ramiączek. 


Ramiączka przodu doszyłam do górnej listwy, wykańczającej tył, widziałam takie rozwiązanie w jakiś dziewiarskich wzorach nie dość że, spodobało mi się to tak, że postanowiłam wykorzystać to rozwiązanie. Oczywiście takie robienie ze zdjęcia pozwala na samodzielne zmierzenie się z tym co się chce a tym co wychodzi :)


Podziwiam te wszystkie osoby, które potrafią zrobić sobie zdjęcie telefonem czy aparatem jedną ręką i to zdjęcie jest dobre. Do tego widać obiekt, który ma być widoczny, a w dodatku sama osoba wygląda jakby pozowała komuś nie musząc się martwić o ostrość, światło i jeszcze coś tam w tle - ja do tych ludzi nie należę i chociaż zrobiłam setki zdjęć, kilka nawet całkiem dobrych, to sobie nigdy nie zrobiłam zdjęcia na tyle dobrego by się chwalić. 
Z danych technicznych:  włóczka ITO  - 3 cewki po 50g (zostało pół jednej), druty 2,25 mm, wzór bez wzoru czyli z głowy ale z inspiracją z netu. 


Letni top gotowy i chociaż od mojego ostatniego wpisu aura znacznie jest łaskawsza to dla mnie jeszcze stanowczo za chłodno by paradować w tak skąpym odzieniu. Za to ta odrobina ciepła wyraźnie posłużyła mojemu warzywniakowi w podwyższonych grządkach jedynie co muszę zrobić to zakupić jakieś kruki czy sokoły bo wiatraczki tylko przez moment były straszakiem na gołębie. 


Ogród cieszy ale też martwi, bo dwa tygodnie temu budząc się rano dokonaliśmy zaskakującego odkrycia braku połowy frontowego ogrodzenia, za to mamy dość sporo plastiku z samochodowych części. Pijany kierowca uratował swe życie kasując całkowicie od lat pielęgnowaną ścianę zieleni, która nas odgradzała od ulicy, która z prawie wiejskich wertepów przekształciła się w jedną z bardziej ruchliwych ulic miasta.

Uderzenie było tak silne, że złamał ponad 20 letnią sosnę i wyrwał żywopłot na ponad 12 m z korzeniami, niestety niszcząc wszystkie rośliny. Ustawiliśmy prowizoryczne ogrodzenie i czekamy co powie ubezpieczalnia ale obojętnie co powie to rośliny cudownie nie odrosną. 


Wzięłam się za kończenie zaczętych projektów, ciekawe jak długo potrwa ten zapał, dalej przędę na kołowrotku bez przeznaczenia a dla czerpania samej przyjemności z tej czynności :)  Sezon na dżem właśnie się zaczyna więc kto wie może następny post będzie o truskawkach :)

Pozdrawiam Was niedzielnie.

* wygląda na to, że wszystko jest względne kiedyś nr 2 nie był dla mnie drobnym drutem a tu 2,25 już jest :D