Zaczynam się siebie bać, ostatnie farbowanie poszło na żywioł bez zastanowienia, planu, koncepcji. Wyszła moja stara licealna miłość - impresjonizm, z czasem zmieniają się upodobania to co kiedyś zachwycało teraz wydaje się obce, ale sentymenty - zostają. Po tylu latach moje upodobania co do malarstwa, architektury zmieniły się bardzo, ugruntowały i osadził pomiędzy secesją, art nuvo, art deco.
Wełna która, została potraktowana na Cezanna, Sisleya a może Wyczółkowskiego lub Pankiewicza to runo owiec z Falklandów. Jest to runo moim zdaniem należące do triady (tyle na razie poznałam w podobnym gatunku) : Corridale, Sout Amerycan i właśnie Falkland różnią się drobnymi niuansami ale wszystkie przędzie się dobrze, mniej lub bardziej nabierają objętości
przy skręcie 2-ply lub navajo.
Farbuje się dobrze, ładnie przyjmują kolory.
Kilka zdjęć z szaleństwa farbiarskiego, przed i po (po wyraźnie poraża)
Poczytałam trochę w internecie i nie znalazłam rasy owiec falkland wygląda na to że, jest to stado owiec które, przez specyficzne warunki na wyspie i selekcję ma określonej jakości runo. Wyczytałam też że, postanowiono domieszać trochę merynosów do tych stad by jeszcze poprawić jakość runa moim zdaniem nie jest to konieczne ale cóż niestety nie moje owce.
Nie wiem co pokazują Wasze monitory ale dla mnie to impresjonizm.


Następne farbowanie to trochę wełny "wzbogacone" za pomocąbarwnika naturalnego jakim jest kurkuma (przez nieuwagę palce też były żółte), kurkuma barwi dobrze i szybko,tylko przy płukaniu woda jest lekko żółta nie wiem czy to nie pozostałości proszku przyprawy.