niedziela, 20 października 2019

Zaginięcie

 Zaginęłam pomiędzy sprzątaniem ogrodu, sadzeniem cebul tulipanów w ilościach sporych, 10 kg kapusty do kiszenia takąż samą ilością buraczków wekowanych na dwa sposoby, passatą pomidorową z 14 kg pomidorów oraz szlifowaniem dębowego stołu. Trzy niedziele wpis się nie ukazał bo jak co roku nastała jesień ale ja w tym roku jakoś mało na nią  byłam przygotowana, wszystko skumulowało się, łącznie z pierwszym parszywym przeziębieniem. W tej chwili nie wiem czy odnalazłam się na chwilę czy na dłużej ale planów mam sporo tylko ginąć nie należy w jesiennym przetwórstwie by było co pokazywać na blogu:)

Skończyłam domowy sweter dla siebie,  jest wzorowany na tym od PM teraz i ja mam sweter a'la Mc Fly. Wprawdzie nie mam zamków tylko guziki w dodatku po całości no i ja mam dodatek koloru oraz element zupełnie niezbędny jeżeli chodzi o mój domowy sweter - kieszenie, bez nich sweter jako domowy nie ma szans zaistnieć.


Jak zwykle próby uczynienia sobie zdjęcia zaowocowały dość sporą ilością zdjęć do niczego z tego udało mi się wybrać jedno pokazujące sweter przed praniem a raczej moczeniem by dzianinę uformować. 
Włóczka to Karisma z Drops'a, kupiłam podczas promocji na dwa swetry ale ten od PM pochłonął więcej więc musiałam coś pokombinować z kolorem bo z tej partii szarości już nie było. 



Nigdy nie piorę próbek a to błąd bo dzianina ze sklepowej włóczki po pierwszym zamoczeniu zawsze jest większa i to, że większa to wiem tylko nigdy nie wiem o ile. Sweter zrobiłam dokładnie na wymiar był wręcz obcisły, nawet się trochę bałam, że taki zostanie :)


Po zamoczeniu okazało się, że jest dobre 5 cm dłuższy no i na szerokość też z jakieś 3-3,5 cm, rękawy zrobiłam do nadgarstka, teraz mogę wywinąć mankiecik - zdjęcie zrobiłam przez przypadek podczas ustawiania aparatu - i po co pozować jak jedyne przyzwoite zdjęcie zrobiłam przez przypadek :)

Półgolf wykończony tak jak u PM metodą, którą udostępniła Ania  (dziękuję Aniu to bardzo pomocny link :) na swoim blogu, wygląda przyjemnie, chociaż w przypadku dwóch kolorów włóczki jest to trochę większe wyzwanie - by równo wyglądało. Listwy w kolorze swetra,  tym razem obrzuciłam dziurki płotkiem bo przy tych guzikach (lakierowana sklejka) nie było płynnej współpracy.


Wspomniane "must have" czyli kieszenie - najprościej jak się da wnętrze w kolorze dodatków a wykończenie brzegu to rząd lewych oczek - minimalizm do bólu.


Rękawy są trochę przekombinowane ale to cały urok tego swetra, u PM robiłam poprzeczny ściągacz zbierając żywe oczka z zrobionego półrękawka u mnie w tym miejscu jest zmiana koloru więc nie było sensu zostawiać żywych oczek. Oczka zakończyłam  bardzo plastycznie a poprzeczny ściągacz zrobiłam osobno i doszyłam, dół nabrany tradycyjnie. Sweter był już mi bardzo potrzebny bo poprzedni domowy  zrobiłam dobre 4 lata temu !! - nawet nie przypuszczałam, że upłynęło tyle czasu.



Słoików z zaprawami nie będę serwować ale stół pokażę, od dawna rozglądamy się za przyzwoitym stołem do kuchni, mieliśmy stół z Ikei drewniany ale to nie było to, marzył mi się solidny ciężki stół a taki stół to spory wydatek.
 PM z dzieckiem wybrał się na ostatni w tym roku Pchli Targ, powrócili ze stołem i to jakim - lity dąb, blat o grubości 6,5 cm, ciężki i solidny jedynie kolor był straszny - ciemny brąz ze śladami solidnego używania.


PM chciał go w takim rustykalnym stylu wstawić do kuchni ale ja stanowczo zaprotestowałam i w ciągu trzech dni stół oszlifowałam, zabezpieczyłam olejem tungowym, co jeszcze bardziej podkreśliło piękno naturalnego drewna, nie mam zdjęć pierwotnego wyglądu ale uwierzcie ponurak był z niego straszny a teraz aż miło patrzeć. Stół posłuży wiele lat a pewnie już komuś służył latami, jednak jak coś jest zrobione z naturalnych materiałów to ma szansę cieszyć długo - czy to wełna czy drewno. A jak przestanie służyć to przynajmniej nie będzie się rozkładać 300 lat. 


Pozdrawiam Was niedzielnie już bez obietnic, że się poprawię z wpisami :)

niedziela, 22 września 2019

Bez efektu

Posiadam wielką słabość do naturalnego barwienia, mam spory zapas ufarbowanego przez Monikę merynosa w indygo, sama ufarbowałam trochę wełny w orzechu włoskim.  Dawno temu za czasów "Prząśniczki" dostałam od dziewczyn marzannę barwierską wyszedł cudny kolor pomarańczu z podtekstem. Od zeszłego roku zbierałam łupiny po avocado, pierwsze moje barwienie w ten sposób wyszło dość marnie, prawdę powiedziawszy nie wyszło ale też łupin miałam mało, do tego wełna taka prosto z marszu, niczym niezaprawiona.



 Tym razem przygotowałam się lepiej, łupin tyle ile widać w 10 litrowym wiadrze po farbie, do tego wełna zaprawiona w zimnej bejcy (składniki dostałam dawno i czekały na ten czas) podgrzane łupiny puściły kolor nie do końca taki jak się spodziewałam ale nic pewnego do czasu jak nie umieszczę w tym wełny.



 Wełna, to oczywiście moja przędza, tradycyjna 3 nitka uprzędziona z czesanki Chubut, po trzech dniach w bejcy wełna dostała ubranko z gazy i poszła do gara.


Dla wzmocnienia efektu trzymałam motek ponad tydzień w tej zupie, kolor całkiem ładnie się zapowiadał ale na tej gazie. Wełna po wyjęciu z gara była nieprzyjemnie śliska więc wyprałam a z praniem spłynął jakiś tam kolor, który i tak mnie nie satysfakcjonował. Całkowita porażka, nie wiem jak innym wychodzi tak ładny kolor po avocado, mnie nie wyszło zupełnie.


Mam motek lekko pocieniowany w ciemniejsze i jaśniejsze ecru, chyba wrócę do marzanny bo to wyszło mi od razu a jeszcze lepiej wychodzi mi barwienie w Jaquard'ach :)  Zostałam z motkiem do ponownego farbowania i gazą w beżowo-pomarańczowo-brudnym kolorze.   


Do rzeczy przyjemniejszych należy odkrycie jakie poczyniłam całkiem nie dawno, okazało się, że w ogrodzie pod leszczyną rosną grzyby, wg atlasu grzybów są to borowiki ponure (bagniak, siniak) albo borowiki ceglastopore (stawiam na te drugie) - trudno stwierdzić bo nim dorosną zjadają je robaki - ja nie mam odwagi.


 Całkiem przyjemnie przyrasta rękawiczki na drutach, pomimo dość drobnych drutów wyraźnie działa na mnie relaksująco takie dzierganie. Dwa razy rysowałam palce bo ciągle mi coś nie pasowało mam nadzieję, że to co wymyśliłam będzie wyglądało dobrze ale o tym opowiem jak rękawiczki skończę.



 Chodzi mi już po głowie taka para w niebieskościach z indygo, z dodatkiem bieli i może tym razem z jednym palcem by nie "kroić" tak bardzo wzoru od wewnętrznej strony dłoni. Przy zbliżającej się porze roku mogę już bez oporów wełnę tu serwować :)


Po ostatnich zakupach na chińskim Ali moja kolekcja nożyczek się powiększyła, już prawie wiem jakie potrzebuję do ścinania nitek łączących, które zostawia hafciarka tyko czy takie znajdę bo te są świetnie ale do cięcia innych rzeczy. 


Pozdrawiam Was niedzielnie :)


niedziela, 8 września 2019

Po czasie

Tyle rzeczy się dzieje, nawet niektóre skończone tylko ja nie mam czasu by uwieczniać i opisywać. Przez 2 tygodnie nic nie napisałam ale pierwszy z nich  minął pod znakiem końcówki remontu. Musiałam doprowadzić przedsionek do stanu normalności po wymianie drzwi wejściowych - drzwi wymieniono w marcu więc aż strach pomyśleć albo ja jestem tak wolna albo czas tak szybko upływa :) Drugi tydzień cały praktycznie poświęcony przygotowywaniu zestawu koszulek na dość spore, coroczne święto miasta zwane "Gwarkami".
Oczywiście nie zarzuciłam zajęć ulubionych więc powstały skarpety dla żony kuzyna z włóczki, która coraz bardziej mi się podoba czyli Flora z Drops'a. Jest to mieszanka wełny z alpaką 50 g - 210 m - taka grubość najbardziej mi odpowiada na skarpety, Jedynie pięty wzmacniam dodatkiem ku temu z firmy Lang.


Wzór narysowałam w oparciu o coś podobnego co znalazłam w internecie, jest to jeden długi motyw na 23 oczka powtórzony 3 razy. Potrzebowałam małego rozmiaru skarpet a 69 oczek na drutach 2,25 przy wzorach wrabianych, daje taką właśnie nie za dużą skarpetę.



Oczka gubione na spodzie stopy by wzór wijących się listków płynnie przechodził po całości. Skarpety są robione w lustrzanym odbiciu, tak mi się wydaje, że jest ciekawiej. Zrobione były już w zeszłą niedzielę ale dopiero w czwartek wyprałam i na ostatni moment zaniosłam bo kuzynostwo wybiera się na urlop.


Skarpety na nogach właścicielki prezentują się o wiele ładniej niż na blokerze ale zdjęcia robione na szybko nie do końca ukazują ich urok :)  Przeznaczone do spania skarpety są w delikatnych kolorach z drobnym wzorkiem, powinny wpasować się w pościel. 


Kończąc poprzednie rękawiczki maiłam w głowie następne, wzór narysowałam dość sprawnie oprócz palców, mam jeden ale to tak jakby były wszystkie. Wzór ekskluzywny bo wydrukowany w kolorze, przy nowej drukarce do koszulek nabierają również koloru moje szare wzory. Trochę to potrawa bo rękawiczka na 96 oczek w obwodzie ale druty 1,25 więc drobnica ale jak skończę to pewnie się pochwalę :)


Moje dziecko jest mistrzem chińskich zakupów w dodatku za takie pieniądze, że się zastanawiam jakim sposobem to działa. Poprosiłam go o zakup 3 par nożyczek do ścinania nitek w haftach (tych z hafciarki do znakowania odzieży firmowej). Podczas wybierania tych nożyczek wpadły mi w oko guziki, które o dziwo przyszły bardzo szybko - na nożyczki jeszcze czekam.


Ale to co zakupiłam jeszcze to już "odlot" w innym kierunku - wielki haft krzyżykowy (70 cm x 100 cm). W zamierzchłych czasach PRL haftowałam krzyżykami ale, kanwę robiłam sama, mulinę zdobywałam z Czechosłowacji lub NRD w dodatku wzory miałam powielane na powielaczach do ulotek, z symbolami, bez koloru z opisem po niemiecku :) 



Teraz taki komplet to gotowa kanwa z bardzo precyzyjnym nadrukiem (chyba, że jest się sierotą tak jak ja i zaleje część herbatą wtedy bardzo pomocny okazuje się dołączony schemat na papierze) dokładne oznaczenie kolorów z ponumerowaną tekturą do ich spięcia , ścinacz nitek, nożyk do prucia, igły, wosk by nici się nie strzępiły, inne przedmioty, o których przeznaczeniu nie mam pojęcia no i zestaw nitek. U nas zakupiłam ochraniacze na palce bo pierwsze kilka nitek i już mam dziurę w palcu, niestety drutami też tak sobie robię :(

precyzyjny nadruk z moim herbacianym zaciekiem :)
Nie wiem kiedy to skończę i czy w ogóle się uda ale ma być to coś podobnego do tego co umieszczone pod spodem. Oby starczyło cierpliwości i czasu bo coraz częściej wszystko jest ... po czasie.
zdjęcie z internetu - to rysunek oby mój haft go przypominał 
Pozdrawiam niedzielnie z nadzieją, że z następnym postem zdążę na czas :)

niedziela, 18 sierpnia 2019

Rękawiczki

 Skończyłam rękawiczki, nie są dla mnie, nawet już nie powinny, rękawiczek mam pół szafy, chodzę sporadycznie w dwóch, trzech parach. Posiadam taki zapas jakbym była co najmniej Kali z 10-cioma rękami, strojącą się w nowy zestaw na każde wyjście.


W tej chwil czerpię przyjemność z samego robienia rękawiczek, rysowania na nie wzorów, przędzenia wełny, już nie muszę koniecznie posiadać wszystkich, które zrobię.


Nitki na te rękawiczki to moja produkcja, wszystko tradycyjna 3-nitka, w 50 g jakieś 380 - 420 metrów w zależności od składu. Druty tym razem całkiem grube bo 1,5 mm ale rękawiczki małe bo tylko 80 oczek w obwodzie czyli taki rozmiar M.
Wzór pomyślany tak by kwiatki na palcach szły w każdej rękawiczce w przeciwnym kierunku, dotyczy to również kciuków. Brzegi wzdłuż dłoni mają wzorek, który kończy się z jednej strony na końcu małego palca z drugiej na  końcu wskazującego, ten sam wzór jest na kciukach. Wnętrze dłoni z innym wzorem ale płynnie przechodzącym na palce, mankiety podwójne w ząbek na zgięciu.



Wełna farbowana w łupinach orzecha włoskiego (brąz) oraz w indygo, biel naturalna. Takie białe rękawiczki nie są może super praktyczne ale raczej nie robiłam ich z myślą o zabawie w śnieżki brudnym śniegiem lub skrobanie szyb samochodu, to raczej takie rękawiczki "na wyjście" albo jak to określiła moja znajoma "do wód" celem odpoczynku :)



Patrzę sobie na nie i wiem, że nawet jeśli nie są dla mnie to i tak przyniosły mi sporo radości podczas dziergania, a skoro mają takie właściwości podnoszące poziom zadowolenia to całkiem niedługo opowiem o nowych bo pomysł już kiełkuje a raczej kolorystyka tylko wzór muszę wymyślić.



Kolor na nowe to nic odkrywczego ale zestawienie jest tak ponadczasowe, a że z  takich  kolorów rękawiczek jeszcze nie robiłam więc najwyższy czas zrobić :) 
Jasno szary motek to świeżynka na gorąco z kołowrotka, jasno szary merynos z oferty sklepikowej doczekał się mojej uwagi. Nie przędę merynosów chyba, że muszę ale potrzebowałam czegoś w jasnej szarości na wzór, a nie chciałam farbować. O dziwo w drobnej ilości przędzenie merynosa było bardzo przyjemne, chyba, że to wyjątkowy merynos lub ja bardzo się stęskniłam za przędzeniem. 



Zanim pojawią się tu nowe rękawiczki to będą jeszcze skarpety bo żona kuzyna pokazała mi ostatnio swoją kolekcję "moich" skarpet do spania - właściwie to powinna już się z nimi rozstać :)
Myślałam o takiej kolorystyce ale niestety po pierwszych rzędach widzę, że wzór musi być z jednolitego koloru - straszna sieczka wychodzi przy tak drobnym wzorze i takim farbowaniu.

P.S. Zdjęcia rękawiczek wpadają w zimne tony, przez światło, w rzeczywistości są w bardziej ciepłej tonacji.


Pozdrawiam Was niedzielnie :)

niedziela, 11 sierpnia 2019

Męczennik

Nie dość, że ta czesanka była poddana męczarnią podczas farbowania tradycyjnego, to z racji swej brzydoty trafiła do gara z łupinami orzecha włoskiego. Tam leżała ponad tydzień, poddawana zabiegom tłamszenia i przewracania celem nabrania sensownego koloru. Po tym farbowaniu odleżała swoje przekładana i poszarpywana pomiędzy innymi zapomnianymi resztkami aż wreszcie doszłam do wniosku, że za jakiś czas nie będzie się nadawała do niczego bo już jest wystarczająco zmierzwiona.


By zapobiec całkowitemu skołtunieniu czesanka trafiała na kołowrotek, a że ostatnio bardzo zastanawia mnie jakie ma znaczenie i czy w ogóle ma kierunek skrętu, to czesankę podzieliłam na dwa kawałki i uprzędłam jedną nitkę z skrętem "S" a drugą z "Z". W przypadku singla, ma znaczenie skręt o tyle, że dzianina "kosi się" w lewo lub prawo i to tylko jeśli nitka nie jest odpowiednio zrównoważona ale czy to ma znaczenie jeśli się dubluje lub troi ?


Przędłam oba motki na tym samym ustawieniu kołowrotka, ten ze skrętem "S" wydaje mi się bardziej puszysty i miękki za to ten z skrętem "Z" ma bardziej "perłowe" wykończenie i więcej blasku ale jest bardziej "sznurkowaty".  Trudno mi powiedzieć czy poza moimi subiektywnymi odczuciami jest tu jakaś większa różnica wszak motki przez odkręcanie są zrównoważone, pewnie tylko kawałek dzianiny z jednego i drugiego motka jest w stanie ujawnić jakieś zasadnicze różnice pod warunkiem, że istnieją :) Jak "męczennik" trafi na druty i będzie zdatny do noszenia to się wypowiem teraz tylko mogę patrzeć i dumać na tym.



zdjęcia pod światło ale w oknie trudno inaczej zrobić

Chyba był luty lub początek marca jak kupiłam firany celem uszycia paneli do okien w jadalni (4 duże okna) i nawet sporo w tym kierunku zrobiłam bo wszystko przycięłam, obrzuciłam overlockiem, przyszyłam po bokach lamówki i....  porzuciłam. Przez ostatnie dni nie mogę kontynuować prac remontowych z powodu bólu biodra. Chciałam odpoczywać przędąc ale okazuje się, że biodro boli parszywie, więc minimalizm ruchowy w postaci szycia - chyba uszyję jeszcze firankę do sypialni :)


Ostatnio pisałam, że zajmuję się wymyślaniem wzorów na koszulki, normalnie jako firma reklamowa, znakujemy odzież logotypami ale znajomy ma sklep z pamiątkami tarnogórskimi i zasugerował, że przydałyby się jakiś inne wzory na koszulki promujące nasze miasto. Tarnowskie Góry to może nie tak stare miasto ale z bogatą historią a w zeszłym roku nasza kopalnia rud srebra została wpisana na listę UNESCO.



Właściwie to jedyny rodzaj patriotyzmu, który jakoś do mnie przemawia ten regionalny najbliższy ziemi przodków, więc i praca wydawała się ciekawa.



Miasto wpisane jest w historię Śląska więc na przestrzeni wieków pod różnym panowaniem i z całym szeregiem sentymentów. 





 Dzwonnica Gwarków jeden z symboli miasta, PM narysował ją i dostosował do grafik na koszuli w wersji dla tych co pamiętają bardzo starą nazwę i tych co wolą  obecną :)




 Wzory na takie koszulki to jednak zupełnie inny rodzaj zabawy, prawie jak coś artystycznego tylko w wielu kopiach :)  Wszystkie wzory naniesione za pomocą druku laserowego i prasy termicznej ale to takie techniczne już parametry.


Jak się domyślacie te koszulki, a raczej wzory na nie zżerają wolny czas na inne zajęcia więc mało dzisiaj o wełnie.
Pozdrawiam Was niedzielnie

niedziela, 28 lipca 2019

Mydło i powidło

W minionym tygodniu z rzeczy zaplanowanych nie zrobiłam nic, remont leży odłogiem, było jednak kilka pilniejszych spraw. Dni zapełnione zajęciami zwykłymi, od czasu do czasu czymś nowym i bardziej ekscytującym niż standardowo czynione rzeczy. Projektujemy z PM grafikę na koszulki odnoszącą się do historii naszego miasta, na razie mamy jeden gotowy wzór i zarys trzech następnych jak będą gotowe to się pochwalę, to całkiem coś innego niż zwykle tu pokazuję:)


A z rzeczy zwykle tu występujących mogę wstępnie pokazać pierwszą rękawiczkę, jeszcze nieprana, świeżo zeskoczyła z drutów. Druga się dzieje, wolno ale pewnie za jakiś czas pokażę parę bo pomimo drobnych szlaczków takie dzierganie mnie odpręża. 



Po całkiem "przyjemnych" hektarach prawych oczek w swetrze dla PM, mam na drutach połacie prawych i lewych oczek w swetrze dla siebie. Będzie rozpinany, jeszcze nie zdecydowałam czy będą guziki czy zamek ale robię tradycyjnie bez cięcia. To dzierganie trochę potrwa bo nuda straszna w tym "szaraku".




Dziewiarsko to tyle w tym tygodniu, za to poważnie się zastanawiam nad umiejętnościami, które tracę. Kiedyś przeczytałam wpis na tym blogu pod tytułem "Niepiśmienni" i nie chodziło o zanik umiejętności zgrabnego ubierania myśli w słowa, a o fizyczny bark umiejętności pisania odręcznego. Właściwie to podejrzewam, że pismo odręczne zanika, nie potrzebujemy go i nie używamy, jedynie co wypisujemy to dane osobowe w jakiś drukach (a to też sporadycznie) , no podpisujemy się. Nikt nie pisze listów, bo łatwiej zadzwonić, nawet życzenia świąteczne przesyłam drogą elektroniczną. Od bardzo dawna nie piszę odręcznie, jedyne co pisałam ręcznie to listy zakupów, nawet pióro kupiłam (całą edukację przeszłam z jednym piórem aż padło), mam atrament w ulubionym kolorze i nie mam czego pisać. W tej chwili edytuję listę zakupów na telefonie bo PM ponoć nie może mnie odczytać - tak sobie myślę, że skoro ja piszę ją w okularach to on powinien ją w nich odczytać ale prawda jest taka, że aplikacja jest wygodniejsza. 
Nie wiem czy powinnam się martwić, zatracaniem umiejętności ręcznej kaligrafii, chyba tak, bo to jednak jakiś zanik. W tej chwili jedynie co piszę ręcznie to opisy mrożonek i słoików z przetworami. 



Nawet chętnie rysowane wzory dziewiarskie przestałam rysować na papierze, o wiele wygodniej i szybciej robię to w komputerze. Specjalnie kupiony zestaw kredek leży w szafie, pomyłki na papierze są bardziej irytujące niż te w komputerze. Może za kilkadziesiąt lat pisanie odręczne będzie sztuką na zasadzie wyszukanej kaligrafii.

Przemyślenia mnie dopadły podczas opisywania słoików z siekaną natką pietruszki :) Często w taki sposób przechowuję drobne ilości ale tym razem zmieliłam tej natki naprawdę sporo bo dostałam naręcze od rodzinnych ogrodników, do tego suszę całkiem sporo mięty. W planach mam zmrożenie posiekanego lubczyku i jesienią zrobię jak co roku pastę a'la kostki rosołowe - trwa całą zimę w lodówce poprawiając smak potraw. Wygląda na to, że nie samą wełną żyję :D



Pozdrawiam Was niedzielnie :)

niedziela, 21 lipca 2019

A' la Marty McFly

Inspiracją do tego swetra był  Chicane z Brooklyn Tweed ale jak to bywa w przypadku mojego PM, wszystko było do zrobienia inaczej. Nawet nie myślałam by kupować wzór bo po co jak i tak z niego nie skorzystam, bo "ma być taki jak ten poprzedni sweter, który zrobiłam". 



Właściwie nie ma co pokazywać bo to połać prawych oczek, dosłownie - tysiące oczek na prawo :) jedynie rękawy się wyłamują z tych gładkich powierzchni ale też dopiero od połowy. Sweter wzorowany na bluzach, które PM gromadzi od lat z różnym skutkiem od tych ulubionych - chodzonych po wydarcie po te nieudane zakupy leżakujące w szafach. Sweter mu się podoba, chociaż już usłyszałam czy będzie taka zima by go założyć bo ponoć bardzo ciepły. 



Mnie, sweter z Brooklyn Tweed oraz moja wersja, przez te rękawy kojarzy się z filmem "Powrót do przyszłości", nawet jak nie jesteście fankami SF to i tak wiecie o co chodzi, bo to taka klasyka jak Gwiezdne Wojny. Główny bohater w jednym z odcinków (drugim:) miał na sobie kurtkę "samo suszącą się", która miała takie "sprężyny" na rękawach.

Nie myślę już o tym swetrze  inaczej tylko jako a'la Marty McFly :)

zdjęcie z internetu 

Włóczka to Karisma z Drops'a  więc dość gruba, przy wykończeniu zamka miałam dylemat co tu zrobić by lewa strona wyglądała równie dobrze jak prawa. Nie mogłam zrobić podwójnego półgolfu bo byłoby grubo a ubrania z nadmiarem wokół szyi PM eliminuje z użytkowania. Postanowiłam wszyć taśmę rypsową ale PM odmówił tych zdobnych w Kapitana Amerykę, Batmana i innych super bohaterów nie mówiąc o wzorkach łowickich i różach. 



Udałam się do pasmanterii celem zakupienia zwykłej taśmy bawełnianej w kolorze szarym w żadnej z 3 odwiedzonych pasmanterii, nie mieli takiej szarości jaką chciałam. Kupiłam kawałek białej celem ufarbowania ale rzuciła mi się w oczy krajka w indiański wzór więc też wzięłam.


Krajka to czysty żywy poliester, sztywna bo stosowana jako wykończenie torebek ale o dziwo PM chętnie na nią przystał bo mu się spodobała. 



Wszycie było dość kłopotliwe, usztywniło przód ale nie tak bardzo jak się obawiałam, wygląda to schludnie, musiałam zamaskować skrócony zamek i przyszyć tak by wytrzymało użytkowanie PM. Sama jestem tą krajką zafascynowana i tak sobie myślę, że przecież mam tyle różnych resztek wełny a zrobienie takiej krajki nie jest wyzwaniem ponad moje siły - to może zamiast parszywego poliestru przemyśleć własną produkcję tasiemek wykończeniowych takich krótkometrażowych :)



Sweter przy rozpiętym półgolfie wygląda trochę radośniej a prawdopodobnie tak będzie noszony więc tym bardziej godne uwagi jest zadbanie o równie naturalne wykończenie co warstwa wierzchnia.


Poprzeczny ściągacz na rękawach robiłam gubiąc żywe oczka a nie doszywając, jest bardzo plastycznie ale pionowy ściągacz już musiałam nabrać z oczek brzegowych. Włóczka to wspomniana Karisma nr 44 ale z dodatkiem włóczki na estońskie koronkowe szale (takiej 100 g - 1200 m) w kolorze antracytu, druty 4 mm.




 PM sweter wypełnia tak jak było to zaplanowane, więc smętnie wyglądający na płasko zdecydowanie nabiera uroku jak posiada wnętrze, do tego stopnia nabiera uroku, że postanowiłam zrobić dla siebie wersję domowego McFly'a :)



Zostało mi trochę włóczki po swetrze dla PM, trochę dokupiłam i teraz będę ogarniać wersję dla siebie ale w tym celu muszę uwzględnić we wzorze wszystkie moje zachcianki co do swetra idealnego - no cóż nie tylko PM wydziwia.

Pełnej słońca niedzieli  życzę Wam :)