niedziela, 11 sierpnia 2019

Męczennik

Nie dość, że ta czesanka była poddana męczarnią podczas farbowania tradycyjnego, to z racji swej brzydoty trafiła do gara z łupinami orzecha włoskiego. Tam leżała ponad tydzień, poddawana zabiegom tłamszenia i przewracania celem nabrania sensownego koloru. Po tym farbowaniu odleżała swoje przekładana i poszarpywana pomiędzy innymi zapomnianymi resztkami aż wreszcie doszłam do wniosku, że za jakiś czas nie będzie się nadawała do niczego bo już jest wystarczająco zmierzwiona.


By zapobiec całkowitemu skołtunieniu czesanka trafiała na kołowrotek, a że ostatnio bardzo zastanawia mnie jakie ma znaczenie i czy w ogóle ma kierunek skrętu, to czesankę podzieliłam na dwa kawałki i uprzędłam jedną nitkę z skrętem "S" a drugą z "Z". W przypadku singla, ma znaczenie skręt o tyle, że dzianina "kosi się" w lewo lub prawo i to tylko jeśli nitka nie jest odpowiednio zrównoważona ale czy to ma znaczenie jeśli się dubluje lub troi ?


Przędłam oba motki na tym samym ustawieniu kołowrotka, ten ze skrętem "S" wydaje mi się bardziej puszysty i miękki za to ten z skrętem "Z" ma bardziej "perłowe" wykończenie i więcej blasku ale jest bardziej "sznurkowaty".  Trudno mi powiedzieć czy poza moimi subiektywnymi odczuciami jest tu jakaś większa różnica wszak motki przez odkręcanie są zrównoważone, pewnie tylko kawałek dzianiny z jednego i drugiego motka jest w stanie ujawnić jakieś zasadnicze różnice pod warunkiem, że istnieją :) Jak "męczennik" trafi na druty i będzie zdatny do noszenia to się wypowiem teraz tylko mogę patrzeć i dumać na tym.



zdjęcia pod światło ale w oknie trudno inaczej zrobić

Chyba był luty lub początek marca jak kupiłam firany celem uszycia paneli do okien w jadalni (4 duże okna) i nawet sporo w tym kierunku zrobiłam bo wszystko przycięłam, obrzuciłam overlockiem, przyszyłam po bokach lamówki i....  porzuciłam. Przez ostatnie dni nie mogę kontynuować prac remontowych z powodu bólu biodra. Chciałam odpoczywać przędąc ale okazuje się, że biodro boli parszywie, więc minimalizm ruchowy w postaci szycia - chyba uszyję jeszcze firankę do sypialni :)


Ostatnio pisałam, że zajmuję się wymyślaniem wzorów na koszulki, normalnie jako firma reklamowa, znakujemy odzież logotypami ale znajomy ma sklep z pamiątkami tarnogórskimi i zasugerował, że przydałyby się jakiś inne wzory na koszulki promujące nasze miasto. Tarnowskie Góry to może nie tak stare miasto ale z bogatą historią a w zeszłym roku nasza kopalnia rud srebra została wpisana na listę UNESCO.



Właściwie to jedyny rodzaj patriotyzmu, który jakoś do mnie przemawia ten regionalny najbliższy ziemi przodków, więc i praca wydawała się ciekawa.



Miasto wpisane jest w historię Śląska więc na przestrzeni wieków pod różnym panowaniem i z całym szeregiem sentymentów. 





 Dzwonnica Gwarków jeden z symboli miasta, PM narysował ją i dostosował do grafik na koszuli w wersji dla tych co pamiętają bardzo starą nazwę i tych co wolą  obecną :)




 Wzory na takie koszulki to jednak zupełnie inny rodzaj zabawy, prawie jak coś artystycznego tylko w wielu kopiach :)  Wszystkie wzory naniesione za pomocą druku laserowego i prasy termicznej ale to takie techniczne już parametry.


Jak się domyślacie te koszulki, a raczej wzory na nie zżerają wolny czas na inne zajęcia więc mało dzisiaj o wełnie.
Pozdrawiam Was niedzielnie

niedziela, 28 lipca 2019

Mydło i powidło

W minionym tygodniu z rzeczy zaplanowanych nie zrobiłam nic, remont leży odłogiem, było jednak kilka pilniejszych spraw. Dni zapełnione zajęciami zwykłymi, od czasu do czasu czymś nowym i bardziej ekscytującym niż standardowo czynione rzeczy. Projektujemy z PM grafikę na koszulki odnoszącą się do historii naszego miasta, na razie mamy jeden gotowy wzór i zarys trzech następnych jak będą gotowe to się pochwalę, to całkiem coś innego niż zwykle tu pokazuję:)


A z rzeczy zwykle tu występujących mogę wstępnie pokazać pierwszą rękawiczkę, jeszcze nieprana, świeżo zeskoczyła z drutów. Druga się dzieje, wolno ale pewnie za jakiś czas pokażę parę bo pomimo drobnych szlaczków takie dzierganie mnie odpręża. 



Po całkiem "przyjemnych" hektarach prawych oczek w swetrze dla PM, mam na drutach połacie prawych i lewych oczek w swetrze dla siebie. Będzie rozpinany, jeszcze nie zdecydowałam czy będą guziki czy zamek ale robię tradycyjnie bez cięcia. To dzierganie trochę potrwa bo nuda straszna w tym "szaraku".




Dziewiarsko to tyle w tym tygodniu, za to poważnie się zastanawiam nad umiejętnościami, które tracę. Kiedyś przeczytałam wpis na tym blogu pod tytułem "Niepiśmienni" i nie chodziło o zanik umiejętności zgrabnego ubierania myśli w słowa, a o fizyczny bark umiejętności pisania odręcznego. Właściwie to podejrzewam, że pismo odręczne zanika, nie potrzebujemy go i nie używamy, jedynie co wypisujemy to dane osobowe w jakiś drukach (a to też sporadycznie) , no podpisujemy się. Nikt nie pisze listów, bo łatwiej zadzwonić, nawet życzenia świąteczne przesyłam drogą elektroniczną. Od bardzo dawna nie piszę odręcznie, jedyne co pisałam ręcznie to listy zakupów, nawet pióro kupiłam (całą edukację przeszłam z jednym piórem aż padło), mam atrament w ulubionym kolorze i nie mam czego pisać. W tej chwili edytuję listę zakupów na telefonie bo PM ponoć nie może mnie odczytać - tak sobie myślę, że skoro ja piszę ją w okularach to on powinien ją w nich odczytać ale prawda jest taka, że aplikacja jest wygodniejsza. 
Nie wiem czy powinnam się martwić, zatracaniem umiejętności ręcznej kaligrafii, chyba tak, bo to jednak jakiś zanik. W tej chwili jedynie co piszę ręcznie to opisy mrożonek i słoików z przetworami. 



Nawet chętnie rysowane wzory dziewiarskie przestałam rysować na papierze, o wiele wygodniej i szybciej robię to w komputerze. Specjalnie kupiony zestaw kredek leży w szafie, pomyłki na papierze są bardziej irytujące niż te w komputerze. Może za kilkadziesiąt lat pisanie odręczne będzie sztuką na zasadzie wyszukanej kaligrafii.

Przemyślenia mnie dopadły podczas opisywania słoików z siekaną natką pietruszki :) Często w taki sposób przechowuję drobne ilości ale tym razem zmieliłam tej natki naprawdę sporo bo dostałam naręcze od rodzinnych ogrodników, do tego suszę całkiem sporo mięty. W planach mam zmrożenie posiekanego lubczyku i jesienią zrobię jak co roku pastę a'la kostki rosołowe - trwa całą zimę w lodówce poprawiając smak potraw. Wygląda na to, że nie samą wełną żyję :D



Pozdrawiam Was niedzielnie :)

niedziela, 21 lipca 2019

A' la Marty McFly

Inspiracją do tego swetra był  Chicane z Brooklyn Tweed ale jak to bywa w przypadku mojego PM, wszystko było do zrobienia inaczej. Nawet nie myślałam by kupować wzór bo po co jak i tak z niego nie skorzystam, bo "ma być taki jak ten poprzedni sweter, który zrobiłam". 



Właściwie nie ma co pokazywać bo to połać prawych oczek, dosłownie - tysiące oczek na prawo :) jedynie rękawy się wyłamują z tych gładkich powierzchni ale też dopiero od połowy. Sweter wzorowany na bluzach, które PM gromadzi od lat z różnym skutkiem od tych ulubionych - chodzonych po wydarcie po te nieudane zakupy leżakujące w szafach. Sweter mu się podoba, chociaż już usłyszałam czy będzie taka zima by go założyć bo ponoć bardzo ciepły. 



Mnie, sweter z Brooklyn Tweed oraz moja wersja, przez te rękawy kojarzy się z filmem "Powrót do przyszłości", nawet jak nie jesteście fankami SF to i tak wiecie o co chodzi, bo to taka klasyka jak Gwiezdne Wojny. Główny bohater w jednym z odcinków (drugim:) miał na sobie kurtkę "samo suszącą się", która miała takie "sprężyny" na rękawach.

Nie myślę już o tym swetrze  inaczej tylko jako a'la Marty McFly :)

zdjęcie z internetu 

Włóczka to Karisma z Drops'a  więc dość gruba, przy wykończeniu zamka miałam dylemat co tu zrobić by lewa strona wyglądała równie dobrze jak prawa. Nie mogłam zrobić podwójnego półgolfu bo byłoby grubo a ubrania z nadmiarem wokół szyi PM eliminuje z użytkowania. Postanowiłam wszyć taśmę rypsową ale PM odmówił tych zdobnych w Kapitana Amerykę, Batmana i innych super bohaterów nie mówiąc o wzorkach łowickich i różach. 



Udałam się do pasmanterii celem zakupienia zwykłej taśmy bawełnianej w kolorze szarym w żadnej z 3 odwiedzonych pasmanterii, nie mieli takiej szarości jaką chciałam. Kupiłam kawałek białej celem ufarbowania ale rzuciła mi się w oczy krajka w indiański wzór więc też wzięłam.


Krajka to czysty żywy poliester, sztywna bo stosowana jako wykończenie torebek ale o dziwo PM chętnie na nią przystał bo mu się spodobała. 



Wszycie było dość kłopotliwe, usztywniło przód ale nie tak bardzo jak się obawiałam, wygląda to schludnie, musiałam zamaskować skrócony zamek i przyszyć tak by wytrzymało użytkowanie PM. Sama jestem tą krajką zafascynowana i tak sobie myślę, że przecież mam tyle różnych resztek wełny a zrobienie takiej krajki nie jest wyzwaniem ponad moje siły - to może zamiast parszywego poliestru przemyśleć własną produkcję tasiemek wykończeniowych takich krótkometrażowych :)



Sweter przy rozpiętym półgolfie wygląda trochę radośniej a prawdopodobnie tak będzie noszony więc tym bardziej godne uwagi jest zadbanie o równie naturalne wykończenie co warstwa wierzchnia.


Poprzeczny ściągacz na rękawach robiłam gubiąc żywe oczka a nie doszywając, jest bardzo plastycznie ale pionowy ściągacz już musiałam nabrać z oczek brzegowych. Włóczka to wspomniana Karisma nr 44 ale z dodatkiem włóczki na estońskie koronkowe szale (takiej 100 g - 1200 m) w kolorze antracytu, druty 4 mm.




 PM sweter wypełnia tak jak było to zaplanowane, więc smętnie wyglądający na płasko zdecydowanie nabiera uroku jak posiada wnętrze, do tego stopnia nabiera uroku, że postanowiłam zrobić dla siebie wersję domowego McFly'a :)



Zostało mi trochę włóczki po swetrze dla PM, trochę dokupiłam i teraz będę ogarniać wersję dla siebie ale w tym celu muszę uwzględnić we wzorze wszystkie moje zachcianki co do swetra idealnego - no cóż nie tylko PM wydziwia.

Pełnej słońca niedzieli  życzę Wam :)

niedziela, 14 lipca 2019

Niemoc

Nie chodzi mi o niemoc twórczą bo ciągle coś robię; dziergam, haftuję, rysuję wzory, szlifuję futryny, uczę się nowego sprzętu. Dopadła mnie niemoc w uwiecznianiu, opisywaniu a nawet zdjęć robię coraz mniej. Nie wiem czy to wynik ciepła i zimna serwowanego na zmianę przez aurę  - jak ciepło to jakoś wszystko mi lepiej wychodzi, wystarczy trochę zimna (13 stopni to już dla mnie zimno) i siedzę pod kocykiem jak pokurcz z niechęcią do wszystkiego.


Podczas tych chwil pełnych chęci powstał projekt na nowe rękawiczki, a że nadmiar ciepła był spory to dość szybko zabrałam się za realizację, tym razem druty 1,5 mm, rękawiczki na 80 oczek. Wzór jest składanką różnych wzorów znalezionych w internecie, ja je tylko poskładałam w całość. 


Włóczki to moje 3-nitki w bardzo drobnym rozmiarze, farbowanie naturalne, brąz to orzech włoski a niebieski to indygo. Opiszę dokładniej jak skończę, docelowo mają być z palcami. 


Świeżo zakupione druty miały wadę jedna z metalowych końcówek wypadała, PM radził odesłać ale nim odesłałabym, sklep posłał nowe minęłoby kilka dni a ja tak długo nie mogę czekać:) Więc zabrałam się za wklejenie metalu niestety zanim dopchałam metal do końca, klej zastygł. Mam jeden drut z oszlifowaną końcówką i zupełnie mi nie przeszkadza - nie może mi przeszkadzać jak już tak sobie to uczyniłam :)  




W trakcie ciepła powstały następne totalnie proste skarpety dla syna, z mieszanki bawełny z wełną (Drops). Mieszanka na skarpety przejściowe i do spania idealna jak już wcześniej pisałam jedynie mam zastrzeżenia co do mocy, no ale to nie włóczka z przeznaczeniem na skarpety.


Podczas zimnych dni ukończyłam sweter dla PM, został tylko zamek do wszycia i pewnie pokażę w następnym poście - tylko oby mi się chciało to opisać :)

PM wzbogacił park maszynowy w firmie o nowy sprzęt, drukarkę do koszulek i nie tylko, bo można umieszczać nadruki na drewnie, skórze, szkle a nawet robić zmywalne tatuaże :) Wolne chwile pożera nauka nowych rzeczy zupełnie niezwiązanych z przędzeniem czy dziewiarstwem ale też ciekawych. 



Od ponad miesiąca 2 razy nieśmiało popadało więc dzisiaj pozdrawiam Was z nadzieją na deszcz bo dookoła ściernisko jak w ciepłych krajach.

niedziela, 23 czerwca 2019

Motek i skarpety

Niektóre czesanki muszą swoje   "od-leżakować", z wielką tęsknotą wspominam okres, kiedy to po farbowaniu z ledwością wyschło i od razu wskakiwało na kołowrotek. Dawno minione i zamierzchłe to były czasy, teraz wszystko ma swój termin kilku miesięczny,  prawie jak z wizytami u lekarzy :( 


Nitka, którą dzisiaj pokazuję powstała z bardzo umęczonej czesanki bo poddawanej kilkukrotnemu farbowaniu, najpierw wyglądała tak, czyli nijak i parszywie. Później przyszedł pomysł na wrzucenie straszydła do łupin po orzechach i wyszło całkiem przyjemnie o tak .


Czesanka leżała w miejscu zapomnienia, a że lato się zbliża i robię przegląd czy czasem nie załapałam się na jakiś niepożądanych miłośników wełny to wpadła mi w ręce. Spory bagaż doświadczeń i przejść trochę nadwyrężył czesankową równość, całkiem niezła mierzwa była w niektórych miejscach. Uprzędłam pół bo chciałam zobaczyć cóż to będzie za nitka, było trochę gimnastyki by nitka na coś wyglądała. Nitka ma dość sporo skrętu bo czesanka nie była traktowana po nieudanym farbowaniu zbyt łaskawie.  Skręcałam dość mocno ale nie jest przekręcona  tylko bardziej zwarta by mierzwa nie psuła ogólnego wrażenia, za to kolorystycznie  jest całkiem w porządku.


Za mną pierwsze zbiory lawendowych kwiatków, trafią w szafy jak tylko da się skruszyć bo wsypuję same kwiatki do woreczków. 
Tak jak przypuszczałam jedyną dziewiarską rzecz jaką udało mi się skończyć ostatnio to synowskie skarpety. Włóczka to 50/50 bawełna z wełną, całkiem dobre zestawienie na przejściowe skarpety. 



Wzorki adoptowane z mojego zimowego szalo-kołnierza do kurtki.  Włóczki było 200 g, po pierwszych skarpetach z niej powstałych zostało tylko niemiłe wspomnienie (sfilcowane) przy drugich będę uważać by nie wyprać w pralce.



Kolorystyka w dalszym ciągu postrzegana przez syna za brzydką ale farbowanie wełny z bawełną to coś o czym musiałaby się dowiedzieć dużo więcej niż zaopatrzenie się w odpowiedni barwnik. Z danych technicznych to skarpety na 72 oczka, druty nr 2,25 rozmiar 45-46, włóczki zostało tyle by zacerować ewentualne dziury.



Nie wiem co będę robić w najbliższym czasie ale duże wełniane rzeczy przy obecnym stanie aury trochę mnie odstraszają - może czas na następne skarpety :)



Dobrej niedzieli Wam życzę i pozdrawiam.

niedziela, 16 czerwca 2019

W zastępstwie

Lubię ciepło, nawet bardzo, o wiele bardziej je wolę od zimna i nie cierpię podczas upałów tak jak podczas chłodu ale .....




kołowrotek stoi z porzuconą czesanką i jakoś sporadycznie tam siadam. Na dodatek sweter dla PM i wielki szal są na tym etapie, który zimą byłby widziany z radością jako dodatkowe źródło ciepła w tej chwili unikam,  kończę synowskie skarpety. Doszłam do wniosku, że pisanie o wełnie i czesankach  przy obecnej temperaturze - w najlepszym przypadku mogłoby być wzięte za nietakt, w najgorszym za próbę pastwienia się z torturami włącznie. 




Opowiem Wam o lustrze a raczej o drzwiach z szafy z lustrem. Po babci została stara szafa nie była najpiękniejsza ale lustro miała  kryształowe, srebrem kryte i żal było się pozbyć. Szafy nie potrzebowałam ale lustro i owszem mogło być w przedpokoju, przedpokój był i jest w jasnej barwie bo bez okna i same drzwi wiec rama została pomalowana na jasno. 



Po remoncie, o którym pisałam ostatnio rama nie pasowała zupełnie, nowa garderoba w kolorze dębu, wiec lustro w tym wydaniu do niczego. PM wymyślił, że spytamy stolarza ile będzie kosztowała taka drewniana rama - pomyślałam niech pyta ja ją spróbuję odnowić.

Najpierw pozbyłam się starych powłok malarskich, później ramę umyłam i wyszlifowałam, okazało się jak to w przypadku starych mebli, że jest pokryta fornirem w dodatku wypatrzonym i przy szlifowaniu te nierówności wyszły.


Mój pierwotny plan uległ zmianie, bo szlifierka taśmowa wyrównała do poziomu ale zbierając w niektórych miejscach cały fornir odsłoniła białe plamy innego drewna. Nic innego nie pozostało tylko wymyślić coś nowego.


Zdjęć z szlifowania nie mam bo wszystko było zapylone, więc telefon został w bezpiecznym miejscu. Podczas tego szlifowania wpadłam na pomysł położenia samodzielnie forniru. Najpierw znalazłam kilka filmików poglądowych na YouTube,  potem zainteresowałam się czy można kupić fornir z klejem - kupiłam naturalny dąb. Fornir to taka "deska" drewniana o grubości 0,6 mm :)


 Prasować potrafię i o dziwo nawet nie było to takie straszne, jedynie zabawa przy tych wszystkich łukach i łuczkach ale jakoś sobie poradziłam. Docinanie drewnianego forniru nie jest proste ale jak ze wszystkim trzeba poznać materiał by z nim pracować. Po przyklejeniu i docięciu wszystko delikatnie przeszlifowałam i położyłam warstwę ochronnego lakieru.


 Lustro wróciło do ramy, na zdjęciu pod spodem widać stary oryginalny kolor szafy, lustro jest zabezpieczone sklejką, którą przybiłam jak było w oryginale drobnymi gwoźdźmi, przykręciłam pancerne uchwyty bo kryształowe lustro swoje waży to prawie 1 cm grubości i można wieszać.


 Fornir kosztował ok 70 zł, puszka farby 39 zł (bo malej nie mieli będę jeszcze malowała listwy przypodłogowe), środek do usuwania starej powłoki ok 20 zł i 2 arkusze papieru ściernego - nowa rama u stolarza pewnie byłaby droższa :)



Obawiam się, że przy takiej temperaturze kończenie wełnianych rzeczy raczej mi nie wyjdzie, spodziewajcie się skarpet lub odnowy innej starej rzeczy :) 


Pozdrawiam Was niedzielnie :)

niedziela, 2 czerwca 2019

Już jestem


O względności pisałam już kilkakrotnie, dzisiaj też o niej wspomnę, pewna sprawa dla mnie konieczna, według PM moja zachcianka spowodowała bark wpisów przez ostatnie trzy tygodnie. Od jakiś 5 lat widziałam konieczność remontu przedpokoju, PM nie widział a wręcz stwierdzał, że to moja fanaberia bo jest "ok". Uwierzcie mi nie było "ok", przedpokój pamiętał komunię moich podstarzałych dzieci, więc w tym roku po remoncie sypialni (też ponoć niepotrzebnym) postanowiłam zrobić remont przedpokoju. Remont to nic w porównaniu ze sprzątaniem po szlifowanej gładzi, a że był to przedpokój to pył był we wszystkich pomieszczeniach wokół, rozciągał się na piętro i piwnicę, pomimo solidnych zabezpieczeń przed nim. Trochę to trwało bo jak  w starym budownictwie były niespodzianki, puchnące ściany do obłożenia nowym tynkiem i zagadki instalacyjne - na szczęście zostały do montażu tylko listwy przypodłogowe i progi. Muszę też odnowić starą ramę kryształowego lustra ale to już na spokojnie. Takim to sposobem zafundowałam sobie wakacje od bloga bo sił zupełnie mi nie starczało na pisanie,  coś tam jednak robiłam więc dzisiaj napiszę co zepsułam w czasie tych trzech tygodni.




 Dawno temu postanowiłam zrobić sobie wielki szal z książki M. Stove "Wrapped in Lace", i wszystko byłoby dobrze gdybym robiła go ze włóczki sklepowej ale ja postanowiłam włóczkę uprząść sama. W tym celu na moje życzenie wymieszano runo Shetland z jedwabiem w ilości pół kilograma wiec sporo. Szal robiłam chętnie to momentu osiągnięcia całkowitego znużenia więc odłożyłam, na długo odłożyłam.


Niestety uszczknęłam z czesanki kilka razy ale przecież pół kilograma to tak dużo no i jak postanowiłam skończyć szal to okazało się, że mam motek 64 g i 93 g czesanki, nijak nie starczy na całość. Namieszałam sama ale nie dość, że runo jaśniejsze chociaż też Shetland to jeszcze jedwab na małym drumku pomimo drobnych igieł robi kulki. Nitka nie dość, że bielsza to jeszcze pełna niedoskonałości, które przy typie "lace" nie przeją. Mieszankę porzuciłam, może na coś się kiedyś przyda.


Drugie podejście to sam Shetland, w motku jeszcze jakoś udawał podobieństwo ale już w kłębku różnica nie do pogodzenia. Mam jeszcze w podobnej kolorystyce bfl mieszane z jedwabiem tussah ale to jednak całkiem inna faktura. Muszę zrobić nitkę połączoną Shetland z bfl może kolorystycznie i fakturowo jakoś da się to pogodzić bo inaczej zostanę z szalem na etapie 3/4. Jest jeszcze opcja ufarbowania wełny ale to spore ryzyko - muszę coś sensownego wymyślić bo na tym etapie porzucenie "udziergu" nie za bardzo mi się podoba :(



W ferworze ciągłego sprzątania i prania po wszechobecnej gładzi. zupełnie przypadkowo, pierwszy raz w życiu wyprałam synowskie wełniane skarpety w pralce :( Efekt tego działania na powyższym zdjęciu i muszę przyznać, że dawno nic mnie tak zezłościło bo one nawet nie były przetarte, to te dopiero co zrobione i taki filc, że aż mnie potrzęsło. W ramach rozpaczy zaczęłam nowe ale co na nie spojrzę to mam przed oczami te sfilcowane brrr.....


W ramach majowej promocji na Drops'a zakupiłam włóczkę na sweter dla PM ale trochę więcej by sobie też uczynić, miał być sweter z Brooklyn Tweed  w stylu Hugo na poniższym zdjęciu ale PM po zobaczeniu próbki stwierdził, że jednak woli coś prostszego. 


Zaproponowałam z ich bogatej oferty wzór Chicane ale jak zwykle PM i tu miał zastrzeżenia bo nie może być cały rozpinany, a najlepiej taki sam jak ostatnio !



Robię jakiś mariaż wszelkich swetrów PM, według jego wytycznych co to wielkości, braku ucisku w jednych miejscach a wąskości w innych, może uda mi się przemycić pomysł na rękawy z ostatniego wzoru ale też nie jestem pewna :) 



Pozdrawiam Was niedzielnie z nadzieją na dużo cieplejszy czerwiec, bo właśnie ogarniam się z parszywej infekcji.