niedziela, 29 marca 2020

Na osłodę

Nie spodziewałam się, że moja pomyłka z książkami może okazać się tak przydatna w czasie kiedy każdy nie jest pewien, co będzie dalej. Pewnie pomyślicie "kto będzie teraz myślał o skarpetach" ale może właśnie dla oderwania myśli od paskudnej rzeczywistości robienie skarpet albo czegoś innego będzie lekarstwem na skołatane nerwy :)
Ogłaszam moim zdaniem całkiem bogate Candy : bo jest książka o skarpetach, jest książka dla osób kochających szydełko i motek dla tych co pragną dziergać od razu :)

Zasady takie:
Trzeba umieścić komentarz pod postem, że się chce ale można chcieć tylko jedną rzecz (jak to u mnie, trzeba wybierać :) Można się zapisywać do 18. 04. 2020 -   a wyniki ogłoszę 19. 04. 2020 r.
Po dwóch tygodniach włączy się moderacja komentarzy więc się nie przejmujcie opublikuję je ręcznie po zatwierdzeniu, nikogo nie pominę :)
 Ta ostrożność w kontaktach pewnie trochę potrwa, więc wiosnę spędzimy raczej domowo lub w obrębie własnego ogrodu (jak go ktoś posiada). Wiem, że ludzie z pasją się nie nudzą i znajdą sobie zajęcie zawsze ale mała zachęta do pogłębiania pasji nie zaszkodzi :)



- cukierek nr 1 : książka o skarpetach, pisałam o niej kilka postów wcześniej posiada wszystko co potrzebne dla kogoś kto zaczyna przygodę ze skarpetami lub ja zaczął i szuka czegoś świeżego :)



 - cukierek nr 2 : książka z śnieżynkami na szydełko, niestety jest po angielsku i nie ma schematów a tylko opis poszczególnych oczek.  Pewnie dla osób robiących na szydełku to tak jak dla mnie opisy na druty ale niestety ja w tych opisach nie jestem biegła. Szydełko nie jest moją miłością więc niech książka sprawi radość komuś wtajemniczonemu :)



- cukierek nr 3 : przędza, moja, opis ze sklepiku :

Blue Faced Leicester z seacell (włókno roślinne z wodorostów) - przędza farbowana w  kolorze delikatnych wrzosowych fioletów i oliwkowych zieleni. 
Wełna miła w dotyku, pięknie błyszcząca dzięki włóknom seacell przypominającym jedwab.
Nić skręcona skrętem navajo.
Przędza w dwóch motkach.
Waga 109 g
Długość  ok. 286 m
Druty: 3 mm do 4 mm


Mam nadzieję że, jakoś przetrwamy ten czas w zdrowiu, a jak to przejdzie oby nie trzeba było wybierać między rzeczami koniecznymi a tymi, które przynoszą radość.

Z niedzielnymi pozdrowieniami zapraszam do zabawy :)

niedziela, 15 marca 2020

Monotematycznie

Nastał czas czapek, tak się dzieje kiedy nagle dopada mnie jakaś myśl, którą realizuję nie zważywszy na inne zaczęte projekty. Po czapce dla siostry powstała podobna materiałowo czapka dla mnie, wzór inny (Father Cables)  ale również Karisma z Dropsa i dodatek Kid Silk. 


Tak ciepłe czapki o tej porze roku, pomimo zapowiedzi przymrozków raczej się nie przydadzą, a jeszcze ta kwarantanna, za dwa tygodnie będzie wiosna w pełni. Pewnie na przyszłą zimę dopiero poddam jakimś rozsądnym testom ale pierwsze wrażenie jest takie, że  Karisma bardzo zyskała na jakości po dodatku moheru, czapka powinna być cieplejsza niż z samej wełny.


Zdjęcia na manekinie z małą głową ale duża głowa się zepsuła a zrobienie sobie zdjęcia w czapce wyszło gorzej niż mizernie. Czapka wygląda na bardzo dużą ale nie odbiega rozmiarem od innych moich czapek. Jest o wiele bardziej masywna, mięsista przez to wydaje się taka duża ale pasuje dobrze i pewnie będzie się nosić dobrze (obym tylko to sprawdziła, bo ja w czapkach raczej nie chodzę :)


Może bym jej nawet nie robiła ale podczas szukania resztek na czapkę siostry, znalazłam dokładnie tyle samo włóczki na drugą szarą czapkę i jeszcze jedną w kolorze petrol ale trzeciej na razie nie będzie.
Posiadanie włóczki to jeden z powodów powstania czapki, a drugim jest inny sposób nabierania oczek, brzeg wygląda jak w metodzie włoskiej ale to zupełnie inna metoda. Znam taki sposób z książek A. Starmore nazywa się Cable Cast On Method  - tu dokładanie oczek w środku robótki ale chodzi o sposób tego nabierania. To metoda, którą znam i stosuję chętnie do zaczynania swetrów i wykańczania skarpet, jest plastyczna ale nie tak bardzo jak włoski sposób, na brzegu powstaje charakterystyczny łańcuszek prawych oczek.



W opisie czapki pisze, że należy posłużyć się Alternating Cable Cast On Method , brzeg wygląda jak przy metodzie włoskiej ale jest bardziej zwarty i wydaje się taki solidniejszy, bardziej zaokrąglony, co w przypadku czapki jest plusem. Pewnie będę wykorzystywała tę metodę o wiele chętniej niż poprzednie ale muszę się jej nauczyć, bardzo musiałam uważać by się nie pomylić przy nabieraniu a wprawne oko dziewiarki i tak zobaczy, że nie uniknęłam błędów. Jak macie ochotę na coś nowego to zachęcam, na mnie brzeg zrobił bardzo pozytywne wrażenie, a już myślałam, że o nabieraniu oczek wiem wszystko :)



Czapki skończone to zabrałam się za leżące odłogiem skarpety w koci wzorek na razie mi się podobają  a koty wyglądają sympatycznie. Skarpety są robione od góry pięta będzie gładka ale z dodatkiem nitki wzmacniającej. Podczas robótki doszłam do wniosku, że przy dużym wzorze wygodniej jest robić w magic loop niż na 5 drutach. Po całkiem przyjemnym pierwszym wrażeniu z dziergania ściągacza na ChiaoGoo Lace (metal) kupiłam sobie jeszcze rozmiar 2 i 2,25. Resztę skarpety robię na KnitPro  w drewnie, bo miękkość żyłki odpowiednia, drugą skarpetę zrobię na metalach i porównam jakość pracy i robótki. 

Prawie 30 lat temu przywiozłam sobie z Niemiec bawełniane torby, później co jakiś czas siostra dostarczała mi nowych i tak jakoś doczekałam się czasów kiedy u nas też zaczynają być popularne. 
Znakując torby dla miłośników Tarnowskich Gór w starym i nowym wydaniu zrobiłam kilka dla siebie. Od dawna miałam zamiar zmienić logo, już mi się znudziła świrnięta, zezowata owca z przecinkami w nosie.  Pewnie nie jest to wersja ostateczna bo chcę je jeszcze bardziej spatynować i postarzeć ale na razie będzie taka wersja, nie z jedną lecz dwoma owcami dla równowagi zadowolona i depresyjna - jak w przędzeniu od wzlotów do upadków, od boskiego runa po tragiczne w obróbce :)
Myślę, że torby będę dokładać do dużych zamówień bo kto jak kto ale prządki kochające wełnę noszą rzeczy w bawełnie :) 




Pozdrawiam Was niedzielnie z przymusowego odizolowania ale z takim planami, że kwarantanny braknie na realizację.

niedziela, 8 marca 2020

Aż strach pomyśleć ...


Tydzień temu w sobotę, była u mnie siostra, niby nic dziwnego ale była w czapce, którą dla niej zrobiłam - kiedyś tam. Czapka nie nosiła śladów zużycia, nosiła ślady nadużycia a w dodatku podpisana, że to ja ją zrobiłam. Jakoś tak mnie tknęło, że jak w tej czapce będzie dalej chodzić, z tym podpisem i jakaś dziewiarka to zobaczy ... aż strach się bać ! 
Długo nie myślałam, wydobyłam resztki stosowne do stworzenia czapki, przejrzałam katalog wzorów pt.: czapki. Posiadam kilka takich katalogów, jak trafiam na darmowe wzory w internecie to ściągam i umieszczam zgodnie z kategorią, wszystkie zakupione też tam są - mam sporą kolekcję na czasy bez pomysłu własnego :) 



Taki zbiór jest pomocny nie tylko jak szybko chce się coś wydziergać ale również jest doskonałą pomocą jak się samemu chce stworzyć wzór - jest na czym bazować i nie trzeba odkrywać ponownie Ameryki :) 



Czapka powstała wg wzoru Agathis, nie wiem jak mam długo ten wzór ale widnieje data 2015 więc trochę leżakował. Moja siostra jest bardzo stonowana w doborze kolorystyki ubioru, czyli nosi się na czarno, ewentualnie na szaro i czarno, więc resztki po swetrze PM -Karisma z Dropsa a jako dodatek uszlachetniający Kid Silk. Czapka długa bo takie gnomie czapy siostra nosi. Druty trochę mniejsze niż zalecane oraz mniej o jeden motyw wzoru bo na małą głowę. Dzianina wyszła cudowna w dotyku, mięsista i cudnie ślisko-miękka dzięki moherowi. 


Przy całej mnogości ozdobnych guzików jakie mam nie mogłam znaleźć odpowiednich - czyli dochodzę do wniosku nie mam ich aż tak dużo :) Tym razem zamiast metki z podpisem są trzy guziki jak za jakieś 3-4 lata siostra dalej będzie czapkę zakładać to przynajmniej nie będzie mnie straszyć, że z moim podpisem w starej czapce paraduje.

Tak sobie myślę, że za jakiś dłuższy czas chyba dojrzeję do postu pod tytułem o wyższości ręcznie przędzionych nitek nad sklepowymi :)



Ta czapka tak mi się spodobała, że postanowiłam zrobić podobną dla siebie, też z resztek po swetrze dla PM, też Karisma, tylko jaśniejsza w swej szarości. Moją czapkę zrobię wg wzoru o nazwie "Father Cables" i też będzie taka wydłużona i z moherem ale o tym napiszę jak ją zrobię. 



"Szmacianego" swetra przybywa ale w ślimaczym tempie, w dalszym ciągu z tych samych powodów, które wyłuszczyłam w poprzednim wpisie. Nie oczekujcie rychłego końca, bo takowy nie nastąpi szybko.



Kończąc poprzednie skarpety miałam już wizję następnych, wzór zobaczyłam w internecie i wiedziałam, że muszę mieć skarpety z kocim "zjazdem". Motyw na 25 oczek, po narysowaniu mam wzór na skarpetę z 73 oczkami w obwodzie. Stopa też w koty, część wzorów podpatrzonych w internecie, resztę dorysowałam i jak zrobię to pokażę. 
Włóczki to wszelkie resztki, które mam po poprzednich skarpetach oraz swetrze PM w celtycki wzorek czyli Flora, Fabel i Lang. 
Niestety będąc w Aldi i tak nie powstrzymały mnie te wszystkie resztki przed zakupem włóczki na skarpety: bo wełna i przeceniona była  z 25 na 17 za 200 g :( całkowity brak nadziei na poprawę. 


Bardzo rzadko piszę  tu o rzeczach, które nie dotyczą wełny a jeszcze rzadziej o jakiś zjawiskach zupełnie oderwanych od głównego tematu moich zainteresowań. Po przeczytaniu pod ostatnim postem komentarzy od Danonk i wpisu u Theli muszę napisać, że zupełnie nie rozumiem motywów takiego postępowania przez anonimów piszących te obraźliwe słowa. Długo nad tym myślałam by znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie takiego zachowania i zupełnie nic mi nie pasuje. Można się z kimś spierać o techniczne niuanse i metody  ale w oparciu o pokazanie własnych osiągnięć, można uważać kogoś za odtwórcę, pokazując własne autorskie, wyszukane projekty do czasu aż nie trafi się ktoś o większym polocie ale zawsze robiąc to pod własnym imieniem i bez wulgaryzmów. Taki anonim wiedzie dość nędzne życie nie ma się czym pochwalić więc mąci, wyzywa i obraża ale cóż on z tego ma - no zysk jakiś musi być bo przecież dla idei nikt się nie będzie tak wygłupiał. Idealiści czynią coś ze szlachetnych pobudek a przynajmniej tak mi się kojarzy a tu takie coś -  no logiki w tym szukam i nic innego nie przychodzi na myśli jedynie machnięcie ręką bo szkoda czasu.
Od dawna mam włączoną moderację komentarzy, do popularnych postów doczepiano mi linki z "golasami" a to zupełnie nie moje klimaty. Teraz sobie myślę, że może te golasy na miejscu były bo przyodziewku szukały, skoro ja ubranka czynię to trza jakoś odziać :)  tylko u mnie najczęściej skarpety i rękawiczki więc jak goły był, tak będzie :D
Merytoryczne dyskusje coś wnoszą, kształcą, ubogacają i takich kontaktów nam rękodzielnikom życzę.

Pozdrawiam Was niedzielnie.

niedziela, 1 marca 2020

Takie dylematy

Mam coraz większy problem z opisywaniem tego co robię, bo robię ciągle to samo. Ileż razy można pisać o mieszaniu na drumku, przędzeniu, farbowaniu i robieniu na drutach. Zaczynam mieć coraz częściej wrażenie, że maltretuję otoczenie tą  samą opowieścią  - prawie jak w "Dniu Świstaka". Może to co powstaje różni się od poprzednich rzeczy ale zawsze to skarpety, sweter lub rękawiczki - nic się nie zmienia tylko ja coraz bardziej wymyślam. 



 Z namieszanych resztek powoli powstaje sweter, powstaje powoli pomimo drutów nr 6, bo mam przy nim huśtawkę uczuć, większą niż szalona pogoda ostatnich dni. Raz zachwyci, raz odrzuci i tak od wzlotów do upadków robię i nie robię :)


 Najbardziej podoba mi się faktura z bliska ta mnogość drobinek koloru przypomina trochę tweed a rozbielony petrol w moherowym wydaniu daje taką poświatę i miękkość odbioru. Patrząc  z oddali urok detali się zaciera i mam coś brązowo-turkusowego, gdyby zamiast brązu była szarość to kojarzyłoby mi się z szmatami z resztek - takie wspomnienia z PRL-u.




Nie wiem kiedy sweter będzie gotowy, czy będę w nim chodzić -  nic nie wiem, od zachwytu nad detalem po niechęć ku całości - wyjątkowo sprzeczne odczucia mną targają przy tej robótce. Pomysł na taką dzianinę nie jest mój, od kilku lat patrzę na taki sweter w magazynie Filati, zawsze mi się podobał ale na zdjęciu....
Pewnie się dowiecie jaki będzie finał tych dylematów :)

Za to zupełnie na spokojnie, chociaż też z pewnymi oporami powstały skarpetki: dla mnie, od palców z piętą rzędami skróconymi bez wzmacniania. 


 Wzór z nowej książki, włóczka typowa na skarpety (100 g - 420 m), motek po jakimś niezbyt udanym farbowaniu, w skarpetach może być i tak długo nie pożyją.


 Obawiam się, że ten sposób robienia skarpet, pomimo wielu zalet nie jest dla mnie, mam zastrzeżenie cały czas do tej samej ilości oczek w miejscu palców i na wysokości pięty. Jeżeli w przypadku całkiem gładkiej skarpety nie ma to specjalnie znaczenia, to już przy tak skromnym wzorze widać, to o co się czepiam. Skarpeta przy palcach jest luźna a na wysokości pięty brzydko się rozciąga, tam zwyczajnie oczek jest za mało. Można oczka dodawać po bokach stopy i dochodząc do pięty mieć ich więcej ale jak to później wyregulować powyżej kostki gdzie powinno być dość wąsko.


 Trochę mało widoczne te wzorki ale i tak widać jak z łezki wzoru robi się jajo w przeciwnym kierunku. Chyba jednak pozostanę przy robieniu skarpet tradycyjnym sposobem a przynajmniej moich skarpet bo nie ukrywam ta metoda może się podobać,  można ją naprawdę lubić za prostotę i elegancję wykończenia palców i pięty.


W ramach wyrzucania przetartych skarpet po zimie, której nie było :) mam zamiar zrobić jeszcze jedne dla siebie a później będę pruć sukienkę ale o tym napiszę następnym razem.


Pozdrawiam Was niedzielnie

niedziela, 16 lutego 2020

Trochę przędzenia

Ostatni tydzień przędłam, może nie tyle ile bym chciała ale jednak udało się i to całkiem sporo jak na moje ostatnie poczynania. Najpierw jednak pokażę motek, który powstał trochę wcześniej a jest połączeniem runa bfl oatmeal, szczypty białego runa bfl i jedwabiu puduncle -to ten jedwab o zabarwieniu cyny.  

Bardzo długo musiałam czekać by spróbować prząść ten jedwab ale w końcu się udało, przędzenie samego jedwabiu byłoby rewelacyjną przygodą ale ten jedwab cenę ma jaką ma, a przy 20 gramach nawet nie wiem do czego bym wykorzystała taką minimalną ilość. 

Jedwab Puduncle
 Postanowiłam ten pięknie błyszczący jedwab wmieszać w runo i takim sposobem mam motek prawie 100 gramowy cieniutkiej 3 -nitki w tradycyjnym wydaniu, o długości 498 m. Przy takich parametrach mogę się pokusić o rysowanie następnych rękawiczek :) To było jedno z przyjemniejszych doznań przy przędzeniu pomimo mieszania na gręplarce runo z jedwabiem sunęło bez niespodzianek pomiędzy palcami. 



Realizując ostatnie zamówienia ze sklepiku musiałam zwinąć dość sporo jedwabiu sari, zwija się go źle, nawet bardzo źle. Nitki przez powtórne gręplowanie są bardzo krótkie wiec chwila nieuwagi i się rwie, a dostałam ten jedwab w jednym wielkim "kołtunie". Pomimo moich starań nie uniknęłam kilku potknięć ale nie tylko ja, dostawcy narobili również sporo kawałków, wiele z nich nie nadaje się do sprzedaży. 




Stojąc nad tymi kawałkami doszłam do wniosku, że mam sporo resztek czesanki i można by coś z tego razem zrobić. Takim to sposobem przygotowałam prawie 500 g resztek w ciemnym brązie oraz strzępy jedwabiu. Runa to Corriedale, Shetland, Merynos, Zwartbles i alpaka surii (resztka surowego runa z toną paprochów ale żal mi było wyrzucić - na zdjęciu nie figuruje bo po co straszyć :)


Całość podzieliłam na 6 partii, bo tak wygodniej i równomierniej poddaje się mieszaniu, dodatek ok 10 g jedwabiu przy 60 -70 g wełny jest bardzo solidnym akcentem kolorystycznym.


 Przędę tradycyjną 3 - nitkę (ostatnio moje ulubione wykończenie czesanki) nitka po złożeniu jest dość gruba na druty 5,5 lub nawet 6 ale jej tweed'owy charakter w tej grubości wygląda najlepiej.


Jedwab, którego użyłam do tej czesanki nazywa się Amazonia, mieszanka to przewaga ostrego różu, pomarańczu, seledynowych zieleni oraz drobin innych kolorów.  Już na etapie mieszania wiedziałam, że nitkę połączę z moherem zalegającym dobrych kilka lat w szafie. Moher miał kolor ecru, gatunek raczej średni bo zamiast dodatku jedwabiu ma poliester lub nylon (nie mam etykiety a w sprzedaży już nie figuruje to był jakiś YarnArt). W jasnej formie moher mi nie pasował na razie postanowiłam ufarbować na "las deszczowy w mglistej poświacie" czyli taki rozmyty petrol.



Moher przyjmował farbę bardzo opornie, nawet mam wątpliwości czy nie ma tam więcej czegoś sztucznego co nie barwi się w kwasowych farbach. 
Motki uprzędłam już trzy z sześciu przygotowanych partii czesanki, jeden wyprałam i zrobiłam próbę z moherem, kto wie może być całkiem ciekawy sweter. Pewnie się o tym dowiecie jak powstanie a powinien bo włóczek czekających na dziewiarskie realizacje mam prawie tyle co mały sklep.



Robiąc rękawiczki z poprzedniego wpisu odczułam dotkliwy brak właściwych drutów. W rozmiarze poniżej 2 mm druty bambusowe nie występują, z wiadomych przyczyn. Z powodzeniem zastąpiłam je karbonowymi ale jak w przypadku 1 i 1,25 nie mam zastrzeżeń to już 1,5 i 1,75 są drutami nie dla mnie bo mają metalowe końce. Na połączeniu metalu z karbonem podczas dziergania wydobywa się denerwujące mnie chrupanie, na dłuższą metę tak wkurzające, że zamiast doświadczać przyjemności z dziergania zaczynam się irytować. Na próbę kupiłam metalowe druty z żyłką bo same metalowe mam i też mi nie pasują są za śliskie, a zbieranie zsuniętych przez przypadek dziesiątek minimalnych oczek nie jest przyjemne.


No cóż motek mam, druty też tylko wzór znaleźć i można następne rękawiczki czynić w sam raz na lato będą :)

Pozdrawiam Was niedzielnie.


niedziela, 9 lutego 2020

Do kompletu

Ileż to razy się przekonywałam, że robienie planów rozśmiesza nie tylko Stwórcę ale również resztę świata :) A miałam planów sporo, cudnie wolny czas jak się nagle zaczął tak raptownie się skończył, nawet nie zdołałam się nacieszyć planowaniem a co dopiero realizacją :( 
Niestety posypało się dzierganie, przędzenie i szycie, w wieczornych godzinach dziergałam rękawiczki a reszta czeka na nowy przypływ wolnego czasu.



Rękawiczki to trochę moja fanaberia, mam ich przecież całkiem sporo ale lubię mieć pasujące do czapki lub szalika o czym pisałam wcześniej. Szalik dostał czapkę, a czapka czekała na rękawiczki :)


Pokazywałam wcześniej już ufarbowaną czesankę pod te rękawiczki, jest to runo nowozelandzkie jagnięce, ładnie przyjmuje barwnik, do tego przędzie się wyśmienicie i jest na tyle mocne, że nawet po dłuższym użytkowaniu wygląda dobrze. 


 Rodzaj farbowania narzucił sposób przędzenia, nie chciałam tonalnych przejść bo taki układ w rękawiczkach się nie sprawdza, chyba że ma się szczęście jak Asia :)  Postanowiłam uprząść fraktala ale fraktal to dwie nitki a ja chciałam trzy, uprzędłam udawanego fraktala.  Podzieliłam czesankę na trzy części, dwie uprzędłam tak jak były a ostatnie pasmo podzieliłam na 8 pasków i je uprzędłam kolejno.
Teraz wiem, że lepiej byłoby dwa pasma podzielić jedno na osiem pasm a drugie na 4 wtedy wyszło by coś na wzór tweedu a tak jednak cieniowanie jest widoczne.


W motku (mokrym) włóczka wyglądała całkiem przyjemnie i gdy tylko był suchy od razu przewinęłam bo ciekawość układu kolorów nie dawała mi spokoju.


 Rękawiczki miały być zupełnie proste przez tą niejednolitą kolorystycznie wełnę ale kusił mnie jakiś drobny detal, wzorek, taki drobiazg. Zanim zaczęłam przeglądać książki, trafiłam w internecie na takie rękawiczki autorstwa Julii Mueller i już wiedziałam, że ten drobny wzorek odszedł w niepamięć bo rzadko się zdarza tak dobrze rozpisana rękawiczka.


 Wzór jest darmowy, więc jak ktoś pragnie dobrze dopasowanej rękawiczki to niech się tej przyjrzy, jedynie ktoś o bardzo małych dłoniach może mieć problem, to jednak dość spore rękawiczki a zróżnicowanie na rozmiary niewiele daje.


Zmieniłam tylko sam początek, nie podobały mi się te wielkie guzy, więc u mnie drobny ząbek, który tworzy taką kryzę ale o dziwo wygląda to bardzo dobrze. Kciuk nie tworzy się przez dodawanie klina na wnętrzu dłoni ale przez dodawanie oczek na wierzchu dłoni - i to działa. Najważniejsza rzecz to zróżnicowanie poziomów palców dłoni, w rękawiczkach ze wzorem bardzo trudno zastosować obniżenie małego palca, bo trzeba przyciąć wzór ale tu ten problem jest rozwiązany przez rozchodzenie się wzoru na boki i można zrobić te 3 rzędy więcej pod palce wskazujący, środkowy i serdeczny. To na prawdę dobra konstrukcja rękawiczki, już kiedyś pisałam o tym "szyciu na miarę" to jest właśnie taki wzór. 


Rękawiczki wyglądają przyjemnie dla oka, wzór pomimo niejednolitej wełny jest widoczny i dodaje im szyku. Lewa rękawiczka jest bardziej jednolita w kolorze, w prawej mieszanie czesanki nie pomogło na cieniowanie palców ale zmieniać nie mam zamiaru. Na pewno są niepowtarzalne :)


 Mnie się podobają a jeszcze bardziej podoba mi się, że pomimo oporów do udziwnień rękawiczki pasują doskonale i to nie tylko do czapki i szalika ale również dłoni.


 Z rzeczy planowanych ale dziwnych udało mi się wszyć ochraniacze anty- smarwatch'owe w sweter PM. Normalny zegarek g-shock nie miał nic do spodnich nitek wzorów wrabianych ale PM zegarek zmienił na mądrzejszy tylko nie dla swetra.  Jedyne co usłyszałam to : "Zrób coś bo się czepia"


Trochę to trwało zanim obmyśliłam strategię ale jedyne co mi sensownego przyszło do głowy to po prostu wszyć do środka rękawy z dżerseju możliwie najcieńszego. Teraz jeszcze wszyję jakiś ocieplany brzuszek i plecki i kurtka gotowa :)



 PM na razie nie marudzi bo zrobiło się chłodniej ale jak będzie cieplej to sweter pójdzie w odstawkę.

Pozdrawiam Was niedzielnie :)

PS. Rękawiczki po teście - są bardzo długie, wzór gubi się pod rękawem kurtki i widać tylko wierzch dłoni i palce.
PM czepia się teraz plecków w swetrze - jak nic będzie kurtka lub następny "leżakujący" :(


niedziela, 26 stycznia 2020

O skarpetach

 Korzystając z bogatszego w czas wolny stycznia nadrabiam zaległości w dzierganiu, przędzeniu, farbowaniu,  a chyba na przyszły tydzień też w szyciu. Mało co, tak cieszy jak czas spędzony na tym co lubię robić, oby trwał jeszcze trochę bym nasyciła to niespełnienie w rękoczynach :)


Wspomniane ostatnio skarpety prezentują się tak jak widać, są białe, drobny wzorek zapożyczony z  książki o tradycyjnych skarpetach pod nazwą "skarpety z zegarkiem" oryginał pokazałam tu. Oczywiście wzór musiał ulec modyfikacji bo to skarpety robione od palców celem testowania tego sposobu.


Włóczka to moja 3-nitka w 2/3 składająca się z szetlanda z jedwabiem, jakieś 50 % na 50 % a trzecia  nitka to Bfl superwash. Nitka to tradycyjny 3-ply ale teraz myślę, że mogło to być jednak opposing-ply, poddaję w wątpliwość trwałość tej delikatnej pięty.


 Skarpety zrobiłam nie tylko z myślą o udowodnieniu "wyższości" metody z tradycyjną piętą ale również przez rzecz prozaiczną, gładka i niewzmacniana pięta szybciej mieści się w butach niż ta tradycyjna i to jest duży plus tej metody. Włóczka z dużą porcją jedwabiu też jest znacznie cieńsza od tradycyjnej skarpetowej 100 g/ 420 m ale podwójnie robiona pięta nawet z dużo cieńszej nitki, dyskwalifikuje skarpety bym wkładała je do botków.


 Rzecz, która bardzo mi się podoba w skarpetach od palców zaczynanych - to same palce :) Skarpety robione od góry trzeba na palcach jakoś zakończyć i pomimo, że zawsze zbieram żywe oczka, wewnętrzny szew istnieje. W skarpetach zaczynanych od palców jest idealnie płynne przejście - wygląda to naprawdę bardzo elegancko. Na razie skarpety ubrałam raz, właśnie do botków więc nie mogę nic więcej powiedzieć ale trzymają się dobrze stopy i nie okręcają, trwałość pięty wymaga dłuższego testowania. Przy braku wzoru wrabianego ta sama ilość oczek przez całą długość skarpety nie przeszkadza. Mam zamiar zrobić sobie skarpety tą metodą we wzory wrabiane i zobaczymy bo to może okazać się mniej wygodna wersja.



Z racji świętowania w styczniu urodzin zażyczyłam sobie książki, jedna już przyszła więc mogę się pochwalić.  Kupując książki o skarpetach zawsze ją pomijałam bo to przecież "master class", bałam się jakiś udziwnień, lub skarpet tak skomplikowanych w dzierganiu, że po zrobieniu takich strach w nich chodzić, by nie zrobić w nich dziur. 



Ciekawość jednak była silniejsza niż niechęć do udziwnień :) Udziwnienia są, są w tej książce chyba wszystkie sposoby na piety i palce, które znam i, o których wiem ale przede wszystkim wzory na zwykłe skarpety. Pewnie coś mnie skusi z udziwnień ale raczej spodziewajcie się tradycyjnych w kształcie skarpet. Na razie kartkuję, napawam się, przeglądam i poczytuję, jako wyznawca czytnika książek nie wyzbyłam się miłości do tradycyjnej formy :)


Na kołowrotku nitki w kolorze mojego szala i czapki z poprzedniego wpisu, celem zrobienia pasujących rękawiczek do kompletu. Uprzędziony motek to merynos farbowany w indygo. Jeszcze bez w pełni skrystalizowanych planów ale pewnie skończy w jakiś rękawiczkach z drobnym wzorkiem. 



Pozdrawiam Was niedzielnie :)