niedziela, 2 sierpnia 2020

Spodnie

Pięknie Wam dziękuję, za miłe słowa pod poprzednim postem, w którym prezentowałam nie do końca udany szal. Wpadłam na pomysł zrobienia sobie dwóch takich szali, jak przeczytałam, że są one często używane jako szale do chrztu i przechodzą w rodzinie z pokolenia na pokolenie. Mam dwóch synów stąd pomysł zrobienia dwóch szali, nie wiem czy dam radę zrobić następny aż tak wymagający ale jednego nie mogę mieć, więc całkiem możliwe, że za jakiś pięć lat znowu będzie taki wpis :) Taki szal to właściwie "zbytek" ale jakże miło posiadać coś zupełnie niepraktycznego ciesząc się samym faktem posiadaniem rzeczy, która może kiedyś zachwyci jakiegoś potomka. Sam pomysł rzeczy, które są w rodzinie przez wiele pokoleń jest mi bliski, szafa którą komplementowałyście przy okazji szala jest jedną z wielu rzeczy, które są po moich babciach. Mam całkiem sporo babcinych mebli i o dziwo w dalszym ciągu służą bez jakiś wielkich awarii, wprawdzie nie mają cichego domykania, szuflady i drzwi poskrzypują, krzesła trochę wysiedziane ale w dalszym ciągu dobre i pewnie te stuletnie meble mnie przeżyją i dostarczą radości jeszcze komuś - oby tak było. 


Przez te maski więcej szyję niż przędę, z szyciem pewnie tak jak ze wszystkim, im częściej się szyje tym się czuje pewniej w tym co się robi (tylko nie ja :) Samo szycie jest właściwie całkiem przyjemne w porównaniu z krojeniem materiału, fastrygowaniem, ciągłym prasowaniem - w ogóle te wszystkie czynności wokół "szyciowe" wyzuwają ze mnie chęć do szycia bardziej niż samo szycie.
Szyjąc sporo prostych rzeczy po pewnym czasie chce się sprawdzić ile właściwie się potrafi, takim to sposobem zachciało mi się uszyć coś bardziej wymagającego. 
 


Letnią porą chodzę w lnianych spodniach, mam 6 par ale żadne nie są doskonałe (te doskonale zachodziłam na "śmierć") zawsze coś nie tak ale główne wady to brak kieszeni lub kolor (najczęściej ecru albo biel). Będąc w sklepie z tkaninami kupiłam kawałek lnu w kolorze jasnej oliwki niestety po dekatyzacji okazało się, że będę kroić na styk, bo materiału już nie ma by dokupić :( 



Wzór kupiłam w Burdzie (e-wzór) do wydrukowania na drukarce domowej, PM wydrukował mi na wielkim formacie przy okazji drukowania jakiejś reklamy więc minęło mnie sklejanie 30 kartek A4. Kiedyś dawno temu jak Burda była tylko w języku niemiecki szycie mi się wydawało o wiele prostsze i bardziej intuicyjne, polski opis niewiele wniósł i szyłam na podstawie spodni, które mam i filmików ze strony Burdy - je mogę polecić. 



Wszywanie zamka z filmem instruktażowym okazało się zupełnie bezstresowe, i z tego jestem zadowolona ale kieszenie nie do końca mi się podobają bo użyłam jako wnętrza śliskiej podszewki z satyny bawełnianej i kieszenie żyją własnym życiem, lepszy byłby ten len szczególnie, że jest bardzo cienki.


Następna rzecz, która mi się nie podoba to brak paska, myślałam, że będzie prościej w szyciu bez tego paska i pewnie tak jest ale nie podoba mi się wykończenie we wnętrzu spodni. Niby wszystko zgodnie ze sztuką krawiecką, nawet od siebie dodałam sztywnik by lepiej trzymał się pas ale i tak mi się to nie do końca podoba chociaż mam dokładnie tak samo wykończone spodnie sklepowe. 



Spodnie są szerokie, przewiewne i takie jak powinny być spodnie na letnią pogodę, szyłam dwa popołudnia. Materiał, nici i zamek kosztowały ok. 50 zł trudno stwierdzić czy jest to jakaś opłacalna procedura ale na pewno daje uczucie lekkiej satysfakcji z poszerzania własnych umiejętności.
Zdjęcia wszystkie na płasko bo zrobienie sobie zdjęcia w spodniach jest ponad moje umiejętności a nie było nikogo w domu do pomocy.


Skoro mam już lniane letnie spodnie to wypadałoby mieć do nich odpowiedni sweter na chłodniejsze wieczory:) Dostałam od Inkarny cewkę włoskiego lnu i robię oversize'owy sweter, zupełnie prosty, dekolt w szpic, rękawy też całkowicie proste, taki trochę niechlujny ale powinien do odprasowanych spodni lnianych pasować i to do wszystkich które mam :)





Wyprana próbka pokazała, że nie powinno się właściwie nic zmienić w rozmiarze,  rustykalny charakter też bez zmian. 



Pozdrawiam Was niedzielnie patrząc z niedowierzaniem na datę, że to już sierpień. 


niedziela, 19 lipca 2020

Titanic

Dawno temu był taki blog o estońskich szalach, wtedy zaczęła się moja fascynacja tą zupełnie niepraktyczną formą dzianiny. Popełniłam kilka estońskich szali ale o wiele bardziej zafascynowała mnie koronka szetlandzka a raczej fakt, że z runa owiec rasy Shetland można uprząść nitkę i zrobić taki szal, takie płynne przejście od runa po gotowy wyrób to coś dla mnie,


Koronka szetlandzka ma jeszcze jedną zaletę robi się ją cały czas prawymi oczkami czyli minimum wysiłku, przynajmniej w moim przypadku bo muszę zawsze pilnować naprężenia nitki przy lewych oczkach. Zaletą takiego przerabiania jest też to, że wzór jest bardziej kwadratowy niż prostokątny jak w przypadku prawej i lewej strony.


Zafascynowana nitkami jakie przędzie pod koronkowe szale Margaret Stove kupiłam jej książkę, pierwsze co zrobiłam to małą trójkątną chustę ze sklepowej włóczki, podobała mi się ale jeszcze bardziej mi się podobał ten sam wzór z mojej przędzy. Zachęcona tym, że jakoś tak sprawnie i przyjemnie mi się uprzędło nitkę pod chustę postanowiłam uprząść jej więcej pod znacznie poważniejszy projekt. 



 Zamówiłam specjalnie pod ten szal mieszankę rasy Shetland i jedwabiu morwowego (75% / 25%), było tego 500 g więc spokojnie miało starczyć. Zaczęłam z wielkim zapałem ale zaraz na początku zrobiłam coś czego nie powinnam robić. Zamiast uprząść całą nitkę to uprzędłam część i już zaczęłam robić szal, bo przecież w trakcie dziergania doprzędę resztę. No i stało się to co często mnie dopada przy wielkich projektach wzór zapamiętałam i zaczął być nudny, robótka poszła do leżakowania bo ja znalazłam coś bardziej interesującego. 


W międzyczasie posłałam kilka próbek mieszanki celem pochwalenia się jaka świetna, później uprzędłam z niej nitkę pod rękawiczki w dodatku ufarbowałam na kolorowo i do dzisiaj leżakuje bo jednak to nie to.
Co pewien czas wracałam do szala przerabiałam tak długo aż mnie nie znudził by znowu mógł spokojnie leżakować do mojego następnego zrywu.


No i pewnego dnia doszłam do wniosku, że jak tak dalej pójdzie to zdążą mole go pociąć nim skończę więc mocne postanowienie, już bez wymówek trzeba kończyć. Uprzędłam resztę czesanki na 2-nitkę i dziergałam tylko, że brakło !!!
Tak sobie myślałam nie przędę tak dobrze jak Margaret, ani nie mam się co porównywać z 2-nitką maszynową na tego typu szale (100 g -1200m, 2-ply) no i uszczknęłam z tej mieszanki niejednokrotnie. 
Musiałam ostatni koronkowy bok zrobić z nitki już z samego runa Shetland, w dodatku trochę jaśniejszego co dokładnie widać (na zdjęciach też) , po dłuższym czasie powinno się wyrównać kolorystycznie ale już sama świadomość drażni.  



Ale to nic w porównaniu z odkryciem jakie poczyniłam w trakcie czynienia tego ostatniego boku koronki ...
Szal jest kwadratowy zaczynamy od zrobienia całego dolnego pasa koronki i rożków, później  nabieramy oczka wzdłuż wewnętrznego boku koronki i przerabiamy: boczną koronkę, wnętrze szala i drugą koronkę, jak dochodzimy do końca to przerabiamy tylko koronkę zamykającą zbierając oczka wnętrza szala. I tu ujawnia się "dziewiarska katastrofa na miarę Titanica" :)
Przy nabieraniu oczek na pierwszy bok koronki solidnie się pomyliłam bo o jakieś 50 oczek a raczej o 10 rombów, niestety odkryłam to dopiero próbując policzyć jak powinnam zbierać te żywe oczka na samym końcu. By poprawić ten błąd powinnam spruć cały szal do pierwszego  koronkowego brzegu a na to nie miałam siły, postanowiłam skończyć w takim stanie jak jest, uprać i ułożyć a później zdecydować co z tym zrobić.
Z kwadratowego szla zrobiłam prostokąt, szal jest olbrzymi bo to prawie 4 metry kwadratowe, ciężki, bardziej kocyk niż zwiewna koronka jedyna pociecha to to, że nitki powinno zostać bo szal ma o 1/3 więcej oczek środka - ciekawe czemu mi się tak dłużyło przy nim :)
Przy układaniu musiałam dwa boki bardziej rozciągnąć by pomieścić te dodatkowe oczka.


Właściwie to jest miły dla oka, trochę nieforemny przy złożeniu w trójkąt ale to nie ujmuje mu urody tak jak jeden błędny romb, który ujawnił się dopiero przy suszeniu,  chociaż on też ginie przy złożeniu dzianiny.
W tej chwili mam mieszane uczucia - ulgę, że nareszcie skończyłam wiecznego UFO'ka ale ta porażka rachunkowa długo będzie mnie męczyć.


Pozdrawiam Was niedzielnie powolutku tonąc jak Titanic z dziurą w wierze własnych umiejętności. 

niedziela, 12 lipca 2020

Idzie Nowe

Pod tym tytułem poszły w świat maile na wszystkie adresy klientów ze sklepiku, część wysłałam ręcznie z poczty w komputerze, bo mailing w starym sklepie nie dostarczył. 
Nie lubię zmian, jak coś dobrze działa to nie ma sensu tego ruszać, dotyczy to wielu rzeczy które posiadam, nie gonię na siłę za nowościami ale niekiedy zmiany są konieczne. Nawet nie wyobrażacie sobie jak trudno mi było podjąć tę decyzję ale ta zmiana prędzej czy później musiała nastąpić. 



Sklepik potrzebował nowej odsłony, stary niby działał ale w dzisiejszych czasach wymaga się od takiego sklepu więcej. Przede wszystkim jak kupujemy w internecie to chcemy jak najdokładniej widzieć na monitorze to co kupujemy, w starym sklepie mogłam umieszczać zdjęcia mniejsze niż 400 K, teraz zdjęcia są trzy razy większe o większej rozdzielczości i to już jest wystarczający powód by zmienić platformę. 


Poza jakością zdjęć, uważam  nawigację w nowym sklepie za bardziej intuicyjną, bardziej czytelne komunikaty, no po prostu powinno być łatwiej. Tego czego sama nie lubię to rejestracja w nowym sklepie, niestety w żaden sposób nie dało się przenieść bazy adresowej i raczej tego nie powinno się robić więc przykro mi ale trzeba się będzie na nowo zarejestrować.  Tak jak pisałam w mailu osoby, które mają u mnie stały rabat proszę o kontakt po założeniu konta w nowym sklepie ale przed zrobieniem pierwszego zamówienia bym mogła ten rabat im znów przypisać. 



Lato to raczej czas kiedy ostatnią myślą jest czesanka wełniana ale tegoroczne lato  jest bardzo kapryśne - od afrykańskich upałów po angielskie chłodne mżawki,  mój czas wolny przez pandemię się wydłużył więc mogłam się poświęcić w 100 % przeprowadzce, takim to sposobem przeprowadzka stała się faktem.  Są jeszcze takie osoby, które dziergają i przędą jak to się kiedyś robiło - latem odzież na zimę a zimą coś na lato więc może dla nich letnie promocje w wełnianym sklepie będą miały sens. 
Postanowiłam, że przez najbliższe dwa tygodnie w ramach promocji na nowe otwarcie będzie darmowa wysyłka przy zamówieniach powyżej 50 zł - prawie jak taki "smart" z allegro - zapraszam :)


Zdjęcia w dzisiejszym wpisie to nowe batty, które są dostępne w sklepiku a z racji pięknych i wyjątkowo intensywnych kolorów wstawiłam je jako ozdobę tej komercyjnej informacji. 


Pozdrawiam Was niedzielnie. 


sobota, 4 lipca 2020

Mandala

Potrzebowałam wałka do jogi, ze względu na parszywy ból związany z zaawansowaną dyskopatią i obrzękiem szpiku kostnego w lędźwiowym odcinku kręgosłupa muszę ćwiczyć ale tak by nie pogorszyć sprawy a do tego potrzebny wałek.  W dzisiejszych czasach kupić można wszystko we wszystkich kolorach, rozmiarach i co tam sobie wymyślimy. Doszłam jednak do wniosku, że wałek zrobię sobie sama.  Po pierwsze koszt wałka z wypełnieniem z łuski gryczanej zaczynał się od 70 zł, po drugie kusiła mnie próba uszycia samemu, a po trzecie nie ma szans by znaleźć wałek z takim haftem :)




Od razu wiedziałam, że jak ozdobię wałek to będzie to coś stonowanego i eleganckiego bo skoro takie super zdrowe wypełnienie to poszewka też z naturalnego lnu, a do lnu w naturalnym kolorze pasują moje ulubione kolory piasku, kamieni i błota. 
Mandala zajęła mi ponad 4 godziny przy programie hafciarskim, pomimo powtórzeń elementów samo rysowanie było dość kłopotliwe, wiele drobiazgów i konieczność zachowania kolejności haftu poszczególnych elementów narzucały wolne tempo pracy. Sam haft zajął hafciarce 88 minut, a że jest z dwóch stron to mamy prawie trzy godziny pracy - za to efekt bardzo mi się podoba :)





Łuskę gryczaną zakupiłam na allegro w cenie 4,50 zł za 1 kg, kupiłam 9 kg, do wałka zużyłam jakieś 5 kg resztę mam zamiar wykorzystać w poduszce pod głowę ale to już inna opowieść.  By wałek powstał najpierw musiałam uszyć wsyp aby w nim umieścić łuskę, wsyp jest z płótna z dodatkiem czegoś sztucznego (stare zapasy mamy). Wsyp jest podwójny bo to jednak prawie 5 kg a zdjęcie pod spodem obrazuje jak ładnie łuska się sypie po okolicy przy wypełnianiu wałka. Wałek będzie używany dość solidnie więc lepiej by nie pękł. 





Średnica to ok 20 cm a długość 70 cm, jest to dość sporych rozmiarów wałek ale takich się używa do ćwiczeń by odciążyć kręgosłup lędźwiowy. Kupię jeszcze lnu na drugą poszewkę ale ją zrobię bardziej tradycyjnie, czyli coś na kształt worka marynarskiego bo tą ubiera się kłopotliwie pomimo 55 cm zamka, w dodatku muszę doszyć jakiś uchwyt bo źle się wałek przenosi. 



Z krytych zamków mam w domu czerwone, groszkowo-zielone i żółty - stanęło na żółtym bo po "pasowny" w kolorze musiałabym się wybrać na miasto a powierzenie PM zakup zamka w kolorze naturalnego lnu skończyłoby się podobnie jak z tym żółtym :)
Po tym szyciu doszłam do wniosku, że może już jestem gotowa by zabrać się za uszycie lnianych spodni. 


Skończyłam najbardziej pracochłonną część przenosin sklepiku, wszystkie czesanki, przędze i batty są już w nowym miejscu, teraz muszę skonfigurować płatności, przesyłki, maile, uzupełnić stany magazynowe tak by wszystko było gotowe na nowe otwarcie. 



Do sklepiku trafią nowe mieszanki, które powoli powstają bo niby wiem co chcę namieszać ale jak porozkładam wszystkie kolory to trudno zdecydować co z czym wymieszać. Jeszcze chwila i zobaczymy czy nowe niesie ze sobą to czego się po nim spodziewam - bezproblemowe  i intuicyjne działanie. 


Swetra w celtyckie wzory przybywa wolno ale do zimy powinnam zdążyć, miałam w planach zrobić latem jeszcze jeden sweter dla PM ale w tym roku nie było promocji w Drops'ie więc dziergam bez wyrzutów sumienia wolno własny sweter. Muszę bardzo uważać bo ostatnio coraz częściej przyłapuję się na tym, że popełniam błędy i to takie załamujące,więc dziergam w pełnym skupieniu. 



Pozdrawiam Was niedzielnie. 

niedziela, 28 czerwca 2020

Przeprowadzka


Jak nie piszę to robię coś o czym trudno pisać by nie zanudzać ale wygląda na to. że przez jakiś czas nic nie będzie skończone ze świata robótek by się chwalić. Ponieważ jeszcze przez dłuższy czas będę się zajmować tym czym się zajmuję więc czas na kończenie rzeczy blogowych zostanie zaanektowany. Postanowiłam zrobić wielką przeprowadzkę :)
Już od dłuższego czasu myślałam o zmianie sklepiku, nawet nie to, że się opatrzył, wielkiego wyboru "skórek" nie ma za mały comiesięczny abonament ale działa ze zgrzytami. Maile o nowych zamówieniach nie przychodzą, płatności nie zawsze działają i pomimo interwencji ponoć wszystko jest w porządku. 




Stara wersja nawet po liftingu nie do końca mi się podobała, dużo w tym mojej winy, opisy w różnych formach z różnymi krojami pisma, zdjęcia produktów w zależności od nastroju a to na stoliku lub stole, a to taka serwetka lub inna, część w namiocie bezcieniowym czyli sieczka. Sam sklepik oferował mało możliwości jeśli chodzi o personalizację. Tak może ze dwa lata chodziłam i marudziłam, że ten sklepik widziałabym inaczej. Dziecko znalazło mi platformę z ofertą sklepiku, w dodatku  bez miesięcznej opłaty :) tzn. są różne wersje ale po co od razu płacić jak można przetestować i zobaczyć czy to spełni moje i klientów oczekiwania, a jak będzie wszystko dobrze do można pomyśleć o abonamencie. 

nowa wersja ale na razie w fazie testów 


Tak to przez prawie dwa tygodnie robię zdjęcia wszystkich czesanek w namiocie bezcieniowym, przy ostatnich deszczowych i pochmurnych dniach było trochę kłopotu z dobrym światłem ale zdjęcia pokazują bardziej realne kolory. Później cały zastaw zdjęć obrobiłam w Photoshop'ie by wszystkie miały ten sam format. Do tego prawie 4 dni wprowadzania produktów do nowego sklepiku, niektóre opisy też były do poprawy. Jeszcze nie wszystko gotowe ale jak będzie pewnie się dowiecie bo na nowe otwarcie starego sklepu trzeba będzie przygotować jakieś słodycze :)
Mam pełno wątpliwości ale  nowa forma graficzna już mi się podoba a nawigacja w sklepiku też mi się wydaje wygodniejsza i bardziej intuicyjna, oby tylko klientki podzielały moje zdanie. 

Z rzeczy innych to :

Zrobiłam zamówienie na wełnę w Niemczech tak wiec w sklepiku znowu jest "Lis Polarny", Wensleydale 31 mic, Chubut i to czego jeszcze brakowało. Zakupiłam również jedwab morwowy w wersji "brąz". 


Będzie to pozycja tylko w nowym sklepiku ale polecam go Waszej uwadze jak sklepik uruchomię,  bo kolorem przypomina bardzo drogi jedwab Muga a fakturą jedwab Puduncle ( oczywiście w Niemieckim sklepie informacje więcej niż skąpe skąd takie włókno) 




Kupiłam też ponad kilogram różnokolorowych czesanek bo mam zamiar zrobić kilka battów jako osobną kategorię w nowym sklepiku.  Tą przyjemność zostawiam sobie na koniec bo jak teraz zacznę się bawić w mieszanie to sklepiku nigdy nie przeniosę. 



Pomiędzy burzą, ulewą a mżawką zebrałam pierwszy bukiecik lawendy, o dziwo w tym roku nie zauważyłam ani jednego mola ale ilości lawendowych "okładów" dla wełnianych zapasów mam imponujące w dodatku wspomagam się tym co oferuje drogeria.



Wspominany ostatnio materiał na sukienkę leży nienaruszony, za to ja po wyprawie do miasta po firanę by uszyć siatkę na owady do drzwi balkonowych wróciłam z kawałkiem lnu na spodnie, nawet nici, zamek i wykrój  już mam nic tylko szyć :) Na razie udało mi się uszyć tylko siatkę na owady, te ze sklepu są za krótkie do moich drzwi więc muszę szyć sama. 




Będzie jeszcze inne szycie ale muszę kupić łuskę gryczaną na wałek do jogi. Po wielu latach rozstałam się ze starą matą za 30 zł, służyła dobrze ale już nie dało się jej doczyścić i zaczęła się strzępić pod dłońmi. Tym razem mata (Manduka) kosztowała ponad 10 razy więcej ale ponoć to mata z dożywotnią gwarancją, przy moim zdewastowanym kręgosłupie nie mam wyboru muszę ćwiczyć. Matę wstawiam tutaj bo zauważyłam, że blog jest bardzo dobrym notatnikiem co i kiedy się wydarzyło :) 




Pozdrawiam Was niedzielnie i obiecuję, że następny wpis nie będzie taki o niczym :)


niedziela, 14 czerwca 2020

"Krowa z Marsa"

Bywa tak, że projekt jest przyjemny ale niepowalający, za to w połączeniu z tytułem i nazwą autora robi się atrakcyjny :) Tak było z skarpetami, których wzór (darmowy) znalazła Beata i udostępniła na FB.
Sama nazwa wzoru już mi się spodobała ale skoro zaprojektowała to "Krowa z Masa" to po prostu musiałam mieć takie skarpety. Bardzo lubię ludzi, którzy traktują z humorem  siebie i to co robią.


Skarpety są rozpisane na rozmiary bardzo dokładnie,  ale ze schematów bez czytania opisu też się da zrobić, wiec język nie jest tu przeszkodą bo wzór po angielsku. 


Włóczka, której użyłam to włóczka na skarpety z Aldi i mam nadzieję, że na następny raz przejdę obojętnie przy promocjach tego typu. Nie żeby była jakiejś podłej jakości po prostu jak się kupuje 50 g włóczki na skarpety za cenę 200 g w przypadku tej z Aldi (jeszcze druty dołożyli) to się czuje tę różnicę podczas dziergania. 


Gdyby nie kolor ni to szary ni beżowy, który mi wybitnie pasuje do nazwy tego wzoru to bym zrezygnowała z dziergania. Bardzo się namęczyłam by dokładnie nabierać oczka, ta włóczka ma wyjątkowy talent do nadziewania się pomiędzy nitki. Wiele oczek tak nabranych musiałam poprawiać, a niektóre zauważyłam dopiero w 2 lub 3 rzędzie niżej. Same skarpety po praniu zrobiły się mechate co trochę maskuje listwy boczne wzoru idącego do pięty 


Zdjęcia robił PM jak zwykle w biegu z minimalnym zainteresowaniem tematem, wiec praktycznie wszystkie tak samo wyglądające. Sam wzór polecam jako łatwy i przyjemny nie ma wzmacnianej pięty więc skarpety powinny do butów się mieścić. Po dwóch dniach cieplnej euforii pogoda wróciła do stanu pozwalającego przynajmniej mnie cieszyć się wełnianymi skarpetami na nogach. 



W dalszym ciągu szyję może nie tak intensywnie jak ostatnio ale miałam kilka naszywek do  przyszycia dla klientów więc maszyna stoi cały czas w pogotowiu.
Wspominałam ostatnio,  że muszę sobie uszyć fartuch kuchenny i może dalej bym o tym tylko myślała gdyby nie klient, który przyniósł do oznakowania fartuchy ze swojej restauracji miałam gotowy wzór. 
Przymierzyłam jeden z jego fartuchów okazało się, że jest całkiem dobry więc zrobiłam sobie wykrój wg tego fartucha i uszyłam własny. 





Materiał to zwykła surówka bawełniana, z której szyłam maski i nic mi nie przeszkadzał taki jednolity kolor ecru do momentu aż nie pomyślałam, że mogę zrobić sobie też jakiś napis :) Wszystkie napisy w stylu najlepszy kucharz- ...arka) wydały mi się nudne ale jak zobaczyłam to, to musiałam mieć :))





Nie wiem czy ktoś to skojarzy ale bardzo jestem ciekawa :D *


Moja PT również przędzie i jak widać całkiem sporo, wprawdzie to tylko same single bo nie mogę jej przekonać o wyższości wieloskrętu nad singlem ale wpadła na pomysł, bym jej ufarbowała te kilka motków i posłała mi tę kulkę na wzór !!!
Broniłam się przed tym farbowaniem bo wiem, że nie ma szans na ufarbowanie na ten sam kolor. W dodatku tę kulkę co mi posłała to runo jakiejś owcy świniarki lub w najlepszym razie olkuskiej a motki to Kent i South Amerikan więc nie ma szans na takie samo przyjmowanie barwnika. Ma w tym samym kolorze ale o 3 tony ciemniejsze ciekawe co z tego wyniknie, pewnie będę farbowała ponownie. Przy tym farbowaniu doszłam do wniosku, że nie pamiętam kiedy ostatnio ufarbowałam coś dla siebie i może czas na jakieś drobne szaleństwo. 




Pozdrawiam Was niedzielnie 


* Jeśli się okaże, że nikt tego nie kojarzy to wyjaśnię w następnym poście. 


niedziela, 7 czerwca 2020

Szyje się



Przez te maseczki maszyna do szycia znalazła się w centrum uwagi i nagle okazuje się, że mam do reperacji stos rzeczy.  Zaowocowało  to bardzo intensywnym  prawie dwu tygodniowym szyciem a raczej reperacją wszelkich uszczerbków na naszych ubiorach i nie tylko. Właściwie to wszyscy piszą  o szyciu i szyją :)



W tym ferworze szycia udało mi się uszyć komplet "osłonek" na krzesła kuchenne. Mam kilka okazyjnie kupionych materiałów w SH. Jak mam okazję i widzę sklep z używaną odzieżą to wchodzę by właśnie popatrzeć czy mają w ofercie jakieś tkaniny, są to najczęściej jakieś kotary, tym razem zdobyłam taką w kolorze lnu ale tylko kolorze, bo to bawełna z poliestrem,  z motywem abstrakcyjnej róży.




Materiału starczyło na cztery poduchy na krzesła oraz na dwie długie - na narożną ławkę kuchenną nie starczyło już na górę krzeseł ale w swoich zapasach znalazłam prawdziwy len z brakiem przeznaczenia, mogłam dopełnić ubranka i nowe doły mają też nowe ubranka na oparcia. Len był gładki,  by pasował nie tylko kolorem ale też wzorem to wzór mu dorobiłam. 




Zrobiłam zdjęcie wzoru, w programie hafciarskim narysowałam jedną abstrakcyjną różę, później tylko haft,  proste szycie i ubranka są.  Osłonki na siedziska mają podszewkę ale konstrukcja jest tak pomyślana by umieścić tam płaską poduszkę.


Tym razem poduszki mocuję na krzesłach za pomocą guzików a nie sznurków, wydawało mi się to praktyczniejszym rozwiązaniem niż wiązanie sznurków do czasu jak nie musiałam przyszyć 24 guziki. 


Kuchnia zyskała trzeci komplet ubranek a ja mam mniej jeden kawałek "leżakującego" materiału. 
Z resztek lnu po szyciu pościeli uszyłam brakującą poszewkę na moją poduszkę "do czytania"  w łóżku (45 x 45 cm) teraz mam cały komplet pościeli jednolity.  



Jeszcze zdjęcie wspomnianych maseczek z początków maratonu szycia - nie wiem czy będą  jeszcze potrzebne  ale te rozdaliśmy,  bo lepiej mieć i nie musieć nosić niż być zmuszonym do chodzenia i nie mieć. 


Wspomniany materiał na letnią sukienkę prezentuje się tak i jak widać mam nawet wykrój. Nie jest to dokładnie ten, o który mi chodziło ale bardzo podobny. Różni się od poprzedniego brakiem kieszeni ale może jak się dobrze skupię to wpuszczę jakieś w boczne szwy. Ten wykrój, którego nie ma jest z Burdy i to mi bardziej odpowiada bo nawet jeśli jest po niemiecku to ten język jest mi bliższy "szyciowo" niż angielski, w którym jest prezentowany wykrój. Mam nadzieję, że nie popełnię wielu błędów, chociaż  pogoda za oknami pokazuje, że okazji do chodzenia w tej sukience na razie nie będzie.  
Przed rzucaniem się na wielkie szycie sukienki muszę uszyć jeszcze fartuch kuchenny mam dwa ale tylko jeden w całości, drugi to taka zapaska a ja chyba jestem coraz mniej uważna bo przy gotowaniu zbieram "odłamkami" :)



Z powodu zimna celtyckiego swetra przybywa dość szybko obym się nie znudziła za szybko, strach pomyśleć o chowaniu tych wszystkich nitek. Dylemat kroju rękawów pozostaje nadal otwarty skłaniam się ku raglanowi ale te dopasowywanie w zbieraniu oczek na razie mnie pokonuje.


Bardzo potrzebowałam żyłki o długości 93 cm i jak to zwykle bywa samej żyłki przecież nie kupię pewnie będę musiała narysować jakiś wzór na nowe skarpety :)


Pozdrawiam Was niedzielnie.