niedziela, 18 października 2020

Na jesienne smutki

 Na smutki jesienne zawsze u mnie były jakieś słodycze, by tradycji stało się zadość powinnam jakieś candy zorganizować. W tym roku przy zwyczajnej szarudze jesiennej mamy jeszcze inne poważniejsze smutki więc może chociaż na chwilkę coś innego.

Tak sobie myślę, że bardzo odbiegłam z tematyką od głównego założenia, że miało być głównie o przędzeniu. Przędę mało, a jeśli już to runo, które znam i lubię czyli opisane z każdej strony. Muszę trochę poprawić swój wizerunek prządki wiec organizuję candy bardzo tematyczne.




Tym razem nagroda jest jedna ale powinna się spodobać obecnym i przyszłym prządką - jest to książka "Spin, Dye, Sttich" - w bardzo przystępnej i skoncentrowanej formie opisuje każde z zagadnień. Nie jest to kompendium szczegółowej wiedzy ale raczej coś co naświetla temat jak zacząć lub przypomina jak coś się robi. Książka jest pełna zdjęć więc nawet prządka, taka jak ja nie władająca biegle językiem angielskim sobie poradzi. 
Do tej książki są dwa baty po 70 g.



Kolorystycznie takie same w bardzo jesienno-dyniowej tonacji ale z dodatkiem puchu z jaka, brązowej alpaki i cynowej poświaty jedwabiu puduncle, wełna to merynos 23 mic. 




Aby wziąć udział w losowaniu należy zostawić komentarz pod tym postem wyrażający chęć i czekać do ranka 1 listopada kiedy to złapię jakąś sierotkę i przymuszę do wylosowania jednej osoby :)


Pozdrawiam Was niedzielnie z nadzieją wypatrując poprawy pogody - cebule tulipanów muszę posadzić a zanosi się na sadzenie ryżu :(


niedziela, 11 października 2020

Drobiazgi


Mitenki, do których potrzebowałam bardzo cienko przędzionej alpaki suri są gotowe. Trafiły w miejsce docelowe i się podobają - co mnie cieszy. Cienko przędziona suri miała tylko jedno zadanie, dodać drobny włosek całej dzianinie. Ostatnio bardzo mi się podoba dzianina z drobnym włoskiem - miłym włoskiem :) Dodaje on dzianinie takiej przytulności, miękkości, chęci "miziania" jak zwierzaka z miłym futerkiem. 



Mitenki miały być bardzo proste, więc takie zrobiłam ale zamiast tradycyjnie kończyć ściągacz na prosto postanowiłam zrobić to trochę inaczej. Zaczęłam od wnętrza dłoni i w kolejnych okrążeniach zmieniałam stopniowo po dwa oczka ściągacza na prawe. Od wnętrza dłoni wyszła taka łezka w dół, która okala wnętrze z prawych oczek ściągaczem na nadgarstku. 


Wnętrze na tyle mi się spodobało, że postanowiłam w dalszym ciągu tak zmieniać oczka ściągacza w dżersej na wierzchu dłoni, kończąc skrzyżowaniem dwóch ostatnich oczek w delikatnym szpicu ściągacza. Na wierzchu ściągacz kończy się dość wysoko ale ładnie zbiera prawe oczka dżerseju, które robione po ściągaczu zawsze poszerzają dzianinę. Tym sposobem mitenka lepiej dopasowuje się do dłoni. Zastosowałam w tych mitenkach to co powinno być robione przy każdych dobrze dopasowanych rękawiczkach, zrobiłam mały palec i dorobiłam 2 rzędy więcej by dopiero później robić resztę palców. Tak dopasowane palce będą na pewno leżały lepiej, takie rękawiczki są "skrojone" na miarę, niestety często robię rękawiczki we wzory wrabiane i to bardzo psuje szyki przy rozrysowywaniu wzoru. 
Wszelkie niuanse z klinami przy kciuku też zastosowałam ale będę Was tym męczyć przy jaśniejszej dzianinie bo na tych zdjęciach z ledwością widać ściągacz, o którym piszę :( 


Mniej kłopotów miałam ze zrobieniem zdjęć ostatnio uprzędzionym nitkom, chociaż kolory też przekłamane. W ostatnim poście zastanawiałam się czy sposób ściągania batta z drumka ma wpływ na układ kolorów w nitce. Brązowa szpula to mieszaniec, środkowa ściągnięta przez diz, ostatnia w tradycyjny sposób. Jeżeli jest jakaś różnica w rozmieszczeniu kolorów - to ja jej nie widzę. 



Jedyne co musze przyznać, że ściąganie przez diz dało mi jedno długie pasmo, ładnie poluzowanej i rozciągniętej czesanki przez co przędło się o wiele przyjemniej. 


Nitka wyszła w wiosennej kolorystyce ale pierwsze skojarzenie do "mohito" też może być, drobne niedoskonałości związane z ponownym czesaniem są ale i tak uważam, że przędło się bardzo przyjemnie. Do tego ponownie złapałam się na tym, że bardzo lubię runo Chubut. Przy całej mojej niechęci do merynosów ich krzyżówki wręcz mnie zachwycają, Chubut  jest dla mnie wyższą formą merynosa pomimo, że "mieszaniec" :)



Wrzuciłam jeszcze na kołowrotek batt, który powstał ze "śmieci" dość dawno temu i był tylko przekładany z miejsca na miejsce. Sam w sobie miał to coś i pewne by tego nie stracił ale mnie zachciało się 3-nitki na grube stopki (bo na skarpety nie starczy).


Gdybym zostawiła nitkę w singlu to pewnie miałaby jakiś charakter a tak jest szara, ponura i tylko gdzieniegdzie pobłyskuje kolorem i pomyśleć jak niewiele potrzeba by coś zepsuć - dobrze, że to były totalne resztki :) 



Pozdrawiam Was niedzielnie. 
 

niedziela, 4 października 2020

Szarość mięty

Zachciało mi się nowoczesności, po rozważeniu za i przeciw postanowiliśmy zamontować panele fotowoltaiczne - nie dzisiejszy wpis nie będzie o prądzie :) Panele zamontowano bardzo szybko i sprawnie ale by je zamontować musieliśmy spełnić warunek posiadania prądu 3-fazowego oraz liczników na zewnątrz (zgodnie z obecnymi normami) a tego nie mieliśmy. Aby to wszystko mieć trzeba było rozpruć ściany wewnątrz i na zewnątrz domu. Klatka schodowa gdzie były liczniki jest  do malowania. Skoro trzeba malować to potrzebna farba - kolor tego roku na ściany w farbach Dulux to "Szarość mięty" - nie wiem czy bardziej spodobała mi się nazwa czy kolor ale przeglądając wzornik z kolorami to pierwsze co mi się spodobało. By nie było za "miętowo" dołożę do tego kolor naturalnego lnu,  pewnie za tydzień lub dwa trzeba się będzie z malowaniem zmierzyć. 


Cała to sytuacja z doborem nowych kolorów na ściany, napędziła chęć namieszania jakiś wełen w odcieniach zielonkawych i tak powstały baty do sklepiku w kolorze "miętowo-śmietankowego sorbetu" z włóknem miętowym dla podkreślenia "miętowości" projektu. Mają poblask tej szarości, która mi się tak spodobała w farbie na ścianę. 



to chyba najbardziej zbliżony kolor do rzeczywistego 


Druga zielona mieszanka jest dla mnie, już została poddana obróbce na kołowrotku, tym razem zielona mięta w połączeniu z limonką i cukrem trzcinowym z dużym dodatkiem wody sodowej :) Powstało coś co mi przypomina mohito i pod taką nazwą pozostanie. 
Namieszałam tyle by starczyło na parę skarpet, bo mam zamiar się zmierzyć z skarpetami od palców ale z klinem na piętę.


światło wariuje jesienią i kolor przekłamany


Skarpety powstaną za jakiś czas ale ta czesanka jest poddana jeszcze innemu eksperymentowi. Mam zamiar sprawdzić jak układają się kolory w czesance ściągniętej z drumka w tradycyjny sposób i ściągniętej przez diz (krążek z dziurą w środku). 



Nie będę ukrywać taki sposób ściągania czesanki jest o wiele bardziej kłopotliwy i wymaga sporo cierpliwości ale powstaje taśma podobna do tej, w której najczęściej kupujemy czesankę. Pierwsza szpula to mieszaniec bo część ściągnęłam tradycyjnie a część przez diz w następnych różnica powinna być widoczna albo przynajmniej bym chciała ją zauważyć. 
O wszystkich niuansach napiszę jak skończę prząść na razie cieszę się, że znajduję czas na tą najlepszą dla mnie formę medytacji :)



Przy mieszaniu zieloności namieszał się również nowy Klimt, to przecież jesień i jakieś barwy jesienne koniecznie powinny nas podnosić na duchu swym ciepłym kolorem. Poprzedni zestaw znalazł bardzo szybko amatorkę - lubię kolorystykę obrazów Klimta - bogactwo złoceń daje poczucie czegoś wyjątkowego  jak jedwab eri :) 



Ostatnie zdjęcie mówi, że to już jesień stuprocentowa, jak co roku o tej porze kiszę kapustę ale tym razem mam nowy garnek i jestem bardzo z niego zadowolona bo mieści ponad 10 kg kapusty. Garnek ma pokrywkę a ja kupię chyba jeszcze krążek obciążeniowy i pozbędę się wielkiego kamienia używanego do tej pory. Pewnie na początku listopada kapusta już będzie gotowa a to już zwiastuje zimę. 




Pozdrawiam Was niedzielnie. 

niedziela, 27 września 2020

"Wiekowa" Suri

 Nie wiem gdzie przeczytałam to wyznanie ale autorka napisała, że chyba dopadła ją starość bo czas jej się skurczył, dni mijają niezauważalnie.... "A niech to - pomyślałam - to ja już chyba nie żyję !!!" zauważam tylko soboty kiedy odgruzowuję dom - reszta dni mija w oka mgnieniu :( 

Wiem kiedy się zbliża zima bo wtedy robię więcej skarpet i rękawiczek ale reszta mija w takim tempie, że strach układać chronologicznie niektóre wydarzenia. Pewnie się zastanawiacie skąd takie przemyślenia, a one za sprawą pewnego runa suri, które kupiłam jako strzyżę i przerabiałam swego czasu. Mam pewne drobne mitenki do zrobienia i ta suri bardzo mi się do tego projektu przydała. Wiedziałam, że mam wyczesane i wyciągnięte pasma z czesaków. Przecież to było tak niedawno jak je czesałam, stan ich "zleżenia" nie wskazywał na niedawno - jak sprawdziłam było to dokładnie 9 lat temu - stąd moje obawy co do tego czy jeszcze żyję :D



Nitkę uprzędłam bardzo cienko ale ma służyć jako dodatek do wcześniej ufarbowanego na czrno-brązowo motka. Motek jest w zimnym brązie więc ciemna suri trochę ociepli wygląd całości.


Runo przerabiane od podstaw pomimo naszej dokładności, staranności nigdy nie będzie tak dobrze wyczesane jak to co zrobią maszyny i pewnie jeszcze na etapie przędzenia trzeba będzie pozbywać się drobinek roślinnych -w zależności od stanu surowej strzyży. Ma za to przewagę jakościową, to jest najlepszy rodzaj przędzy jaki może powstać, jest zrobiona od podstaw ręcznie a to znaczy, że nie była poddawana zabiegom chemicznym celem pozbycia się zanieczyszczeń, bez siłowego szczotkowania, włos nie ma prawa być w żaden sposób uszkodzony a tym samym powinien być o wiele trwalszy. Pomimo prawie dekady spędzonej w postaci roladek włos nadal jest piękny błyszczący i mocny, wystarczyło trochę rozciągnąć i prząść z przyjemnością. 


Mitenki pewnie skończę w weekend, jak trafią na małe dłonie to się pochwalę (oczywiście jak otrzymam zgodę właścicielki :)
A ja myślę o moim projekcie z początku roku na rękawiczki, tym razem do trzech razy sztuka.  Motek runa Bfl wymieszanego z jedwabiem Peduncle miał się zgrać z Bfl wymieszanym z niebielonym jedwabiem - okazało się, że ten drugi jest za gruby. 


Kolor beżowo-waniliowy wyjątkowo mi pasował do brązowo-cynowego ciemniejszego motka więc postanowiłam wymieszać coś podobnego tym razem bfl z puchem wielbłądzim i jedwabiem -  no i wszystko było dobrze tylko puch się "napuszył" i znów jest za grubo. Po ostatniej dostawie do sklepiku kusiło mnie by wymieszać bfl z włóknem sojowym ale przyszedł też jedwab Muga więc trzeci motek powstał z połączenia mojego ulubionego runa owczego z luksusowym jedwabiem :)



Teraz już mogę myśleć o zaczynaniu rękawiczek a dwa pozostałe motki pewnie znajdą jakieś zastosowanie to przecież też moje ulubione bfl w dodatku z jedwabiem. 
Sweter w kolorze terakoty dostał "motylki" na rękawy w raglanie - nijak nie mogłam wymyśleć jak zrobić tradycyjne rękawy z główką by zachować ciągłość paskowania przędzy. Jedyne co mi przychodziło do głowy to cięcie jak przy Fair Isle ale to przy delikatniejszej materii swetra może okazać się niezbyt dobrym rozwiązaniem, w dodatku paskowanie przy główce nie będzie się pokrywać z górą swetra - będzie raglan.  




Pewnie nie starczy moheru na całość bo kupiłam tylko 4 motki a ja przerabiam trzeci, w sumie się nie martwię bo dokupić można a ja muszę kupić Cotton Merino bo dziecko chce skarpety. 

Pozdrawiam Was niedzielnie. 

niedziela, 20 września 2020

Trochę nowości

W ostatnią niedzielę post się "nie napisał" bo ja zabalowałam popołudniową sobotę i trochę niedzieli :)

Było to może na początku marca jak skontaktował się ze mną kolega z liceum, że tworzy grupę naszej byłej klasy na "whatsapp" bo od dawna ma zamiar zorganizować spotkanie, termin ustaliliśmy na maj ale jak widomo zamknięto granice i mogliśmy się spotkać tylko w okrojonym gronie - było wyjątkowo sympatycznie i postanowiliśmy spotkanie powtórzyć. 


W ostatnią sobotę spotkaliśmy się we większym gronie, spotkanie było na tyle udane, że postanowiliśmy spotykać się cyklicznie. W sumie nie ma się co dziwić bo miałam przyjemność uczyć się w towarzystwie wyjątkowo sympatycznych i kontaktowych osób a odchyły mamy wszyscy w normie :) 
Do tych kilku linijek wyjaśnienia braku postu dołączyłam zdjęcia butków, które zrobiłam koleżance bo pomiędzy naszymi spotkaniami została babcią. Butki się spodobały i mam obiecane zdjęcia na stopach "docelowych" :) 
Pamiętam jak widziałam je u Pimposhki i już wtedy wiedziałam, że jak będę miała okazję to je zrobię, jedyne co chodzi mi po głowie to bym je jakoś chciała udoskonalić by pozbyć się szycia - jak ja nie lubię zszywać dzianiny w dodatku takich mikroskopijnych rozmiarów. 



Z rzeczy przyziemnych to stany magazynowe w sklepiku zostały uzupełnione, tym razem bez mieszanek bo jeśli zamawia się autorskie mieszanki to czeka się bardzo długo a tu jesień za oknami i czas myśleć o cieplejszych ubrankach. 
Kupiłam cztery nowe produkty, trochę tak bez przekonania bo wszelkie włókna wiskozowe wzbudzają we mnie mieszane uczucia - niby pochodzenia roślinnego ale proces produkcji pozostawia wiele do życzenia. Włókna wiskozowe nadają się do przędzenia samodzielnego ale jak dla mnie jest to dodatek do wełny, który ma poprawić a nie pogorszyć jej właściwości. Na ile to prawda pewnie się przekonam jak uprzędę nitki z tych włókien ale najpierw muszę zdecydować z czym to wymieszać. 


Pierwsze to włókno sojowe. Zostało wynalezione w 1937 roku przez Henry'ego Forda i otrzymało nazwę - wełna sojowa. To włókno było wówczas używane w tapicerce samochodowej, ale stało się ofiarą drugiej wojny światowej, a także pojawienia się nowych włókien sztucznych, które były tańsze w produkcji. Włókno zostało ponownie wynalezione w 1998 r. i promowane jako eko-włókno. Włókno sojowe jest raczej dodatkiem  w mieszankach z innymi włóknami i na ogół nie jest używane samodzielnie. W połączeniu z kaszmirem lub wełną poprawia właściwości układania się i drapowania materiału, nadając produktowi wyjątkowy połysk i pomagając zmniejszyć tarcie / mechacenie się.
Właściwości chłonne są podobne do bawełny, dzięki czemu włókno jest chłodne. Jego wentylacja jest lepsza niż w przypadku bawełny. Włókno jest anty-ultrafioletowe i dlatego dobrze zachowuje barwione kolory i pod tym względem przewyższa wiskozę i jedwab. Jest mocniejsze niż wełna, bawełna i jedwab, ale nie poliester. Obecnie głównym producentem są Chiny.


Drugie z włókien to włókno miętowe jest to biodegradowalne włókno celulozowe nasycone proszkiem mięty pozyskiwanym z liści mięty pieprzowej.
Jest to włókno miękkie, złote, ma właściwości antybakteryjne i naturalne właściwości chłodzące.
Idealne do przędzenia i mieszania z włóknami takimi jak bawełna, jedwab, wełna i len.



Włókno perłowe to również biodegradowalne włókno celulozowe nasycone cennym proszkiem perłowym, który zawiera naturalne aminokwasy i pierwiastki śladowe. Jest to bardzo miękkie i błyszczące włókno. Włókno zapewnia naturalną gładkość i chłodzenie oraz doskonałe wchłanianie wilgoci.
Doskonale się farbuje, bardzo dobrze  wchłania barwnik, dając wspaniałe odcienie farbowania z połyskiem. Włókno ma współczynnik ochrony przed promieniowaniem ultrafioletowym większy niż 30. Idealne do przędzenia i mieszania z takimi włóknami jak bawełna, jedwab, wełna i len. 




Ostatnia z nowości to wełna, wprawdzie jest to merynos ale jednak to wełna :) Kupiłam z ciekawości merynosa falklandzkiego, ciekawe czy ten merynos będzie się różnił od pozostałych na razie wydaje się w czesance bardziej "sypki" i nie zauważam typowej dla merynosów "budyniowatości" ale dokładnie się wypowiem po konfrontacji przy kołowrotku. Ten, który będzie w sklepiku ma 20 - 22 mic wiec z tych bardzo miłych. 


Kupiłam jeszcze kilka kolorów celem mieszania nowych battów, bo sobie nie mogę powierzyć farbowania po ostatnich ekscesach, chociaż o dziwo sweter wychodzi całkiem ładny. Specjalnie zrobiłam zdjęcie w namiocie bezcieniowym by uchwycić jak najwierniejszą kolorystykę i jak dla mnie jest wyjątkowo pięknie oby mój zachwyt trwał :) 



Pozdrawiam Was niedzielnie z jesienią za oknem.  

niedziela, 6 września 2020

Nieużytek

O skończonym lnianym swetrze wspomniałam ostatnio, że dzisiaj poświęcę mu więcej uwagi, chociaż właściwie nie za bardzo mam ochotę. Włóczka jak wspominałam była resztką z włoskiej wyprzedaży cewek. Kolorystyka i zgrzebna faktura bardzo mi się spodobały, od razu wiedziałam, że chce mieć duży, niechlujny, oversize'owy sweter. Pierwsze podejrzenie, że coś jest nie tak dotarło do mnie w połowie dziergania.


                                                     

                                                

Nie, nie zaliczyłam jakiejś pomyłki w obliczeniach, to włóczka okazała się nie do końca tym czego się spodziewałam a raczej nie spodziewałam się tego po niej. Okazało się, że włóczka pozostawia "kłaki" na ubraniach podobnie jak angora. Dziergałam dalej bo doszłam do wniosku, że po praniu może się jej poprawi. 


Nic się nie poprawiło jak kłaczyła tak kłaczy, jedyna zmiana to to, że po praniu sweter zrobił się twardy ale to len i miał do tego prawo, wystarczy założyć i trochę pochodzić a robi się miękki. Tylko trzeba mieć ochotę go założyć, bo kolor włóczki taki, że "obmeszenie" widać  na ciemnych  i jasnych ubraniach :(  

Pewnie następne prania niewiele wniosą bo to przecież nie wełna i nawet próba filcowania z premedytacją nie wchodzi w grę - dalej będzie zostawiał ślady. Pomyśleć, że mam kupioną bawełnę na ten wielki letni oversize a mnie się zachciało lnu. Sweter prawdopodobnie poleżakuje w szafie i trafi do worków Czerwonego Krzyża, jako posiadaczka kota mam dość ściągania kłaków ze wszystkiego a jak kota systematycznie czeszę to nawet z nim nie ma problemów - swetra nie wyczeszę :(

Taki to nieużytek sobie zafundowałam.  


Z rzeczy przyjemniejszych kończę prząść a właściwie zostało potrojenie ostatniego motka z czesanki nowozelandzkiej tak radośnie i pstrokato ufarbowanej. O dziwo motki wyglądają całkiem przyjemnie dla oka, a sposób przędzenia nadał im lekko tweedowy wygląd. 


W dodatku kolorystyka zgrała się  w połączeniu z ostatnio kupionym moherem (ten bez pomysłu)  i mam nadzieję, że ten sweter będę mogła zaprezentować z satysfakcją. 


 Nie mogłam się powstrzymać i jak tylko motki wyschły po praniu, a ja rozrysowałam sweter, który nie ma wzorów, zaczęłam go robić.  Pewnie będzie to ze szkodą na rzecz celtyckiego swetra ale cóż ten zrobię o wiele szybciej, o postępach w tej sprawie się dowiecie :)





Uszyłam dwa wsypy z inletu na resztę łuski gryczanej, która została mi po zrobieniu wałka do jogi. Poduszki są ciężkie i szeleszczą ale tyle się naczytałam o zaletach spania na poduszce z gryczanym wypełnieniem, że po uszyciu stosownych (czyli lnianych) poszewek mam zamiar spróbować na tym spać. 



Na wiosnę pisałam o zamiarze uprawy różnych odmian pomidorów. Po zaliczeniu kilku błędów w stylu nadmiernego nawożenia obornikiem z pokrzyw oraz nie pozbycia się bocznych pędów przy tych odmianach, które tego wymagają - zbieram to co urosło, a trochę tego jest.



Nie jesteśmy w stanie zjeść wszystkiego, a też nie wszystkie pomidory na surowo mi smakują to co w nadmiarze zmieniam w dodatek do wielu potraw, które zimą będę gotować. Do tej pory zrobiłam 16 litrów dość solidnie odparowanego soku pomidorowego - jest gęstszy od tradycyjnej passaty.  Pewnie jeszcze trochę zrobię bo sam sok pomidorowy też chętnie wypijam. 




Pozdrawiam Was niedzielnie. 

niedziela, 30 sierpnia 2020

Ciąg zdarzeń

Co się musiało zdarzyć by powstało to zdjęcie, które jest poniżej ? Niby niewiele a jednak na tyle dużo bym ufarbowała prawie 300 g czesanki nowozelandzkiej w tak dzikie kolory - "takie indiańskie kolory" - stwierdziła moja mama ale nie powiedziała, których mieszkańców, której Ameryki ma na myśli :) 
Na blogu zrobiłam wakacje bo pisać nie było o czym wszystko w jakiś fazach, poza tym pomidory wyznały, że najwyższy czas na zamieszkanie w butelkach, do tego ogród wymagał długotrwałej interwencji. Czas przelatywał a ja jakoś nie miałam ochoty na wełniane spotkania, celtycki sweter poszedł w odstawkę bo było za ciepło by przerabiać rzędy pod wełnianym "kocem". Tak jak przypuszczałam szycie mnie znudziło, przerabiałam lniany oversise ale o tym następnym razem. 



Tak mi się zachciało zrobić coś zwiewnego, delikatnego, mgiełki takiej byle nie poczuć ciężaru ciepła na kolanach. Przypomniałam sobie, że jest jeden taki szal, od dawna mi się podoba, wzór dość wymagający bo dwustronny ale efekt za to bardzo godny wysiłku. Kupiłam wzór i zaczęłam robić, trudno stwierdzić co mnie bardziej zmęczyło upał czy bambusowe druty. Tak mnie zmęczyły bambusowe druty !!! - przy dwustronnym wzorze muszą być ostre druty bo trudno zbierać oczka - bambusowe ostre nie są :(  



Zrobiłam może 12 rzędów i  postanowiłam kupić metalowe druty, te do czerwonej żyłki z dopiskiem "lace", a że samych drutów nie będę kupować to kupiłam włóczkę moherową. Włóczka zupełnie bez przeznaczenia po prostu kolor mi się bardzo spodobał i tyle. 


Druty przekręciłam bardzo szybko i już przy pierwszych oczkach przypomniałam sobie dlaczego tak nie lubię metalowych drutów. Nawet nie wiecie jak się męczyłam by wpaść w jakiś rytm dalszego przerabiania tego zaczątku szala, na śliskich, stukających metalach posypało się to co było zrobione i musiałam pruć, oczka nabrałam na nowo i tak leży. Ciekawe co będzie silniejsze chęć posiadania szala czy niechęć do metalowych drutów. 



Przy całym niesmaku niemożności poradzenia sobie z własnymi fanaberiami dotyczącymi preferencji narzędziowej postanowiłam zrobić coś czego dawno nie robiłam. Farbowanie od dawna mi chodziło po głowie ale na pewno nie to coś co upstrzyłam. Zupełnie nie wiem skąd takie barwy i sam styl farbowania przez posypywanie mokrej czesanki suchym barwnikiem - tak jakby nie ja, na żywioł bez planu. PM jak zobaczył suszące się czesanki spytał: co właściwie "poeta" miał na myśli, robiąc to coś - "poeta" sam nie wiedział :)  



Jak już "upaciałam" 300 g czesanki bez składu i ładu to postanowiłam zobaczyć co z tego wyniknie, pierwsza myśl uprzędę w 3- nitkę tak na 100 g 400 m - będzie na skarpety, a jak kolor będzie bardzo parszywy to powlekę na czarno i przynajmniej nie zmarnuję. 
Czesankę podzieliłam wzdłuż na trzy i każdy pas przeznaczyłam na jedną szpulę ale te pasy też jeszcze podzieliłam i przędłam w różnych kolejnościach. Motek potroiłam i pierwsze co zrobiłam to poszłam do szafy po ostatnio kupiony moher. W pojedynczych szpulach nic jeszcze nie wskazywało na to, że ta włóczka nada się na coś innego niż skarpety teraz mam już w głowie pomył na całkiem zgrabny kardigan. 
Tak to niechęć do dziergania swetra podczas upałów doprowadziła mnie do chęci dziergania nowego swetra !!  Chęci jak chęci, ja kupiłam, ufarbowałam i uprzędłam włóczkę zupełnie nie myśląc o przeznaczeniu jej na sweter a wszystkie moje poczynania ku temu dążyły. Nie wiem czy ten stan umysłu jest jakimś objawem klinicznym, pewnie ktoś by do tego dorobił jakąś teorię, w tej chwili mam zamiar skończyć prząść czesankę i rozrysować nowy sweter. Za koronki  na razie się nie łapię bo nie wiem do czego mnie to doprowadzi :)



Zrobiłam sobie koszulkę, wprowadziliśmy nowe materiały do znakowania odzieży więc trzeba przetestować trwałość i jakość a najlepiej na własnej odzieży. Hasło z internetu ale reszta wg mojego pomysłu - pewnie nie przetrwa tak długo jak dobrej jakości włóczka najlepiej własnoręcznie uprzędziona ale życie koszulek przy intensywnym użytkowaniu raczej długie nie jest. Cieszy mnie możliwość zrobienia sobie koszulki ze własnym wzorem :)




Pozdrawiam Was niedzielnie.