Pokazywanie postów oznaczonych etykietą shetland. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą shetland. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 lutego 2021

Ach te skarpety

Pozorowany tydzień wiosny minął i ze sobotą zrobiło się znowu przedwiośnie z chłodem i deszczem. Nawet dobrze pomyślałam, bo zimowe skarpety, które miałam zamiar zrobić mamie jakieś 5 tygodni temu, doczekały się realizacji. Moja mama nie za bardzo gustuje w ciepłych skarpetach, bo jest jej ciepło, a że praktycznie stale w ruchu to jeszcze to ciepło potęguje. 





Ostatnio postanowiła zrobić wielkie porządki w piwnicach, a że tam nie jest tak ciepło jak w domu to ubiera wełniane skarpety. Tylko jedna para, którą ma to za mało, bo jak się suszą po praniu to nie ma co założyć. 
Dobrze, że mama te porządki sobie dawkuje z rozwagą bo przy moim tempie robót mogłaby jeszcze te porządki skończyć :) 
Skarpety są zrobione z pozostałego motka z moich skarpet i motka brązowej nitki skarpetowej z moich zapasów, nawet nie wiem jak starego bo nie pamiętam kiedy kupowałam motki na skarpety po 100 g. Zdjęcie skarpet z tym wzorem znalazłam w internecie, nie wiem czy jest do kupienia.  Wzorki narysowałam sama ze zdjęcia i rozpisałam dodawanie oczek na kliny w inny sposób niż zwykle, nie po bokach ale od spodu - oczywiście dalej robię skarpety od palców. 




Palce, pieta i ściągacz są bez wzorów z gładkiego brązu ale w pięcie użyłam dodatkowej nitki z bardzo cienko przędzionej alpaki suri - bardziej dla wrażeń dotykowych, że niby grubsza niż ze względu na wzmocnienie. Mam do zrobienia w dalszym ciągu kilka par skarpet i nie wiem czy te skarpety dotrą do tych, do których miały dotrzeć w tym sezonie zimowym ale pocieszam się tym, że w grudniu znowu będzie zima :)


Musiałam przerwać produkcję skarpet bo obiecałam zrobić następne mitenki w brązowo-czarnym kolorze. Drobniutkie ale nie mam już włóczki, której używałam w poprzednich, tą którą miałam w składzie była inna i farbowanie nie wyszło po mojej myśli. Kupiłam motek brązowo czarnego melanżu ale też mi się nie podobał więc musiałam uprząść coś co będzie wyglądało przyzwoicie. 


Wybrałam trzy gatunki runa: czarny Shetland, merynos 23 mic farbowany na czarno i bardzo ciemne brązowe Corriedale. Na pierwszej szpuli od góry merynos wymieszany z Shetland'em , w środku Shetland a na samym dole Corriedale. W nitce wygląda trochę jak tweed.



Nitkę powieliłam w tradycyjną 3-nitkę i po dłuższym zastanowieniu wybrałam jako dodatek ciemno brązową nitkę suri dla miłego meszku ale również dla "ocieplenia" wizerunku. Pewnie po weekendzie będą gotowe do oddania i chyba już nie będę Was uszczęśliwiać widokiem następnych całkiem prostych mitenek. Piszę o nich z czysto kronikarskiego obowiązku bo nie opisuję prostych projektów i aby później coś powtórzyć lub odtworzyć graniczy z cudem. 
Mitenki na bardzo małą dłoń (48 oczek) druty nr 2, nitka trochę cieńsza niż na skarpety, po 27 rzędach ściągacza na wnętrzu dłoni zmieniam ściągacz w dżersej przeplatając w każdym następnym okrążeniu po dwa oczka aż kończą się na wierzchu dłoni ładnym szpicem. Mam nadzieję, że to co tu napisałam i to co pozaznaczałam przy obrysie dłoni, na którą to robię pozwoli w przyszłości na odtworzenie w razie potrzeby. 


Nie wiem czy zdołam skończyć szalo-kołnierz ale pewnie tej zimy już nie zaistnieje w kurtce bo ja czekam już na wiosnę :) A jak pomyślę o ilości cebul tulipanów, które zasadziłam na jesieni to jeszcze bardziej czekam.

Pozdrawiam Was niedzielnie.  

niedziela, 8 listopada 2020

Sama sobie uprzędę


Zachciało mi się nowego szalo-kołnierza do kurtki, tym razem miał być o ciemno szarym tle z wzorem z cieniowanego kolorami motka Lang. Wzór narysowałam dość szybko (to mi ostatnio najlepiej wychodzi) zakupiłam włóczkę Florę w ciemnej szarości... i przędę sobie tą ciemną szarość. 
Włóczka, którą kupiłam jest o ton jaśniejsza od resztki, którą mam u siebie i która mi pasowała do tego projektu. Nowe motki zupełnie się nie sprawdzą są za jasne, a ja nie mam zamiaru kupować do czasu aż trafię na ten właściwy kolor.


 

 Chciałam coś ciemno szarego ale kolor miał być niejednolity, dlatego szara Flora z delikatnym jaśniejszym włoskiem wydawała się idealna, tylko niestety w tej partii koloru, jasnego włoska jest za dużo. Postanowiłam, że nitkę uprzędę z czarnego runa Shetland, które naturalnie posiada jaśniejszy włosek ale trochę je przyciemnię farbowanym na czarno South American'em, kapką brązu z tegoż samego runa no i jakoś tak nie mogło się obejść bez jedwabiu w mojej ulubionej wersji czyli Puduncle. 





Mam już dwie szpule, bo to będzie 3-nitka i właśnie wymieszałam ostatnią partię, pewnie jeszcze w tym tygodniu wrzucę na druty i się przekonam czy to na pewno to czego chcę. Włóczki powinno starczyć a nawet sporo zostać i zaczynam się przymierzać po raz kolejny do czapki dla PM. Do tej pory nie udało mi się zrobić lepszej od tej "jedynej słusznej" ale jakoś się tym nie przejmuję bo jak "jedyna słuszna" się zużyje to będzie musiała jakaś w jej miejsce zaistnieć. 


Mieszanka ściągnięta z drum carder'a wygląda na bardzo ciemną ale jest poprzetykana blaskiem jedwabiu więc wygląda całkiem przyzwoicie w nitce. Mało kiedy tak dobitnie uzmysławiam sobie, że umiejętność przędzenia daje mi tyle możliwości - zawsze mogę sobie sama uprząść to czego potrzebuję, co sobie wymyślę i na co mam ochotę:) 



Wymieszałam jeszcze jeden batt dla teściowej, bo z racji pandemii każemy jej siedzieć w domu, a że ją nosi to postanowiłam zadbać o siedzące zajęcie :)  Zrobiłam dla niej przegląd resztek po ostatnich mieszankach, które robiłam do sklepiku. Ma tam resztki soi, włókna miętowego, błyszczący nylon, trochę angory, lisa polarnego, south anerican  i corriedale w kolorze pieprzu. Moim zdaniem wygląda całkiem interesująco i powinna sprawić, że teściowa będzie chciała prząść a nie fruwać po mieście. 




Wspominałam, że będę testować robienie skarpet od palców z klinem na pietę, te na zdjęciu to druga para tak robionych. Będzie o tym sposobie osobny wpis ale muszę jeszcze zacząć trzecią parę we wzory wrabiane by mieć obraz całokształtu :) 

Nie wiem czy Wy też szyjecie maski ale ja co jakiś czas jedne wyrzucam a następne szyję, obiecałam sobie, że nie kupię ani jednej bo skoro te sprzedawane nie chronią przed wirusem, to skuteczność moich jest podobna - nie dostanę mandatu.  

Przeczytałam w internecie, że z domowych materiałów najskuteczniej chroni filtr do kawy, więc może się zastanowię jak pomiędzy warstwami materiału w tych maskach umieszczać ten filtr.  


Pozdrawiam Was niedzielnie. 


p.s.  posadziłam 75 cebul tulipanów i 5 narcyzów - co to będzie za wiosna :)

 

niedziela, 19 lipca 2020

Titanic

Dawno temu był taki blog o estońskich szalach, wtedy zaczęła się moja fascynacja tą zupełnie niepraktyczną formą dzianiny. Popełniłam kilka estońskich szali ale o wiele bardziej zafascynowała mnie koronka szetlandzka a raczej fakt, że z runa owiec rasy Shetland można uprząść nitkę i zrobić taki szal, takie płynne przejście od runa po gotowy wyrób to coś dla mnie,


Koronka szetlandzka ma jeszcze jedną zaletę robi się ją cały czas prawymi oczkami czyli minimum wysiłku, przynajmniej w moim przypadku bo muszę zawsze pilnować naprężenia nitki przy lewych oczkach. Zaletą takiego przerabiania jest też to, że wzór jest bardziej kwadratowy niż prostokątny jak w przypadku prawej i lewej strony.


Zafascynowana nitkami jakie przędzie pod koronkowe szale Margaret Stove kupiłam jej książkę, pierwsze co zrobiłam to małą trójkątną chustę ze sklepowej włóczki, podobała mi się ale jeszcze bardziej mi się podobał ten sam wzór z mojej przędzy. Zachęcona tym, że jakoś tak sprawnie i przyjemnie mi się uprzędło nitkę pod chustę postanowiłam uprząść jej więcej pod znacznie poważniejszy projekt. 



 Zamówiłam specjalnie pod ten szal mieszankę rasy Shetland i jedwabiu morwowego (75% / 25%), było tego 500 g więc spokojnie miało starczyć. Zaczęłam z wielkim zapałem ale zaraz na początku zrobiłam coś czego nie powinnam robić. Zamiast uprząść całą nitkę to uprzędłam część i już zaczęłam robić szal, bo przecież w trakcie dziergania doprzędę resztę. No i stało się to co często mnie dopada przy wielkich projektach wzór zapamiętałam i zaczął być nudny, robótka poszła do leżakowania bo ja znalazłam coś bardziej interesującego. 


W międzyczasie posłałam kilka próbek mieszanki celem pochwalenia się jaka świetna, później uprzędłam z niej nitkę pod rękawiczki w dodatku ufarbowałam na kolorowo i do dzisiaj leżakuje bo jednak to nie to.
Co pewien czas wracałam do szala przerabiałam tak długo aż mnie nie znudził by znowu mógł spokojnie leżakować do mojego następnego zrywu.


No i pewnego dnia doszłam do wniosku, że jak tak dalej pójdzie to zdążą mole go pociąć nim skończę więc mocne postanowienie, już bez wymówek trzeba kończyć. Uprzędłam resztę czesanki na 2-nitkę i dziergałam tylko, że brakło !!!
Tak sobie myślałam nie przędę tak dobrze jak Margaret, ani nie mam się co porównywać z 2-nitką maszynową na tego typu szale (100 g -1200m, 2-ply) no i uszczknęłam z tej mieszanki niejednokrotnie. 
Musiałam ostatni koronkowy bok zrobić z nitki już z samego runa Shetland, w dodatku trochę jaśniejszego co dokładnie widać (na zdjęciach też) , po dłuższym czasie powinno się wyrównać kolorystycznie ale już sama świadomość drażni.  



Ale to nic w porównaniu z odkryciem jakie poczyniłam w trakcie czynienia tego ostatniego boku koronki ...
Szal jest kwadratowy zaczynamy od zrobienia całego dolnego pasa koronki i rożków, później  nabieramy oczka wzdłuż wewnętrznego boku koronki i przerabiamy: boczną koronkę, wnętrze szala i drugą koronkę, jak dochodzimy do końca to przerabiamy tylko koronkę zamykającą zbierając oczka wnętrza szala. I tu ujawnia się "dziewiarska katastrofa na miarę Titanica" :)
Przy nabieraniu oczek na pierwszy bok koronki solidnie się pomyliłam bo o jakieś 50 oczek a raczej o 10 rombów, niestety odkryłam to dopiero próbując policzyć jak powinnam zbierać te żywe oczka na samym końcu. By poprawić ten błąd powinnam spruć cały szal do pierwszego  koronkowego brzegu a na to nie miałam siły, postanowiłam skończyć w takim stanie jak jest, uprać i ułożyć a później zdecydować co z tym zrobić.
Z kwadratowego szla zrobiłam prostokąt, szal jest olbrzymi bo to prawie 4 metry kwadratowe, ciężki, bardziej kocyk niż zwiewna koronka jedyna pociecha to to, że nitki powinno zostać bo szal ma o 1/3 więcej oczek środka - ciekawe czemu mi się tak dłużyło przy nim :)
Przy układaniu musiałam dwa boki bardziej rozciągnąć by pomieścić te dodatkowe oczka.


Właściwie to jest miły dla oka, trochę nieforemny przy złożeniu w trójkąt ale to nie ujmuje mu urody tak jak jeden błędny romb, który ujawnił się dopiero przy suszeniu,  chociaż on też ginie przy złożeniu dzianiny.
W tej chwili mam mieszane uczucia - ulgę, że nareszcie skończyłam wiecznego UFO'ka ale ta porażka rachunkowa długo będzie mnie męczyć.


Pozdrawiam Was niedzielnie powolutku tonąc jak Titanic z dziurą w wierze własnych umiejętności. 

niedziela, 5 stycznia 2020

O zapomnianej przyjemności

Zamiast pisać bloga przędłam, robiłam na drutach i rysowałam wzór swetra, owszem były po drodze Święta i Nowy Rok ale ja oddałam się przyjemnością, których dawno nie doświadczyłam :)
Koszyk z czesankami "do uprzędzenia" trochę pomniejszył zawartość ale jeszcze nie na tyle by odczuwać dumę, nie jest źle ale muszę jeszcze trochę kilometrów nadeptać by ogarnąć to całe dobro. Na pierwszy rzut poszedł Shetland z jedwabiem, mieszanka własna, miała zaistnieć w pewnej chuście ale była zbyt nierówna i biała. Uprzędłam z tego jedwabnego Shetland'a  dwie szpule i dodałam Bfl superwash by była 3- nitka na moje skarpety robione od palców.



Bfl to moje ulubione runo, taki ideał ale nigdy nie przędłam go w wersji superwash, a skoro miałam resztkę i potrzebowałam nitki do skarpet to cóż może być lepszego w skarpecie od wełny superwash. Przędłam już merynosa i Cheviot'a w wersji superwash i oba runa nie za bardzo mi przypadły do gustu. Obawiam się, że polepszanie nie zawsze jednak "polepsza", a Bfl'owi moim zdaniem zaszkodziło. Pewnie, że z takim supewash'em nic się nie stanie podczas farbowania, prania w pralce ale nijak nie przypomina oryginału - bez blasku, tej cudnej fali i porównanie z moherem ma się nijak do stanu tej czesanki. Pewnie, że coś za coś ale ja chyba wolę prać ręcznie i ostrożnie farbować oby tylko w dotyku przypominało wełnę. Ze sklepiku nie zniknie bo rozumiem, że bezproblemowa obsługa może być priorytetem ale ja wolę wersję bez poprawki.


Skarpety się robią dość długo  ale wełna cieńsza od typowej na skarpety, bo to mają być skarpety to butów bez ocieplenia, w których lubię chodzić nawet w zimniejsze dni. W normalnych wełnianych skarpetach się nie mieszczę ale te są na tyle cienkie, że tak - tylko jak długo pożyją.
Na święta zrobiłam ojcu skarpety, pierwszy raz odważyłam się zrobić mu nie gryzące skarpety, do tego we wzory i o dziwo po długim oporze względem wszelkich nowości ojcu skarpety się spodobały.


Włóczki to Flora w kolorze czarnym i pasiasty Fabel, pięta wzmocniona dodatkową nitką z firmy Lang a wzór pociągnięty do końca palców bo będzie cieplej i tak szybko się nie przedrą. Jeden motyw wzoru zrobiony na stopie dla przerwania monotonii oczka na oczko :)


Robię też następny "piórkowy", długo nosiłam się z tym zamiarem ale jakoś nie było czasu lub przekonania a trzeba było kombinować bo miałam tylko jeden ale duży motek moheru z Rowan'a. Ten cudny motek wygrałam dawno temu w candy, motek miał 50 g i można było z niego zrobić szal, a że ja w szalach nie chodzę to leżał i czekał na lepsze czasy o dokupieni nie myślałam bo to paskowanie nie do końca podoba mi się na rękawach (paski robią się dużo szersze) aż wymyśliłam to korpus w paski a rękawy w bardziej jednolitej tonacji - jak skończę to pokażę efekt na razie dłubię skarpety ale z największą przyjemnością przędę.


Właśnie skończyłam motek Bfl z jedwabiem tussah w wersji oryginalnej niebielonej, motek ma cudny połysk w kolorze głębokiego ecru, nie wiem jak długo czekała na mnie ta resztka ale tej wersji mieszanki nie ma już co najmniej dwa lata w sklepiku. W tej chwili przędę merynosa farbowanego w indygo, który to dostałam od Moniki i też już swoje odleżał, będę się chwalić jak skończę.


Ta przerwa w przędzeniu była dla mnie wyjątkowo bolesna, nawet nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak mi tego brakuje mam nadzieję jeszcze trochę prząść zanim znowu wpadnę w rytm działań zawodowo koniecznych i na przyjemności czasu będzie jak na lekarstwo.

Pozdrawiam Was niedzielnie z życzeniami noworocznego spełnienia marzeń :)

niedziela, 2 czerwca 2019

Już jestem


O względności pisałam już kilkakrotnie, dzisiaj też o niej wspomnę, pewna sprawa dla mnie konieczna, według PM moja zachcianka spowodowała bark wpisów przez ostatnie trzy tygodnie. Od jakiś 5 lat widziałam konieczność remontu przedpokoju, PM nie widział a wręcz stwierdzał, że to moja fanaberia bo jest "ok". Uwierzcie mi nie było "ok", przedpokój pamiętał komunię moich podstarzałych dzieci, więc w tym roku po remoncie sypialni (też ponoć niepotrzebnym) postanowiłam zrobić remont przedpokoju. Remont to nic w porównaniu ze sprzątaniem po szlifowanej gładzi, a że był to przedpokój to pył był we wszystkich pomieszczeniach wokół, rozciągał się na piętro i piwnicę, pomimo solidnych zabezpieczeń przed nim. Trochę to trwało bo jak  w starym budownictwie były niespodzianki, puchnące ściany do obłożenia nowym tynkiem i zagadki instalacyjne - na szczęście zostały do montażu tylko listwy przypodłogowe i progi. Muszę też odnowić starą ramę kryształowego lustra ale to już na spokojnie. Takim to sposobem zafundowałam sobie wakacje od bloga bo sił zupełnie mi nie starczało na pisanie,  coś tam jednak robiłam więc dzisiaj napiszę co zepsułam w czasie tych trzech tygodni.




 Dawno temu postanowiłam zrobić sobie wielki szal z książki M. Stove "Wrapped in Lace", i wszystko byłoby dobrze gdybym robiła go ze włóczki sklepowej ale ja postanowiłam włóczkę uprząść sama. W tym celu na moje życzenie wymieszano runo Shetland z jedwabiem w ilości pół kilograma wiec sporo. Szal robiłam chętnie to momentu osiągnięcia całkowitego znużenia więc odłożyłam, na długo odłożyłam.


Niestety uszczknęłam z czesanki kilka razy ale przecież pół kilograma to tak dużo no i jak postanowiłam skończyć szal to okazało się, że mam motek 64 g i 93 g czesanki, nijak nie starczy na całość. Namieszałam sama ale nie dość, że runo jaśniejsze chociaż też Shetland to jeszcze jedwab na małym drumku pomimo drobnych igieł robi kulki. Nitka nie dość, że bielsza to jeszcze pełna niedoskonałości, które przy typie "lace" nie przeją. Mieszankę porzuciłam, może na coś się kiedyś przyda.


Drugie podejście to sam Shetland, w motku jeszcze jakoś udawał podobieństwo ale już w kłębku różnica nie do pogodzenia. Mam jeszcze w podobnej kolorystyce bfl mieszane z jedwabiem tussah ale to jednak całkiem inna faktura. Muszę zrobić nitkę połączoną Shetland z bfl może kolorystycznie i fakturowo jakoś da się to pogodzić bo inaczej zostanę z szalem na etapie 3/4. Jest jeszcze opcja ufarbowania wełny ale to spore ryzyko - muszę coś sensownego wymyślić bo na tym etapie porzucenie "udziergu" nie za bardzo mi się podoba :(



W ferworze ciągłego sprzątania i prania po wszechobecnej gładzi. zupełnie przypadkowo, pierwszy raz w życiu wyprałam synowskie wełniane skarpety w pralce :( Efekt tego działania na powyższym zdjęciu i muszę przyznać, że dawno nic mnie tak zezłościło bo one nawet nie były przetarte, to te dopiero co zrobione i taki filc, że aż mnie potrzęsło. W ramach rozpaczy zaczęłam nowe ale co na nie spojrzę to mam przed oczami te sfilcowane brrr.....


W ramach majowej promocji na Drops'a zakupiłam włóczkę na sweter dla PM ale trochę więcej by sobie też uczynić, miał być sweter z Brooklyn Tweed  w stylu Hugo na poniższym zdjęciu ale PM po zobaczeniu próbki stwierdził, że jednak woli coś prostszego. 


Zaproponowałam z ich bogatej oferty wzór Chicane ale jak zwykle PM i tu miał zastrzeżenia bo nie może być cały rozpinany, a najlepiej taki sam jak ostatnio !



Robię jakiś mariaż wszelkich swetrów PM, według jego wytycznych co to wielkości, braku ucisku w jednych miejscach a wąskości w innych, może uda mi się przemycić pomysł na rękawy z ostatniego wzoru ale też nie jestem pewna :) 



Pozdrawiam Was niedzielnie z nadzieją na dużo cieplejszy czerwiec, bo właśnie ogarniam się z parszywej infekcji.


niedziela, 30 lipca 2017

Półprodukty

Półprodukty to coś, czego robienie ostatnio wychodzi mi najlepiej i to już nawet nie chodzi o okres wakacyjny ale mam jakiś przestój i finalne produkty jakoś nijak nie wychodzą spod moich rąk. Za to gromadzenie i robienie nowych nitek ma się u mnie całkiem dobrze. Precelki, motki i wszelkie inne dobro wełniane znajduje się u mnie w dwóch pudłach kartonowych w szafie, dwa następne pudła są  w "wełnianym pokoju" (ten gdzie jest czesanka ze sklepiku). Z boku wspomnianej szafy dwa kosze z trawy morskiej przebierają wełnianymi motkami, teraz motki zagościły już na stole w dekoracyjnej misie.

Nie przetwarzam tego dobra tylko robię i gromadzę, niektóre motki mają konkretne przeznaczenie ale ja w dalszym ciągu tylko to dobro w postaci nitek produkuję i pomnażam. Ostatnio pisałam, że postanowiłam zmieniać moją autorską mieszankę (Polwarth, szary merynos, jedwab i kaszmir) w nitki ale nie takie jak zawsze tylko trochę inaczej wyglądającą 4-nitkę - tzn. : kabelek - następna nitka do kompletu.


Trochę się martwiłam czy przy pierwszym skręcaniu 2- nitek, nie mam za mało skrętu ale jak widać kabelek wyszedł więc skręt był w porządku, no ale też podczas podwajania sprawdzałam czy ten kabelek się pojawi - czyli sama się trochę niepotrzebnie nakręciłam.


 Nitka pomimo 4 singli nie do końca równa a to za sprawą dość cienkiego przędzenia (myślałam, że będzie jednak cieniej a jest tylko - w75g - 340m), są miejsca gdzie trafia jedwab na jedwab i tam jest wyraźnie cieniej za to w miejscach wełnianych nitka jest bardzo puchata. 


Jeszcze nie wiem co z niej powstanie ale bardzo mi się podoba bo pomimo swych drobnych parametrów jest nitką, która może zaistnieć na całkiem sporych drutach - ja myślę, że druty od 2,75 do 3, 25 będą dobre. 
Oczywiście następnymi półproduktami czynionymi z lubością są batty, już nawet nie kręcę nosem, że nie są dla mnie tylko do sklepiku po prostu bawię się kolorami i materiałami a pocieszam się tym, że jak kupi jakaś znajoma prządka to i tak zobaczę co powstało :) 

morska zieleń z różowo fioletowym a do tego jedwab


Kolory na bazie merynosa ale przemieszane bielą South American i oczywiście jedwab bo bez niego jakoś tak biednie a ma być na bogato. Obiecałam znajomej, że namieszam jej podobne batty do wcześniej kupionych ale nie ma szans. Tamto mieszanie było z użyciem przeze mnie farbowanej czesanki czyli nie do powtórzenia do tego jeszcze wszystkie kolory jakie mam też nie pasują - na próbach  powtórki  najczęściej się polegnie. 


pudrowy róż, fiolety po złamane błękity z dużym jedwabiem

Ostatnie mieszanie wstawię do sklepiku ale jak się nie sprzeda to będzie chyba dla mnie bo to brązowe alpaki, brązowe Corriedale, Shetland Moorit, merynos w oliwkowym kolorze no i trochę błysku angeliny - dla mnie niekoniecznie musi być ta angelina ale jak już jest to nie będę rwać włosów. Kolorystyka jak najbardziej moja - takie leśne runo jest w moim guście. 



W prawdziwie letni niedzielny poranek pozdrawiam Was.

niedziela, 16 lipca 2017

Jagodowo

"Very berry" tak nazywała się paczka czesanki w jagodowych kolorach, każdego jagodowego koloru po 25 g. Dla zabawy, dla sprawdzenia przenikalności koloru podczas jednorazowego czesania, w ogóle celem eksperymentu zrobiłam coś takiego. Oba zawijasy po 25 g czyli naprawdę niewiele ale w sam raz na jakiś dodatek do rękawiczek lub skarpet. 


Przejście od malinowego po głęboki granat, starałam się uprząść bardzo cieniutko ale to merynos 23 mic i pomimo przełożenia 1: 25 nitka w rozmiarze około 450 m / 100 g. Na super drobne rękawiczki trochę za gruba ale na takie średnie, do 90 oczek w obwodzie w sam raz, tylko wzór muszę wymyślić. Podczas przędzenia w singlu przenikanie kolorów nie podobało mi się, navajo pozwoliło spojrzeć na nitkę trochę przychylniejszym okiem ale całą prawdę o niej ukarze dzianina.




Kolory dość intensywne w połączeniu z bielą powinny łagodnie przechodzić jeden w drugi ale na razie muszę uprząść drugą porcję no i czeka mnie jeszcze inny eksperyment. 



Nie mogłam zdecydować, które z tych zdjęć bardziej mi odpowiada więc są oba :)


W ostatnim poście pisałam o rami, która jako włókno samodzielne zupełnie nie przypadła mi do gustu, więc wymieszałam ją z wełną. Po uprzędzeniu i potrojeniu (tradycyjna 3- nitka) motek mnie nie przekonywał dalej, był sztywny jakiś taki zgrzebny w dotyku. Dopiero pranie pokazało, że to bardzo miła wełenka, szorstkość gdzieś zniknęła, drobne zgrubienia rami się pogubiły i mam całkiem ładny motek przeznaczony do testu wytrzymałości w skarpetach.

Ze względów praktycznych przestaję robić zupełnie białe skarpety dlatego w tych jako dodatek posłuży nitka z czesanki malabrigo (już nie pamiętam kiedy byłam tak niezadowolona z efektu i komfortu przędzenia - chyba przy przędzeniu pierwszej części tej czesanki). Gdyby nie gręplarka nie przędła bym tego malabrigo, może farbują ładnie, może można się zakochać w ich kolorach ale mnie nie odpowiada zbita wręcz podfilcowana czesanka a kolory to też kwestia gustu. Zmarnować nie zmarnuję bo swoje kosztowała ale to koniec mojej przygody z ich czesankami. 


Nudne prawe oczka w swetrze PM dają mi tak popalić, że wrzuciłam na druty moje ulubione Bfl w kolorze rozbielonej owsianki i zaczynam wielki sweter - nic tak nie cieszy jak własna przędza na drutach w projekcie swetra, który bardzo mi się podoba. To na razie początek ale dzierga się przyjemnie a, że druty grubasy to przybywa bardzo szybko.


Z czystego lenistwa ale też z braku czasu mam w ogrodzie bardzo mało kwiatów, a te co  mam jak np.: piwonie, to kwiaty mało wymagające a wręcz wymagające minimum interwencji, za to zupełnie nie mogłam się oprzeć tym cudownie wyglądającym tawułką. Dostałam trzy rośliny, każda w innym kolorze, posadziłam na lekko ocienionym miejscu, wymagają  wilgotnego podłoża co przy deszczowej pogodzie nie jest trudne - obym tylko pamiętała w suche dni. Całkiem miły widok w ogrodzie pełnym funki, paproci i ziół.





Pozdrawiam Was wyglądając cieplejszych dni - ponoć jest lato :)

niedziela, 9 lipca 2017

O pokrzywie

Musiałam się pozbierać, lekko otrząsnąć z letargu w jaki wpadłam przed planowanym zabiegiem chirurgicznym, a który w zeszłym tygodniu lekarz przesunął na początek sierpnia. Właściwie nie wiem czy się cieszyć czy martwić na razie wiem, że w zeszłą niedzielę post się nie ukazał bo ja biłam się z innymi myślami, teraz nie jest może klarowniej ale już na spokojnie przyjmuję to co zaistniało. Skoro wszystko wywrócone do góry nogami to ja też zajęłam się czymś zupełnie innym i nowym jak dla mnie czyli ramią (pokrzywa chińska). 


Włókno w opisie podobne do lnu tylko delikatniejsze z cechami bawełny, więc jak tego nie sprawdzić, a że moje doświadczenie z włóknami roślinnymi jest praktycznie zerowe to z lekką tremą zabrałam się za przędzenie tej czesanki. No i nie podoba mi się, przędzie się źle (może jestem już zmanierowana wełną) sypie się, nitka nie jest równa bez względu na sposób jej podawania, do tego ma tą szorstkość spotykaną przy lnie, która też nie pomaga w przędzeniu - no taki len inaczej :(




Kocham lniane ubrania i mam ich sporo ale to tkaniny, mam też jeden sweter z mieszanki lnu z bawełną i myśl o zrobieniu czegoś dla siebie od podstaw z podobnego surowca bardzo mi się podobała bo dawałaby możliwość przędzenia nitek na typowo letnie ubrania. Pewnie, że można z gotowych ale jak w przypadku wełny to nie to samo. Niestety w czystej postaci nitka jak dla mnie jest zbyt surowa, zbyt kłopotliwa,  nie wykluczam braku doświadczenia ale jakoś tak nie potrafię sobie przypomnieć by przędziono len z zamiarem dziergania, raczej z myślą o zamianie w płótno poza tym może jednak maszyny lepiej obrabiają ten len dziewiarski bo mnie to nie wychodzi.




Jedyne co mi się podoba w tym włóknie to to, że nie skrzypi jak róża czy bambus a to wielki plus, nie znoszę skrzypiących włókien, a że zaczynałam od bambusa, który skrzypi jak styropian o szybę to brak dźwięków jest dla mnie miłym zaskoczeniem. 
Uprzędłam może jakieś 20 g, nitka nierówna, włochata, sztywna jak sznurek, przy mocniejszym skręcie można się pokusić o przędzenie własnych napędów do kołowrotka :)
Zastanawiałam się nad wykorzystaniem tego nietypowego singla i wpadłam na pomysł zrobienia śnieżynek na choinkę ale nierówności nie dodają im uroku a liczenie oczek jest kłopotliwe więc pomysł odpada. 


Nie pozostało mi nic innego tylko wdrożyć w życie  pierwotną myśl  dodawania tego włókna do wełny celem wzmocnienia np.: pięty w skarpecie - przecież nie musi to być nylon może być coś naturalnego.
Wymyśliłam sobie, że wykorzystam runo Shetland'ów z uwagi na bardzo podobną fakturę do rami, wymieszałam na gręplarce dokładnie, przepuszczając trzy razy. Mieszając te czesanki nareszcie poczułam dogłębnie dlaczego kupiłam tą gręplarkę - dokładnie o to mi chodziło sprawdzić na drobnej ilości materiału różne połączenia i dopiero później zamawiać kilogramy - tak to był idealny pomysł :)

38 g Shetland + 17 g ramia + może z 3 g jedwabiu
Mieszankę przędzie się cudownie co nie oznacza, że jest idealna ma trochę kulek z bardzo drobnych włókien rami ale te można usunąć. Na razie nitka jest na szpulkach, będzie to 3 nitka w wymiarze na skarpety i to przesądzi o losie tej pokrzywy.


Za to bez zbędnej zachęty i kłopotów uprzędłam sobie ponad 500 g 4- nitki na sweter pokazywany kilka wpisów wcześniej. Zamysł był taki by nie kupować wzoru tylko coś wykombinować ale nawet kombinować mi się ostatnio nie chciało, więc wzór kupiłam no i chyba wrzucę za chwilę na druty - tylko wzór przerobię pod siebie :)

bfl w mieszance białej z oatmeal 

Do nitki z ramią rozczesałam leżące u mnie Malabrigo iris, czesanka była już tak zbita, że przędzenie w tym stanie byłoby katuszą. Cudowniejsze nie będzie ale na pewno prostsze w obróbce. 


Powoli mam zamiar wrócić do eksperymentów farbiarskich więc następny post może znowu być o poszukiwaniu sposobu na "omszałą" kolorem wełnę.

Pozdrawiam Was niedzielnie dziękując za komentarze pod poprzednim postem.