niedziela, 9 grudnia 2018

Po przerwie

Udało mi się nic nie napisać przez 3 tygodnie, a raczej "nie udało się" nic napisać :(  Przerwę w pisaniu zapowiadałam na blogu ale sobie jej nie zapowiedziałam i jakoś tak bez Waszych komentarzy pod postem było mi smutno. Nagromadziło się kilka spraw, które może mi się uda jakoś chronologicznie pokazać, chociaż część już umknęła, tak jak gwiazdki z modeliny, które zrobiłam dla mamy do wieńców adwentowych. 


Najpierw napiszę o pewnym zamówieniu, które bardzo mnie wyczerpało psychicznie, normalnie nie robię nic na zamówienie ale niekiedy po prostu odmówić się nie da :) Jedna z blogerek, o bardzo artystycznej duszy, mieszkająca za miedzą miała wielką prośbę o nietypowy prezent dla osoby konsekrowanej. Miały to być rękawiczki bez palców (by paciorki różańca szło przesuwać), w kolorze czarnym lub ciemno brązowym, najprostsze w formie jakie mogą być ale z dobrej gatunkowo włóczki a, że to mężczyzna, to jak upierze by nie było katastrofy.



Nie będę ukrywać ale sam proces myślowy na temat eleganckiej prostoty w kolorze, kształcie i fakturze zmęczył mnie jak nic dotąd. Nie chciałam polegać tylko na mojej włóczce, więc kupiłam motek merynosa superwash, z dodatkiem kaszmiru i nylonu. Wiadomo jak superwash to nawet niewprawne ręce w praniu wiele krzywdy nie uczynią, dodatek nylonu też uchroni przed złą obsługą za to kaszmir miał robić za miły włosek. Motek poddałam trzykrotnemu farbowaniu bo nie miałam zamiaru uzyskać jednolitego wybarwienia, u mnie to bardzo ciemny brąz dwa razy poddany glazurowaniu w czerni. 



Mało miła nitka po farbowaniu okazała się cudna w dotyku ale kaszmirowy włosek był mało widoczny a próbka wyglądała tak grzecznie i schludnie, że aż mnie odrzuciło, nic nie mam do sklepowego wyglądu ale to było takie bezpłciowe i bez życia. Uprzędłam do tego nitkę z runa alpaki suri, wyczesywanego przeze mnie jakieś 3 lata temu, na nitkę wykorzystałam praktycznie sam puch, bo wcześniej uprzędłam nitkę wyczesaną na grzebieniach. Puch wyczesałam na gręplarce było tego zabójcze 24 g a nitka powstała z tej ilości to jakieś 250 m, w piękny sterczący jakby moherowy włosek.  


 Połączenie tych nitek dało dzianinę w kolorze ciemnego brązu z refleksami jaśniejszymi lub wpadającymi w czerń a do tego ciemno czekoladowy włosek otulający kolor podstawowy. Sama dzianina przypomina włośnicę, taki szorstki mnisi habit ale jak się dotknie to od razu wiadomo, że takie habity nosi się w niebie :)


włosek mało widoczny ale po praniu wstał

Z danych dziewiarskich: 64 oczka w obwodzie, ściągacz 2 na 2 do, reszta zwykłe prawe, jedyne odstępstwo to dwa rzędy oczek ryżowych wzdłuż grzbietu dłoni, taki "szewek" pozwoli na lepsze ułożenie po praniu.


Rękawiczki mogę pokazać bo dotarły już do właściciela ale dla mnie największą nagrodą była radość dziewczyny, która je zamówiła.  Powiedziała,  "że czegoś takiego się spodziewała" jak ktoś robi na zamówienie to wie co oznacza zrobić coś na podstawie wizji innej osoby :)


Podczas dziergania rękawiczek powstawał też konsekwentnie kołnierz-szalik do mojej kurtki, w tej chwili jest ukończony, czeka na pranie i obróbkę uzdatniającą do wpięcia w kołnierz kurtki. Oczywiście będę się chwalić jak całość będzie gotowa ale to może następnym razem.


 Sweter PM prawie na ukończeniu ale bardzo niebezpiecznie zmniejszył się motek średniej szarości, musiałam dokupić no i jakoś tak była promocja na alpaki z Dropsa a ja po moim nieudanym piórkowym sweterku (z moheru zrobiłam za duży a z szarpanej alpaki wygląda jak zużyty) postanowiłam kupić alpakę z jedwabiem w wersji lace na delikatny kadłubek a do tego ramionka na okrągło z dodatkiem moheru.


 Na razie zrobiłam przymiarkę do drutów i wyszło mi, że 2,25 będą odpowiednie no cóż, przy ostatnich brakach czasu wolnego sweterka spodziewam się w terminie na jaki u nas zapisują w poradni na rehabilitację -  czerwiec 2020.


Pozdrawiam Was ciepło, pomimo listopadowej szarugi za oknami to już druga niedziela Adwentu :)

niedziela, 4 listopada 2018

Jedwab

Jeszcze to potrwa zanim tu na dobre wrócę ale jak wrócę to będę się bawić i to luksusowo :)  Co roku w porze jesieni uzupełniam stany w sklepiku, w tym roku też tak uczyniłam. Oprócz uzupełniania tego czego brakuje, nie wszystko udało się uzupełnić bo braki mają, jak się okazuje też więksi :) postanowiłam, że musi być coś nowego. 



Od dawna przyglądałam się jedwabiowi Eri w wersji naturalnej czyli czerwonej, czerwony to on nie jest, raczej to: kurkuma i dynia Hokkaido z refleksami miedzianymi. Wklejam tutaj opis, który znalazłam na tej stronie :

Jedwab Eri jest określany jako "jedwab bez przemocy" ponieważ jedwabniki Eri nie są zabijane w trakcie procesu wytwarzania jedwabiu. Poczwarki Eri mogą rozwijać się do postaci dorosłej, a do pozyskania włókien jedwabnych używane są tylko kokony opuszczone przez motyla. Jedwabniki Eri jako jedyne poza jedwabnikami morwowymi - Bombyx mori, zostały całkowicie udomowione. Z powodu jego miękkości i ciepła jest popularnie używany do wytwarzania szali i narzut. Przędze jedwabiu ERI odznaczają się wysoką użytecznością w produkcji różnych tkanin, jak również doskonale nadają się na dzianiny. Właściwości tkanin Eri - układalność, przepuszczalność powietrza, puszystość tkaniny, współczynnik krycia, regeneracja zagniecenień, rozciągliwość tkaniny - są porównywalne z jedwabiem morwowym. Za to włókna jedwabiu Eri wykazują większą odporność na zrywanie niż morwowego.

Eri już u nas widziałam, więc prawdopodobnie wszystkie prządki już go znają tylko nie ja, więc cóż to za nowość ale oprócz wspomnianego Eri kupiłam jeszcze bardzo luksusową wersję jedwabiu czyli jedwab Muga. Złota barwa włókien zarezerwowała ten jedwab tylko dla rodzin królewskich w Indiach, ponoć z praniem i czasem staje się jeszcze piękniejszy i jest plamoodporny.  A ja myślałam, że jedwab na sari to luksus a tu taka niespodzianka jedwab może być jeszcze bardziej luksusowy :)




Ostatni z naturalnych jedwabi to jedwab "z łodygi" lub "dziki", jego jestem najbardziej ciekawa bo przypomina w dotyku wełnę, ewentualnie inne zwierzę z sierścią, a do tego ten kolor no po prostu nie do uchwycenia. Zrobiłam bardzo dużo zdjęć ale żadne nie oddaje prawdziwego koloru, to włókno ma kolor czarnej ziemi, która nie jest do końca czarna a w dodatku ma połysk platyny, jak dla mnie cudo samo w sobie :)  Znalazłam taką stronę o pozyskiwaniu tego jedwabiu - jak ktoś ma ochotę to zachęcam do poczytania (pod zakładką: India trip, pt1) 



Z nowości ale już znanych w innej formie, jest czesanka z gręplowanego jedwabiu sari, w trzech wersjach kolorystycznych, może posłużyć by uprząść samodzielną nitkę lub jako składnik mieszanki wełnianej. 


Długo zastanawiałam się nad kierunkiem w jakim pójść w sklepiku i po krótkim romansie z włóknami dziwnymi typu włókno perłowe, miętowe, tencel czy soja, postanowiłam, że będzie jednak jak najbliżej natury do tego bliżej fauny niż flory - bo ja jednak "wełniana" jestem, no dobrze jedwab też kocham. 
Tak więc w przyszłości nie spodziewajcie się dziwnych włókien, które zagoszczą jako stała pozycja pewnie będzie tak jak do tej pory - krótkie fascynacje. 
Na próbę kupiłam też do sklepiku czesankę, z której ponoć ma powstawać nitka typu tweed, nie wiem kiedy spróbuję to uprząść, pewnie inne prządki szybciej będą wiedziały ile jest warta ta czesanka. 




 Nawet bym nie pomyślała o kupnie tej mieszanki ale okazało się, że tworzenie własnych mieszanek podrożało i to naprawdę sporo, więc odpuszczam zlecanie mieszania.  Jak tylko się ogarnę z rzeczywistością to może wprowadzę jakąś formę mieszania drobnych ilości u mnie w sklepiku ale jeszcze nie wiem jak by to mogło wyglądać w praktyce.


Pozdrawiam Was z nadzieją, że skoro ja nie mam czasu na przędzenie to może gdzieś, ktoś cieszy się tym zajęciem czego Was życzę tak jak sobie :)

niedziela, 14 października 2018

Mnogość planów

Dłubię sweter PM nudno mi, bo wzór już opatrzony, zapamiętany, a tu jeszcze połacie rękawów do zrobienia. Podczas tej nudy dziergania wpadłam na pomysł poprawienia jesiennego swetra, tzn. sweter jest ze wszech miar dobry tylko trochę za krótki jak na taki ciepły "kocyk". Czesankę jeszcze mam więc uprzędłam motek 4- nitki by plan wprowadzić w życie. Przy okazji na przędzenie załapała się czesanka Corriedale farbowana w łupinach orzecha. 



Sweter używam, może nie namiętnie bo też pogoda w tej chwili wyśmienita ale w chłodniejsze jesienne dni jest ubiorem idealnym, jedynie co mi przeszkadza to jego długość a raczej "krótkość".
Postanowiłam, że przedłużę tylko tył i zobaczę czy to wystarczy  no i przedłużyłam ale .... przód :)


Zupełnie nie wiem jak to zrobiłam miałam wszystko przygotowane by pruć tył a sprułam przód, teraz nic innego mi nie pozostanie tylko przedłużyć jeszcze tył, bo pruć tego co dopiero zrobiłam nie mam zamiaru. Stanowczo za dużo rzeczy mam na głowie, muszę się zacząć sprawdzać bo takich akcji może być więcej. Zastanawia mnie też inna kolorystyka doprzędzionej nitki, wyraźnie ciemniejsza, a czesanka dokładnie ta sama czyżby użytkowanie tak zmieniło kolor, pewnie po kilku praniach się wyrówna.  


dłuższy przód :)

Przeglądając propozycje projektantów dzianin na nadchodzący sezon znalazłam coś tak energetycznego, szalonego kolorystycznie, że aż mi się zamarzyło coś tak żywego na zimowe szare dni. Oczywiście tak dużego szala nie będę robić ale coś mniejszego, czemu nie :)

zdjęcie z strony Vogue
Mam na zimę taką kurtkę, bez tego futra (sztuczne i ogólnie niepowalające)  kurtka jest smutna, na dodatek jakoś wyjątkowo pasowałby mi tutaj kaptur i mam zamiar zrobić sobie prototyp. Futro jest dopinane na guziki więc można się go bardzo szybko pozbyć.
zdjęcie z google 
Zrobię kołnierz w środku z dzianiny a na zewnątrz kupię materiał wodoodporny doszyję zamek by spinać ten kołnierz jak kaptur gdy będzie potrzebny, trochę mnie martwi brak symetrii. Zrobię szablon i zobaczę czy ten dłuższy koniec kołnierza można jakoś ciekawie spiąć by kaptur nie wyglądał jakby go szyli na ulicy w Chinach.


Oczywiście nie mam czasu na przędzenie nitek pod ten kołnierz, więc zakupiłam coś kolorowego ale poszłam na łatwiznę bo typowe Fair Isle w projekcie, który jest nie do końca sprawdzoną zachcianką to jednak za dużo szczęścia :) Wzór pierwszy raz od dawna rysowałam ręcznie a nie  w komputerze, bo prosty a ja przynajmniej kredki odkurzyłam. Już bardzo mi się chce to zacząć ale obiecałam sobie, że sweter od PM doprowadzę do stanu początków drugiego rękawa bo inaczej znowu będzie leżał odłogiem.



W piątek wyciągnęłam z łupin orzecha czesankę co to miała na czarno złapać :) Wcześniej tydzień moczyły się w roztworze inne czesanki i pomimo dołożenia kilku świeżych łupin, trzymania czesanki dwa tygodnie w kąpieli, roztwór załapał dużo słabiej. Jedynie czego nie napisałam, to tego, że czesanka, która wylądowała w garnku pochodzi z tego eksperymentu. Pomyślałam, że i tak jej nie wykorzystam w tym stanie a bardziej już jej zepsuć kolorystycznie się nie da :)


 W tej chwili śmiem twierdzić, że czesanka wygląda o niebo lepiej, nawet może się podobać i pomyśleć, że spisałam ją na straty.


Pozdrawiam Was niedzielnie :)

niedziela, 30 września 2018

Niuanse

Nie potrafię znaleźć przyczyny tak różnego postrzegania koloru, jedynie w świetle dopatruję się różnicy, chyba że kolor z czasem się jakoś "rozwija" lub "uwydatnia" na czesance. Ostatnio  ufarbowane runo w łupinach orzechów jest w ciepłej tonacji. W lipcu wyglądało to zupełnie inaczej, na zdjęciu poniżej są dwa rodzaje runa, które ufarbowałam tydzień temu. Tym razem do garnka włożyłam dwa rodzaje runa : Corriedale i merynosa 18 mic (to samo runo, które farbowałam w lipcu) .

po prawej Corriedale , po lewej merynos 18 mic superwash
  Po wysuszeniu, bo mokre niewiele mówiło, runo Corriedale ma wyraźnie cieplejszy odcień, wręcz grają w nim czerwone nuty, do tego złapało bardziej równomiernie, runo merynosa farbowało się jak to merynos, opornie przyjmując barwnik, kolor z zimniejszym poblaskiem, gdzieś tam ma w podtekście coś zimno żółtego.

zdjęcie z lipca, nitka Eider farbowana w zeszłym roku i "zielony" merynos

Zdjęcie z lipca pokazuje co mi się nie podobało, to znaczy barwienie samo w sobie było ok ale wyraźnie zielonkawy odcień przypisywałam niedojrzałym łupiną orzechów.  Dlatego też farbowanie powtórzyłam i proszę taka niespodzianka niby do samo a jednak drobne niuanse są, na dodatek głęboko mnie zastanawia czy kolor orzecha nie utlenia się jakoś z biegiem czasu bo, na poniższym zdjęciu pośrodku leży motek z tego "zielonkawego" merynosa i nijak nie mogę się dopatrzeć tej lipcowej zieleni :)




W garnku wylądowała następna partia czesanki, ciekawe co z tego wyniknie tym razem mam zamiar potrzymać ją tam 2 tygodnie, mam nadzieję, że jej to nie zaszkodzi a zaowocuje bardzo ciemnym brązem. Wygląda na to, że będziemy chodzić odziani w orzechowe brązy :)


Z rzeczy dziewiarskich skończyłam "kadłubek" swetra dla PM, ma być dużo cięcia bo zastosowałam typową technikę dla Fair Isle, czyli wszystko na okrągło, i teraz muszę przeciąć dzianinę w miejscach rękawów i na zamek pod szyją.


Zabezpieczanie miejsca cięcia wymaga trochę skupienia i światła bo ciemno szare oczka mi się zlewają, a trzeba złapać każdą nitkę by się później nie dziwić. 



Trochę się niepokoję o te rękawy bo, w oryginałach Fair Isle rękawy robi się oba na raz od mankietów do momentu wyrabiania główki wtedy się je łączy robiąc w okrążeniach dalej, na końcu główki się przecina i rękawy się wszywa. Ja postanowiłam rękawy nabrać od góry i zrobić je w dół, zastanawiam się czy taki nabrany rękaw wytrzyma użytkowanie PM. Na razie rękaw robię ale mam chwile zwątpienia i wtedy zastanawiam się czy jednak nie zrobić ich zgodnie ze sztuką przynależną tego typu dzianinie.  Oby sweter nie skończył jak obszarpany bezrękawnik bo PM potrzebuje wytrzymałych rzeczy przy swoim stylu użytkowania.


Dziękuję za odwiedziny, za komentarze pod poprzednim postem,  nie miałam czasu odpowiedzieć ale jeszcze chwila i może znowu będzie czas na przyjemności :)

Pozdrawiam Was niedzielnie z poważnym chłodem za oknami.


niedziela, 16 września 2018

Skarpety i tak się przydają

Sezon na skarpety czas zacząć, pomimo optymistycznych wieści pogodowych, że to niby we wrześniu ma być jeszcze około 30 stopni na plusie, ja już powolutku uzupełniam zimowe zapasy skarpet.W poście o galaktyce pokazywałam nitkę z przejściem tonalnym i kolorystycznym, motki były dwa i zamysł na skarpety bo włóczki było dość sporo, jak się okazało za sporo. 



 Wzór już pokazywałam, wyjątkowo wdzięczny, mało obciążający mózg, można dziergać na pamięć, a jak się gdzieś zdarzy pomyłka to i tak nie widać. Włóczki było tak nijak, pojedynczo na skarpetę za mało a, podwójnie za dużo. Zdecydowałam, że jednak ze względu na trwałość skarpet z dwóch nitek zrobię we wzór - niestety musiałam usunąć dość sporo włóczki pomiędzy "ceglastym" kolorem a ciemnymi palcami bo inaczej palce na ciemno by nie zaistniały.


 Cały misterny plan przejścia pomiędzy kolorami został wyrwany tuż po zakończeniu zbierania oczek na stopie i od razu wskakiwał w ciemniejszy kolor. No cóż następnym razem należy namieszać mniejsze moteczki i może nie rozwlekać aż tak przejścia i powinno być dobrze.



Podczas robienia tych skarpet poprosiłam PM by zrobił filmik jak robię oczka 1 na 1 w dwóch kolorach. Kiedyś tak nie robiłam tylko odkładałam jedną nitkę, brałam drugą i tak na przemian, zmieniałam kolor przez odkładanie nitek, aż trafiłam na wzór gdzie nitki zmieniać trzeba było co oczko w każdym rzędzie. Trochę to trwało zanim nabrałam wprawy ale jak pokazuje filmik w tej chwili całkiem płynnie dziergam z dwóch nitek na raz :)

                                     

Polecam ten sposób, trochę trzeba poćwiczyć by naprężenie nitek z lewej strony było właściwe, trzymanie palca by nitki się nie stykały ale cóż wszystko wymaga trochę wysiłku :)


Za to zupełnie nie wiem co mnie pokusiło by zacząć tę rękawiczkę, nawet nie wiem czy skończę bo jak pomyślę o drugim mankiecie z czterech kolorów na drutach 1,25 to robi mi się słabo. Zakończenie tego mankietu wymagało sporo samozaparcia, jak rysowałam wzór tak mi się spodobał pomysł zrobienia kolorowego mankietu na wzór łotewskich rękawiczek, że zupełnie mi odjęło rozsądek. Może kiedyś w dalekiej przyszłości zawitają tu na blogu, te rękawiczki jako rzecz skończona. 


Dziękuję, że mnie odwiedzacie, zaglądacie ale zapowiadam dłuższą przerwę, może się okazać, że nie będę miała przez najbliższe tygodnie czasu na pisanie, spiętrzyło się  kilka spraw w tym samym czasie i przy ogromie chęci ogarnięcia wszystkiego coś musi ucierpieć - niestety zawsze cierpi to co przynosi najwięcej radości.
Mogą się pojawić lekkie opóźnienia w sklepiku z góry przepraszam ale może się zdarzyć, że wyślę towar dopiero na drugi dzień po zaksięgowaniu wpłaty.

Niedzielnie ze słońcem za oknem ale rześką temperaturą pozdrawiam Was. 

niedziela, 2 września 2018

Dużo małych oczek

Tak długiej przerwy w pisaniu jeszcze nie miałam, ale różne okoliczności sprawiły, że już i tak chorobliwy brak czasu stał się chorobą nieuleczalną. Najgorsze jest to, że w tym całym galimatiasie zajęć i tak coś się działo na drutach ale nie miałam czasu by o tym pisać.

Powolutku doprowadziłam do końca rękawiczki, których kawałek już kiedyś na blogu zawitał. Projekt od początku do końca mój, wzory, kolorystyka i ich układ wg mojego pomysłu. 
Druty nr 1, pozwoliły na zrobienie ścisłej dzianiny, nitki o parametrach ok. 350 - 400 m /50 g (3 - nitka).




Każda z nitek jest moją własnoręcznie uprzędzioną przędzą, farbowanie też moje, oprócz naturalnej bieli, kolorowe motki poddałam wtórnemu farbowaniu, metodą glazurowania, pisałam o tym tutaj. W zamyśle miałam nierówność koloru i zanikające wzory. 



Wzory faktycznie zanikają, moja pani teściowa bez okularów myślała, że to takie nierówne paseczki :)



Mankiet wykończony w drobny ząbek, podwójnie złożony dla ciepła nadgarstka i schludnego wyglądu, wnętrze mankietu w dwóch kolorach - białe oczka lepiej widać przy zamykaniu. 



 Klin kciuka utworzony z oczek dobieranych, zupełnie inaczej niż w tradycyjnych łotewskich rękawiczkach, gdzie jest tworzony z oczek dłoni. Dodawane oczka są widoczne dopiero gdy się dokładnie przyjrzymy.


Po wewnętrznej stronie kciuka nadmiar oczek zebrany, z dwóch stron od strony wnętrza dłoni by zgadzała się liczba oczek a tym samym wzór. Nadmiar oczek w kciuku też zebrany by sam palec nie był zbyt obszerny.

Trudno zrobić zdjęcie oddające prawdziwy kolor tych rękawiczek, bo w zależności od światła bardzo się ich barwa zmienia ale są ciemno szare z brudnym różem i równie pobrudzonym seledynem z dodatkiem jasnej szarości i bieli.


W minione ciepłe dni taka robótka na drutach nie grzeje, nie męczy a wręcz odpręża, więc nie pozostało mi nic innego tylko narysować nowe rękawiczki :)



Obecnie nie obiecuję sobie, że uda mi się wrócić do pisania co tydzień ale przynajmniej raz na 2 tygodnie byłoby świetnie. Niestety nic nie zapowiada, że zajęć ubędzie a doszło mi jeszcze pielgrzymowanie do różnych przybytków naszej służby zdrowia, bo po ostatnim badaniu USG okazuje się, że mam "skład budowlany" - kamienie, piasek, wewnętrzny blask w wątrobie ..... tylko cementu brak. Na tego typu "wygłupy" potrzeba sił i czasu więc jak posty będą się ukazywały mniej cyklicznie wybaczcie ale prawdopodobnie walczę z jakimiś "lekarskimi wiatrakami".

Pozdrawiam niedzielnie.

niedziela, 12 sierpnia 2018

Galaktyka na pasie Oriona *

 Pokazywanie wełny przy tej temperaturze może zakrawać na próbę tortur dlatego w zeszłym tygodniu wpis sobie podarowałam :) Właściwie to nawet ja nie miałam ochoty o wełnie pisać, było dość ciepło więc i o dawcy ciepła trudno wspominać. Obecny koniec tygodnia zapowiadają deszczowo-burzowy a w dodatku z ochłodzeniem więc mam więcej odwagi by wełnę wam pokazać.


Pierwsze moje skojarzenie jak zobaczyłam to co powstało z batta ściągniętego w inny sposób z gręplarki to dysk galaktyczny - stąd też tytuł dzisiejszego wpisu :) Jest to pasmo czesanki z przejściem tonalnym, ale również przejściem pomiędzy kolorami. Zaczyna się od ciemnego spłowiałego różowo-pomarańczowego poprzez jaśniejsze tony tegoż koloru, w środku szaro- beżowy "lis polarny" aż po ciemny stop cyny i ołowiu :)

zdjęcie z googla 
Sposób ściągania batt'a w ten sposób nie jest moim pomysłem, widziałam to kiedyś na YT, była to następna rzecz, którą chciałam "kiedyś" wypróbować. Niestety by w ten sposób pozyskać taśmę niezbędna jest gręplarka. 


Przy pomocy zrzędliwego dziecka zamieszczam filmik jak zrobiłam tę taśmę (jakość kiepska ale następny będzie lepszy). Oczywiście cieniowanie powstaje na bębnie gręplarki od cynowego brązu poprzez szarości ku złamanemu różowi z pomarańczem. Taśmę ściągamy lekko po skosie.


Na szpuli podczas trojenia sposobem navajo powstaje ładne przejście pomiędzy poszczególnymi kolorami. Tak ściągnięta czesanka wymaga podczas przędzenia więcej uwagi, niestety nie jest to idealna taśma, ma drobne zawirowania, w dodatku ja użyłam run o różnych grubościach to też nie pomaga w płynnym przędzeniu ale sama idea mi się podoba.


Zrobiłam dwie niewielkie porcje, po niespełna 40 g, jedyne zastosowanie jakie do tego widzę to skarpety, mam nadzieję, że skończę do następnego tygodnia by pokazać jaki jest efekt w dzianinie.


Mało atrakcyjny wygląd nitki w motkach ujawnia swe oblicze dopiero po zwinięciu w kłębek, teraz już nie ma wątpliwości jak będzie nitka wyglądała w dzianinie.


Czy ten sposób na cieniowaną nitkę ma przewagę nad czesanką poddaną farbowaniu by uzyskać podobny efekt - nie wiem . Na pewno mamy większy wpływ na to co i ile  wymieszamy a jak wszystkie części składowe zważymy to powtarzalność kolorów w poszczególnych motkach jest o wiele bardziej prawdopodobna. Na razie robię próby a jak okaże się,  że wygląda to dobrze to spróbuję zrobić takie do sklepiku - bo któż nie chce mieć galaktyki na własność :D


Pozdrawiam Was niedzielnie :)

*tytuł to tekst z filmu MIB :)